- Wstęp
- Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
- Rozdział II: Deportacja
- Rozdział III: Amnestia
- Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
- Rozdział V: Pobyt w Dżambule
- Rozdział VI: W Iranie
- Epilog
Rozdział I
Moja rodzina i moje miasto
Wołkowysk, 1928–1940
Urodziłem się w 1928 roku w Klonowie, w pow. kieleckim, gdzie Ojciec pracował na stanowisku leśniczego Lasów Państwowych. Od 1930 do 1934 roku mieszkaliśmy na wschodzie Polski w pow. Kosów Poleski, gdzie Ojciec otrzymał stanowisko nadleśniczego. W 1935 roku Ojciec został przeniesiony do Białowieży i tam podjął pracę w Dyrekcji Lasów Państwowych, a z kolei pod koniec 1936 roku przenieśliśmy się do Wołkowyska w woj. białostockim, gdzie Ojciec otrzymał posadę leśniczego. Rodzina nasza była pięcioosobowa. Mama była z zawodu nauczycielką, ale od 1930 roku nie pracowała w swoim zawodzie w związku z zaangażowaniem w wychowanie trójki dzieci. Miałem brata Zbyszka, o półtora roku ode mnie starszego oraz siostrę Hanię, o sześć lat ode mnie młodszą. Do pierwszej klasy szkoły powszechnej zacząłem uczęszczać w 1935 roku w Białowieży, a następnie w latach 1936-1939 kontynuowałem naukę w klasie drugiej, trzeciej i czwartej w Wołkowysku.
Gdy mowa o rodzinie, chciałbym przedstawić nieco szczegółów z życiorysu mojego Ojca. W swojej biografii Ojciec miał piękną kartę walki o niepodległość. W czerwcu 1915 roku mając 22 lata wstąpił na ochotnika do Pierwszej Brygady Legionów Polskich dowodzonej przez Józefa Piłsudskiego, gdzie został przydzielony do 1. Pułku Piechoty. Pierwsza Brygada walczyła po stronie austro-węgierskiej przeciw Rosji. W sierpniu 1915 r. Stanisław Bachmiński został ranny w bitwie pod Wysokiem Litewskiem. Kula karabinowa przestrzeliła obie nogi i znalazł się w szpitalu. Po wyleczeniu ran i rekonwalescencji w listopadzie 1915 r. wrócił do swojego pułku, który walczył na Wołyniu. Pierwsza Brygada uczestniczyła wówczas w ofensywie skutecznie prowadzonej przeciwko Rosji i doszła do Styru, południowego dopływu Prypeci, gdzie prowadziła ciężkie walki z Rosjanami. Ojciec uczestniczył w walkach nad Styrem i Stochodem aż do sierpnia 1916 roku znosząc wielkie niewygody frontowe w okopach, często pod ciężkim ostrzałem artyleryjskim, w wyniku którego był kontuzjowany. W Pierwszej Brygadzie Ojciec służył 25 miesięcy aż do kryzysu przysięgowego, który nastąpił w lipcu 1917 roku. Kryzys przysięgowy był związany z tym, że Legiony Polskie miały być podporządkowane dowództwu niemieckiemu i legioniści – zgodnie z obowiązującą procedurą – musieli złożyć przysięgę cesarzowi Niemiec. Tak jak większość żołnierzy Pierwszej Brygady, Ojciec odmówił złożenia przysięgi i w rezultacie miał być internowany. Jak wynika z jego relacji, w czasie transportu do Szczypiorny (miejscowość blisko Kalisza), wyskoczył wraz z kolegą z pociągu w biegu i w ten sposób uniknął internowania. Po tej ucieczce udał się do Lwowa, by ewentualnie kontynuować studia w Wyższej Szkole Leśnej. W latach 1917–1919 studiował z przerwami, mieszkając na stancji i zarabiając na życie korepetycjami. Wyższa Szkoła Leśna była uczelnią samodzielną, a w 1919 roku została przyłączona do Politechniki Lwowskiej jako jeden z jej wydziałów.


W listopadzie 1918 roku wybuchły walki polsko–ukraińskie o Lwów. Żołnierze narodowości ukraińskiej służący w armii austro-węgierskiej widząc, że się wojna kończy, opanowali we Lwowie w dniu 1 listopada 1918 roku szereg ważnych punktów przejmując władzę administracyjną chcąc podporządkować Lwów tworzącej się Zachodnio-Ukraińskiej Republice Ludowej. Oddziały ukraińskie przeprowadziły w dzielnicy, w której mieszkał Stanisław Bachmiński akcję wymierzoną przeciwko zamieszkałym tam młodym Polakom, chcąc ich wyeliminować, jako w większości wyszkolonych żołnierzy mogących zasilić polskie oddziały broniące Lwowa. Jak wynika z relacji Ojca, Ukraińcy przeprowadzili u niego w domu rewizję, a następnie został on wyprowadzony na plac, gdzie zgromadzono grupę Polaków, którzy mieli być prawdopodobnie rozstrzelani. Na szczęście nadleciał polski samolot, który ostrzelał zgrupowanie żołnierzy ukraińskich zgromadzonych na placu, co spowodowało, że wszyscy się rozpierzchli. Ojciec korzystając z zamieszania uciekł z placu i ukrył się na cmentarzu, gdzie przebywał przez szereg dni, aż do wyparcia Ukraińców z tej dzielnicy przez polskie oddziały. Walki o Lwów trwały do 22 listopada 1918 roku, a skończyły się wyparciem Ukraińców z miasta, jednak Lwów był do maja 1919 roku okrążony i ostrzeliwany przez oddziały Ukraińskiej Armii Galicyjskiej. W kwietniu 1919 roku Ojciec wrócił do służby wojskowej we Lwowie, którą pełnił przez pięć miesięcy w Batalionie Wartowniczym Wojska Polskiego w stopniu kaprala. Po ukończeniu studiów rozpoczął pracę w 1920 roku na stanowisku leśniczego Lasów Państwowych w województwie kieleckim. W 1933 roku Stanisław Bachmiński został odznaczony przez prezydenta Rzeczypospolitej Krzyżem Niepodległości. Trzeba dodać, że dwaj młodsi bracia Ojca, Wacław i Józef, również walczyli w Pierwszej Brygadzie Legionów. Józef służył ponadto w armii polskiej już po uzyskaniu niepodległości i w walkach z Ukraińcami w rejonie Lwowa, był mocno poszkodowany, bowiem w bitwie stracił oko. Jako inwalida wojenny otrzymał wsparcie od Państwa – dostał przydział ziemi oraz posadę w Dowództwie Korpusu w Grodnie.
Chciałbym również wspomnieć o moim stryjecznym dziadku, Stanisławie Bachmińskim, uczestniku Powstania Styczniowego. Był on studentem Szkoły Głównej w Warszawie i po wybuchu powstania wstąpił do oddziału powstańczego „Dzieci Warszawy”, w którym objął funkcję dowódczą setnika. Zginął 14 kwietnia 1863 roku mając 21 lat w starciu z Rosjanami pod Budą Zaborowską w Lasach Kampinoskich. Łącznie zginęło tam 73 powstańców, w tym mjr Remiszewski, dowódca oddziału. W Zaborowie Leśnym jest zbiorowa mogiła powstańców, którzy zginęli w tej bitwie.
W Wołkowysku mieszkaliśmy od 1936 roku i chciałbym podać nieco informacji o tym mieście i o zdarzeniach z tego okresu, które pozostały w mojej pamięci do dzisiaj. Było to miasto powiatowe liczące w 1939 roku około 17 tysięcy mieszkańców. Mieliśmy w mieście Publiczną Szkołę Powszechną (podstawową), Państwowe Gimnazjum i Liceum, Prywatne Czteroletnie Gimnazjum Kupieckie, była również prywatna szkoła podstawowa o nazwie Szkoła Pani Pawęskiej. Uczniowie wszystkich szkół nosili czapki z daszkiem, o różnych kolorach i kształcie, po czym można było odgadnąć, do jakiej szkoły uczęszczają. Trzeba dodać, że w Państwowym Gimnazjum i Liceum płaciło się czesne, choć były zniżki przysługujące dzieciom urzędników państwowych w wysokości 50 proc. W pobliżu centrum miasta był kościół rzymsko-katolicki oraz cerkiew prawosławna. Mieliśmy drużynę piłki nożnej Strzelec, chyba dość dobrą, bo pamiętam, że byłem na meczu, kiedy Strzelec wygrał z żydowską drużyną Makabi w stosunku 12:0. Do miasta przyjeżdżał Cyrk Staniewskich jak również Cyrk Popularny i ja nie opuszczałem okazji, by być na występach cyrku. W mieście działało również kino. Przyjeżdżał do nas Teatr Reduta z Warszawy i rodzice starali się zawsze być na występach tego teatru. Wołkowysk był węzłową stacją kolejową - miał dwa dworce kolejowe: Wołkowysk Miasto i Wołkowysk Centralny oraz przystanek Wołkowysk Przedmieście, a co godne podkreślenia, dwa razy w tygodniu przejeżdżał tą linią na wschód w kierunku ZSRR i z powrotem międzynarodowy pociąg z Calais przez Paryż, Berlin, Warszawę do stacji granicznej Stołpce - Niegoriełoje. Podróżni w Niegoriełoje przesiadali się do pociągu szerokotorowego i jechali do Moskwy. Podróż z powrotem odbywała się tą samą trasą na zachód. Pociąg ten robił na mnie wówczas duże wrażenie, gdy przejeżdżał z dużą prędkością i głośnym stukotem kół o szyny trasą biegnącą blisko mojej szkoły, a następnie skręcał po łuku pod lasem w kierunku granicy wschodniej.

W Wołkowysku uroczyście obchodzono Święto 3 Maja. Odbywała się wówczas defilada 3. Pułku Strzelców Konnych, a kombatanci z okresu walki o niepodległość, w odświętnych ubraniach, z przypiętymi odznaczeniami wojskowymi, szli wraz z wieloma mieszkańcami miasta obserwować defiladę. Dobrze pamiętam taką defiladę z 1938 roku, na której byłem razem z Ojcem. Wołkowysk to miasto mające długą historię związaną z ważnymi zdarzeniami. W 1386 r. wielki książę litewski Jagiełło zatrzymał się w Wołkowysku, gdzie się spotkał z delegacją polską z Krakowa i wspólnie potwierdzono ustalone w Krewie warunki przejęcia przez Jagiełłę tronu polskiego oraz małżeństwa z zasiadającą na tronie polskim Jadwigą. Wołkowysk należący do Wielkiego Księstwa Litewskiego został zdobyty w 1410 roku przez Krzyżaków i spalony. Pamiątką po wojnie polsko-szwedzkiej zwanej potopem, w której miasto ucierpiało, jest nadanie Zamkowej Górze nazwy Szwedzka Góra, bowiem na tym wzniesieniu Szwedzi zbudowali szaniec i się bronili przed Polakami. Szwedzka Góra stanowi najwyższe wzniesienie i punkt widokowy na obrzeżu miasta. W czasie wyprawy Napoleona na Moskwę w 1812 roku miasto spłonęło. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, koszary wybudowane w czasach carskich zajął w 1922 r. 3. Pułk Strzelców Konnych.
Tak jak większość miast na wschodzie ówczesnej Polski, miasto zamieszkiwali w znacznej ilości Żydzi. W roku 1939 w Wołkowysku mieszkało 6900 Żydów i stanowili oni 40 proc. ludności miasta. W mojej klasie była tylko jedna dziewczyna wyznania mojżeszowego o polskim nazwisku Zelwiańska. Nie była ona dyskryminowana przez nikogo, a w czasie porannej modlitwy, którą odmawialiśmy na początku pierwszej lekcji, wstawała razem z całą klasą, lecz w modlitwie nie uczestniczyła. Żydzi mieli w mieście kilka swoich szkół talmudycznych, dlatego w publicznej szkole ich reprezentacja była niewielka. Jak pamiętam, antysemityzmu rzucającego się w oczy w mieście raczej nie było. Żydzi opanowali handel, tak jak w większości miast na wschodzie Polski. Natomiast, gdy zaczęły powstawać sklepy polskie, ich właściciele często umieszczali u siebie hasło: „Nie kupuj u Żyda”. Polacy nie unikali kupowania w sklepach żydowskich, tym bardziej, że mogli tam kupować na kredyt. Byłem świadkiem jak do sklepu żydowskiego z artykułami spożywczymi weszła dobrze ubrana Polka, prawdopodobnie żona urzędnika, wybrała sporą ilość towarów z półki, lecz nie zapłaciła gotówką, tylko wręczyła sprzedawcy notes, do którego ten wpisał artykuły sprzedane na kredyt.
W Wołkowysku mieszkaliśmy początkowo przez rok w dużym piętrowym domu, przy ul. Zastawa 5, w którym zajmowaliśmy parter, a na piętrze mieszkał właściciel domu p. Gołgowski wraz z żoną i trzema synami. Ponieważ chłopcy właściciela – moi i mojego brata rówieśnicy – byli bardzo usportowieni, uprawialiśmy z nimi na podwórku różne dyscypliny sportowe, takie jak: skok w dal, skok wzwyż i skok o tyczce. W odległości stu metrów od naszego domu płynęła rzeczka Wołkowyja i w okresie gorącego lata, jakie było w 1937 roku, w czasie wakacji, biegaliśmy przez łąkę do tej rzeczki wielokrotnie, by się wykąpać. Wówczas nauczyłem się pływać i te umiejętności w następnym roku doskonaliłem pływając w zbiorniku wodnym utworzonym przez tamę na Wołkowyji, a także na miejskim basenie. Na posesji p. Gołgowskiego znajdował się staw, który gdy zamarzł w zimie, był dla nas dobrym miejscem jazdy na łyżwach blisko domu. Na jesieni 1937 roku przenieśliśmy się na ul. Wileńską 40 do nowo wybudowanego domu, którego właścicielem był p. Zaleski, mierniczy przysięgły. Był to dwurodzinny parterowy dom murowany, którego połowę zajmował właściciel, a drugą równorzędną połowę zajęliśmy my. Mieliśmy do dyspozycji trzy pokoje z kuchnią, wodę brało się ze studni, a w podwórzu była ubikacja „sławojka”. Czynsz za to mieszkanie, podobnie jak za poprzednie, płaciła Dyrekcja Lasów Państwowych. Nasz budynek był przedostatni przy ulicy Wileńskiej, dalej ciągnęły się pola aż do Lasu Zamkowego odległego o dwa kilometry. Las Zamkowy był pod nadzorem Ojca jako leśniczego i Ojciec na inspekcję prac leśnych zazwyczaj dojeżdżał na rowerze drogą szutrową.
Za bliskiego sąsiada mieliśmy p. Gabrowskiego, który prowadził warsztat szewski, a ja z jego synem, Władkiem, chodziłem do szkoły do tej samej klasy i siedziałem z nim w jednej dwuosobowej ławce. Drugim dalszym sąsiadem był p. Ciepłowski, z którym Ojciec był zaprzyjaźniony, a w latach 1940 – 1941, gdy byliśmy w obwodzie archangielskim, prowadził z nim korespondencję. Dalej za domem p. Ciepłowskiego znajdował się wielki wykop po eksploatacji piasku, a wspominam o tym, gdyż w zimie ze zbocza tego wykopu odbywałem naukę jazdy na nartach. Do szkoły z ulicy Wileńskiej miałem około półtora kilometra i tę odległość pokonywałem pieszo, zazwyczaj z kolegą - sąsiadem, Władkiem Gabrowskim. Chciałbym dodać taką ciekawostkę, że jeden z kolegów z mojej klasy, syn nadleśniczego, dojeżdżał do szkoły na kucyku, gdzieś spod Wołkowyska. Była taka konieczność, gdyż nie było w tym rejonie komunikacji autobusowej. Gdy 1 września 1939 roku wybuchła wojna, Wołkowysk znajdował się daleko od frontu, ale wojnę przeżywaliśmy głęboko, bo radio nadawało wiadomości o cofaniu się polskiej armii, ale najczęściej były to ciągle powtarzane ostrzeżenia o zbliżającym się kolejnym nalocie na Warszawę o brzmieniu: Uwaga, uwaga, nadchodzi eR-A koma 3, lub: Uwaga, uwaga, RA-DA przeszedł. Te, w ten sposób zaszyfrowane wiadomości, były na pewno zrozumiałe dla Warszawiaków, chociaż i my wiedzieliśmy, że jest to komunikat o tym, że Warszawa będzie kolejny raz bombardowana, lub że nalot już się zakończył. Wołkowysk był jeden raz zbombardowany w rejonie stacji kolejowej, ale bomby nie trafiły w tory ani w budynek stacji, choć trzy zrzucone bomby pozostawiły głębokie leje tuż przy torach, kilkadziesiąt metrów od stacji, a szyby w pobliskich domach powypadały. Byłem tam i oglądałem skutki nalotu. Od tego momentu wielu mieszkańców miasta zaczęło oklejać szyby w oknach wąskimi paskami papieru, gdyż uważali oni, że w czasie bombardowania te paski papieru uchronią szyby przed wypadnięciem. Nie wiem czy to oklejanie szyb miało sens, ale więcej bombardowań już nie było i nie dało się sprawdzić skuteczności tego oklejania. Był jeden przypadek zrzucenia bomb przez niemiecki bombowiec na pole w pobliżu Lasu Zamkowego i wówczas pobiegłem wraz ze Zbyszkiem i całą gromadą ludzi, by oglądać leje po trzech bombach. Ludzie zbierali ostre kawałki metalu stanowiące wypełnienie bomb. Widać było, że pilot pozbył się bomb, by bez ładunku wrócić do bazy. Pamiętam również takie zdarzenie, że na polu pod lasem wylądował polski myśliwiec, który prawdopodobnie miał defekt silnika. Tu również całą gromadą pobiegliśmy, by oglądać, co się stało. To były takie odgłosy wojny, które docierały do Wołkowyska. Nadeszła też wiadomość o zbombardowaniu fabryki dykty w Mostach odległych o 25 kilometrów od Wołkowyska. Fabrykę dykty w Mostach zwiedzałem w 1938 roku będąc na obozie harcerskim nad Niemnem w pobliżu tego miasteczka, dlatego ta informacja o zbombardowaniu bardzo mnie zmartwiła. Dykta była używana jako materiał do produkcji samolotów, dlatego Niemcy wzięli sobie fabrykę w Mostach za cel.
Wrzesień 1939 był pogodny, bezchmurny i na niebie pojawiały się dość często samoloty niemieckie lecące bardzo wysoko, gdzieś na wysokości 8 tysięcy metrów, lecz dla nas te samoloty nie były groźne. Niebawem dla obrony miasta pojawiła się w naszym rejonie artyleria przeciwlotnicza. Dwa działa przeciwlotnicze zostały umieszczone i okopane tuż za płotem naszego ogrodu przy ul. Wileńskiej 40. Ale te działa ani razu nie wystrzeliły w kierunku samolotów niemieckich, chyba dlatego, że samoloty leciały zbyt wysoko i nie zamierzały bombardować miasta, a miały jakiś dalszy wyznaczony cel. Nasze działa przeciwlotnicze odbyły parokrotnie próbne strzelanie, co mogliśmy obserwować z bliska. Przewidując, że front może dotrzeć do Wołkowyska, ale i przed obawą nalotów, Ojciec zabrał się do kopania w ogrodzie schronu przeciwlotniczego, w czym ja i mój brat mu pomagaliśmy. Schron stanowił głęboki na półtora metra prostokątny rów, który został przykryty z góry deskami przysypanymi warstwą ziemi. Od strony wejścia do schronu były zrobione schodki wzmocnione deskami, umożliwiające schodzenie w dół i wychodzenie na zewnątrz. Front był jeszcze daleko, choć szybko się zbliżał. Byłem świadkiem jak w mieście pojawił się pewnego dnia kawalerzysta na koniu, widocznie ranny, bo z zabandażowaną głową, a przy nim zgromadziło się sporo ludzi i ten żołnierz ogłosił, że Polacy zwyciężają, a gen. Bortnowski zajął Pomorze. Dzisiaj można powiedzieć, że informacja ta chociaż podnosiła na duchu, nie miała nic wspólnego z rzeczywistą sytuacją na froncie.
Mieszkaliśmy dość wygodnie w naszym trzypokojowym mieszkaniu, ale wygodne życie się skończyło gdzieś w połowie września 1939 r., gdy w naszym domu zjawiła się wieloosobowa rodzina ludzi, którzy uciekając przed przesuwającym się frontem dotarli do Wołkowyska. Był to nadleśniczy z centralnej Polski, z żoną, siostrą żony oraz dwoma dorosłymi synami, bliźniakami, już po maturze, Tadzikiem i Zbyszkiem. Po dotarciu do Wołkowyska postanowili oni zakończyć ucieczkę i pan nadleśniczy zwrócił się do mojego Ojca z prośbą o przyjęcie na kwaterę. Ojciec nie znał tego pana, lecz kierując się zasadą, że leśnik ma obowiązek pomóc leśnikowi, pozwolił mu i jego rodzinie u nas zamieszkać. I byli oni z nami około miesiąca. Dopiero w połowie października opuścili Wołkowysk i przez “zieloną granicę” przeszli na stronę okupowaną przez Niemców. Ta decyzja mojego Ojca, by przyjąć pod swój dach kolegę leśnika stanowiła - moim zdaniem - czyn godny pochwały, zważywszy, że ci nasi goście nie tylko mieszkali i spali w naszym domu (a było nas razem 10 osób w trzypokojowym mieszkaniu), ale również trzeba było ich karmić. Warunki zaopatrzenia w żywność bardzo się pogorszyły, szczególnie po wkroczeniu wojsk sowieckich. Waluta polska przestała być w obiegu, a nasi goście nie mieli rubli, choć nie wykluczam, że mogli spieniężać kosztowności. Ale chyba w sumie tak źle jeszcze nie było, bo pamiętam jak Tadzik i Zbyszek zachęcali moją Mamę, która gotowała obiad, żeby rosół był z dwóch kur, a nie z jednej, jak sugerowała moja Mama. Tadzika i Zbyszka wspominam jako ludzi sympatycznych. Zbyszek miał dobry głos i często śpiewał popularne piosenki, a najczęściej piosenkę Marianna, Marianna, ta cudna panna. Tadzik starał się być dla mnie, jedenastolatka, dobrym kolegą, ale nasz przyjaźń się skończyła, gdy poskarżył Ojcu, że palę papierosy.
Wojska niemieckie nieprzerwanie posuwały się naprzód.
Wiedzieliśmy, że Warszawa jest oblężona i się broni, a u nas było dość spokojnie, choć wiadomo było, że całkowita klęska jest blisko, aż tu niespodzianie 19 września pojawiły się w Wołkowysku oddziały armii sowieckiej. Duże kolumny piechoty maszerowały szosą z kierunku północno-wschodniego, od strony Lasu Zamkowego i dalej szły naszą ulicą Wileńską do centrum miasta. Między oddziałami piechoty widać było ciągnięte przez traktory działa. Oddziały maszerowały ulicą obok naszego domu, który był położony w odległości kilkunastu metrów od ulicy. Jeden z krasnoarmiejców idący boso i na ramieniu niosący buty, które mu nogi otarły, wstąpił przez furtkę na naszą posesję i pytał o studnię, bo chciał się wody napić. Wkrótce nadjechała duża kolumna czołgów. Czołgi, gdy wjechały do miasta, mocno uszkodziły ulice niszcząc szczególnie na zakrętach bruk, który był wykonany z okrągłych kamieni polnych zwanych “kocimi łbami”. W tym dniu i w następnych dniach w powietrzu pojawiły się wielkie samoloty sowieckie czterosilnikowe lecące z charakterystycznym potężnym warkotem. U nas w domu rodzice i nasi goście – uciekinierzy toczyli dyskusje na temat przegranej przez Polskę wojny i rozważali, jaka jest nadzieja na zmianę tego, co się stało. Pojawiła się w mieście rymowana przepowiednia, przepisywana odręcznie i przekazywana z rąk do rąk, która dawała nadzieję, że Polska odzyska niepodległość. Do dzisiaj pamiętam fragmenty tej przepowiedni, której wówczas nauczyłem się na pamięć. Zacytuję tu fragmenty tej przepowiedni.
W dwa lat dziesiątki nastaną te pory,
Gdy z nieba ogień wytryśnie,
Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory,
Świat cały krwią się zachłyśnie.
Polska powstanie ze świata pożogi,
Dwa orły padną rozbite,
Lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi,
Marzenia ciągle niezbyte.
Krzyż splugawiony razem z młotem padnie,
Zaborcom nic nie zostanie,
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A Gdańsku nasz port powstanie.
Próbowano różnie interpretować słowa tej przepowiedni, ale na ogół optymistycznie. Słowa te podnosiły na duchu, bo zawarta w nich była nadzieja, że wszystko dobrze się skończy.
Po wkroczeniu wojsk sowieckich miasto zaczęło się dostosowywać do nowej władzy. Już na początku października uruchomiono moją szkołę powszechną (podstawową). Zacząłem chodzić do piątej klasy licząc według systemu polskiego, chociaż oficjalnie piątą klasę nazwano klasą czwartą dostosowując w ten sposób nasz 12-letni okres nauki w szkole podstawowej i średniej do systemu sowieckiej dziesięciolatki. Moją wychowawczynią i nauczycielką większości przedmiotów była pani Wiktoria Rogowska, ta sama, która prowadziła z nami zajęcia w młodszych klasach. Jako dodatkowy przedmiot wprowadzono język białoruski, a ponieważ w szkole nie było specjalisty od tego języka, więc pani Wiktoria została zobowiązana do nauczania tego języka. Ponieważ pani Wiktoria nie znała języka białoruskiego, więc musiała się do lekcji mocno przygotowywać. Niestety szło jej jak po grudzie i widać było jak się męczy czytając nam coś po białorusku z podręcznika. Pamiętam, że pani Wiktoria pewnego dnia przyszła do klasy zapłakana, z czerwonymi oczami i niezdolna do prowadzenia lekcji. Powiedziała nam, że jej mąż, który pracował w Starostwie na stanowisku inspektora szkolnego, został przez władze sowieckie aresztowany. Mojego Ojca wezwano do magistratu, gdzie urzędowały nowe sowieckie władze administracyjne i tam mu zakomunikowano, że ma dalej pełnić funkcję leśniczego i będzie pracował na rzecz Leshozu, czyli jednostki zarządzającej gospodarką leśną. Wkrótce zjawił się Rosjanin, szef Leschozu i Ojciec zaczął z nim współpracować. Ojciec otrzymał pensję w wysokości 600 rubli miesięcznie, a czynsz za mieszkanie miał opłacać również Leschoz, który przejął funkcje dawnej Dyrekcji Lasów Państwowych.
W pierwszych dniach po wkroczeniu wojsk sowieckich do miasta, niektórzy Żydzi witali najeźdźców z wielkim entuzjazmem. Będąc w centrum miasta widziałem kilkuosobową grupę Żydów maszerujących z czerwoną flagą, roześmianych i śpiewających pieśń wojenną Jeśli zawtra wajna. Widoczne w twarzach tych ludzi zadowolenie mogło świadczyć, że liczą na wielkie korzyści, jakich im przysporzy władza sowiecka. Nie można jednak wykluczyć, że wcześniej cierpieli z powodu dyskryminacji ze strony Polaków i dlatego byli szczęśliwi i pełni nadziei, że władza sowiecka zapewni im równouprawnienie. Chyba się jednak przeliczyli, gdyż Sowieci w trzeciej deportacji obywateli polskich tzw. bieżeńców, która miała miejsce 29 czerwca 1940 r., wywieźli z terenów polskich przyłączonych do ZSRR około 79 tys. osób, w tym około 71 tys., czyli ponad 90 proc. stanowili Żydzi. Bieżeńcy, czyli ludzie z zachodzniej i centralnej Polski uciekający przed postępującą armią niemiecką, po 17 września 1939 r. znaleźli się na terytorium zajętym przez ZSRR. Deportacja ok. 71 tys. Żydów wyraźnie świadczy, że Sowieci polskich Żydów nie potraktowali w sposób uprzywilejowany i skazali ich bez żadnych skrupułów na eksterminację, podobnie jak Polaków.
Życie ludności w mieście bardzo się pogorszyło z powodu niedoboru artykułów żywnościowych. Po sól i cukier trzeba było stać w długich kolejkach. Sam stałem w takiej kolejce kilka razy. W centrum miasta można było spotkać wielu żołnierzy sowieckich, głównie oficerów. Mieliśmy w mieście koszary opuszczone przez 3. Pułk Strzelców Konnych, gdzie prawdopodobnie obecnie stacjonowała większa jednostka wojskowa krasnoarmiejców. 3. Pułk Strzelców Konnych na początku września 1939 r. opuścił koszary, by dołączyć do Grupy Operacyjnej „Narew”. Pułk 9 września przeszedł chrzest bojowy, a następnie walczył aż do 5 października biorąc udział w wielu starciach z Niemcami.
Pewnego dnia, gdzieś pod koniec października, odwiedziła nas pewna pani i przyprowadziła ze sobą rasowego psa, z prośbą, by rodzice się nim zaopiekowali, bo ona ma kilka psów i nie jest w stanie ich wyżywić. Nie wiem od kogo dostała nasz adres, ale widocznie Ojciec był znany w mieście i ktoś Go polecił. Była to pani, która wraz z siostrą uciekała przed zbliżającym się frontem. Panie dotarły do Wołkowyska, a dalej uciekać nie było dokąd. Obie panie uciekały wraz z dziesięcioma rasowymi psami. Tu w Wołkowysku wynajęły mieszkanie, ale psiarnia była zbyt liczna, by można było ją wyżywić, więc panie zaczęły rozdawać swoje pieski w dobre ręce, do poleconych domów. Przyjęliśmy tego białego szpica o imieniu Laluś i pozostał on u nas parę miesięcy nie sprawiając wielkiego kłopotu, poza tym, że był to pies arystokratyczny, okupował fotel i nie chciał byle czego jeść, a o dobre jedzenie było coraz trudniej. Jeden raz właścicielka przyszła odwiedzić swego pupila i częstowała go kiełbasą, ale na co dzień nie mógł on liczyć u nas na takie rarytasy. Rodzice zdecydowali wreszcie, że trzeba psa oddać właścicielce. Ja zostałem wyznaczony do odprowadzenia Lalusia na smyczy do miejsca zamieszkania właścicielki. Gdy dotarłem pod właściwy adres zobaczyłem, jak uciekinierki mieszkają. Był to jeden pokój, w którym razem z tymi paniami mieszkało kilka psów. W pokoju poczułem bardzo silny psi zapach. Laluś był szczęśliwy, że wrócił do swoich. Nie wiem jak długo te panie zdołały przetrwać z tą psiarnią w warunkach panowania władzy sowieckiej.