Przejdź do tekstu
Wspomnienia Kazimierza Bachmińskiego
  1. Wstęp
  2. Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
  3. Rozdział II: Deportacja
  4. Rozdział III: Amnestia
  5. Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
  6. Rozdział V: Pobyt w Dżambule
  7. Rozdział VI: W Iranie
  8. Epilog

Rozdział I

Moja rodzina i moje miasto

Wołkowysk, 1928–1940

Ok. 18 min czytania Czytaj ten fragment w PDF (od s. 8)

Uro­dzi­łem się w 1928 roku w Klo­no­wie, w pow. kie­lec­kim, gdzie Ojciec pra­co­wał na sta­no­wi­sku leśni­czego Lasów Pań­stwo­wych. Od 1930 do 1934 roku miesz­ka­li­śmy na wscho­dzie Polski w pow. Kosów Pole­ski, gdzie Ojciec otrzy­mał sta­no­wi­sko nad­le­śni­czego. W 1935 roku Ojciec został prze­nie­siony do Bia­ło­wieży i tam podjął pracę w Dyrek­cji Lasów Pań­stwo­wych, a z kolei pod koniec 1936 roku prze­nie­śli­śmy się do Woł­ko­wy­ska w woj. bia­ło­stoc­kim, gdzie Ojciec otrzy­mał posadę leśni­czego. Rodzina nasza była pię­cio­oso­bowa. Mama była z zawodu nauczy­cielką, ale od 1930 roku nie pra­co­wała w swoim zawo­dzie w związku z zaan­ga­żo­wa­niem w wycho­wa­nie trójki dzieci. Miałem brata Zbyszka, o pół­tora roku ode mnie star­szego oraz sio­strę Hanię, o sześć lat ode mnie młod­szą. Do pierw­szej klasy szkoły powszech­nej zaczą­łem uczęsz­czać w 1935 roku w Bia­ło­wieży, a następ­nie w latach 1936-1939 kon­ty­nu­owa­łem naukę w klasie dru­giej, trze­ciej i czwar­tej w Woł­ko­wy­sku.

Gdy mowa o rodzi­nie, chciał­bym przed­sta­wić nieco szcze­gó­łów z życio­rysu mojego Ojca. W swojej bio­gra­fii Ojciec miał piękną kartę walki o nie­pod­le­głość. W czerwcu 1915 roku mając 22 lata wstą­pił na ochot­nika do Pierw­szej Bry­gady Legio­nów Pol­skich dowo­dzo­nej przez Józefa Pił­sud­skiego, gdzie został przy­dzie­lony do 1. Pułku Pie­choty. Pierw­sza Bry­gada wal­czyła po stro­nie austro-węgier­skiej prze­ciw Rosji. W sierp­niu 1915 r. Sta­ni­sław Bach­miń­ski został ranny w bitwie pod Wyso­kiem Litew­skiem. Kula kara­bi­nowa prze­strze­liła obie nogi i zna­lazł się w szpi­talu. Po wyle­cze­niu ran i rekon­wa­le­scen­cji w listo­pa­dzie 1915 r. wrócił do swo­jego pułku, który wal­czył na Woły­niu. Pierw­sza Bry­gada uczest­ni­czyła wów­czas w ofen­sy­wie sku­tecz­nie pro­wa­dzo­nej prze­ciwko Rosji i doszła do Styru, połu­dnio­wego dopływu Pry­peci, gdzie pro­wa­dziła cięż­kie walki z Rosja­nami. Ojciec uczest­ni­czył w wal­kach nad Styrem i Sto­cho­dem aż do sierp­nia 1916 roku zno­sząc wiel­kie nie­wy­gody fron­towe w oko­pach, często pod cięż­kim ostrza­łem arty­le­ryj­skim, w wyniku któ­rego był kon­tu­zjo­wany. W Pierw­szej Bry­ga­dzie Ojciec służył 25 mie­sięcy aż do kry­zysu przy­się­go­wego, który nastą­pił w lipcu 1917 roku. Kryzys przy­się­gowy był zwią­zany z tym, że Legiony Pol­skie miały być pod­po­rząd­ko­wane dowódz­twu nie­miec­kiemu i legio­ni­ści – zgod­nie z obo­wią­zu­jącą pro­ce­durą – musieli złożyć przy­sięgę cesa­rzowi Nie­miec. Tak jak więk­szość żoł­nie­rzy Pierw­szej Bry­gady, Ojciec odmó­wił zło­że­nia przy­sięgi i w rezul­ta­cie miał być inter­no­wany. Jak wynika z jego rela­cji, w czasie trans­portu do Szczy­piorny (miej­sco­wość blisko Kali­sza), wysko­czył wraz z kolegą z pociągu w biegu i w ten sposób unik­nął inter­no­wa­nia. Po tej ucieczce udał się do Lwowa, by ewen­tu­al­nie kon­ty­nu­ować studia w Wyż­szej Szkole Leśnej. W latach 1917–1919 stu­dio­wał z prze­rwami, miesz­ka­jąc na stan­cji i zara­bia­jąc na życie kore­pe­ty­cjami. Wyższa Szkoła Leśna była uczel­nią samo­dzielną, a w 1919 roku została przy­łą­czona do Poli­tech­niki Lwow­skiej jako jeden z jej wydzia­łów.

Ja (z prawej) i mój brat Zbyszek. Białowieża, 1935 r.
Ja (z prawej) i mój brat Zbyszek. Białowieża, 1935 r. s. 9 w PDF
Stanisław Bachmiński
Stanisław Bachmiński s. 9 w PDF

W listo­pa­dzie 1918 roku wybu­chły walki polsko–ukra­iń­skie o Lwów. Żoł­nie­rze naro­do­wo­ści ukra­iń­skiej słu­żący w armii austro-węgier­skiej widząc, że się wojna kończy, opa­no­wali we Lwowie w dniu 1 listo­pada 1918 roku szereg waż­nych punk­tów przej­mu­jąc władzę admi­ni­stra­cyjną chcąc pod­po­rząd­ko­wać Lwów two­rzą­cej się Zachod­nio-Ukra­iń­skiej Repu­blice Ludo­wej. Oddziały ukra­iń­skie prze­pro­wa­dziły w dziel­nicy, w której miesz­kał Sta­ni­sław Bach­miń­ski akcję wymie­rzoną prze­ciwko zamiesz­ka­łym tam młodym Pola­kom, chcąc ich wyeli­mi­no­wać, jako w więk­szo­ści wyszko­lo­nych żoł­nie­rzy mogą­cych zasi­lić pol­skie oddziały bro­niące Lwowa. Jak wynika z rela­cji Ojca, Ukra­ińcy prze­pro­wa­dzili u niego w domu rewi­zję, a następ­nie został on wypro­wa­dzony na plac, gdzie zgro­ma­dzono grupę Pola­ków, którzy mieli być praw­do­po­dob­nie roz­strze­lani. Na szczę­ście nad­le­ciał polski samo­lot, który ostrze­lał zgru­po­wa­nie żoł­nie­rzy ukra­iń­skich zgro­ma­dzo­nych na placu, co spo­wo­do­wało, że wszy­scy się roz­pierz­chli. Ojciec korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia uciekł z placu i ukrył się na cmen­ta­rzu, gdzie prze­by­wał przez szereg dni, aż do wypar­cia Ukra­iń­ców z tej dziel­nicy przez pol­skie oddziały. Walki o Lwów trwały do 22 listo­pada 1918 roku, a skoń­czyły się wypar­ciem Ukra­iń­ców z miasta, jednak Lwów był do maja 1919 roku okrą­żony i ostrze­li­wany przez oddziały Ukra­iń­skiej Armii Gali­cyj­skiej. W kwiet­niu 1919 roku Ojciec wrócił do służby woj­sko­wej we Lwowie, którą pełnił przez pięć mie­sięcy w Bata­lio­nie War­tow­ni­czym Wojska Pol­skiego w stop­niu kaprala. Po ukoń­cze­niu stu­diów roz­po­czął pracę w 1920 roku na sta­no­wi­sku leśni­czego Lasów Pań­stwo­wych w woje­wódz­twie kie­lec­kim. W 1933 roku Sta­ni­sław Bach­miń­ski został odzna­czony przez pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej Krzy­żem Nie­pod­le­gło­ści. Trzeba dodać, że dwaj młodsi bracia Ojca, Wacław i Józef, rów­nież wal­czyli w Pierw­szej Bry­ga­dzie Legio­nów. Józef służył ponadto w armii pol­skiej już po uzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści i w wal­kach z Ukra­iń­cami w rejo­nie Lwowa, był mocno poszko­do­wany, bowiem w bitwie stra­cił oko. Jako inwa­lida wojenny otrzy­mał wspar­cie od Pań­stwa – dostał przy­dział ziemi oraz posadę w Dowódz­twie Kor­pusu w Grod­nie.

Chciał­bym rów­nież wspo­mnieć o moim stry­jecz­nym dziadku, Sta­ni­sła­wie Bach­miń­skim, uczest­niku Powsta­nia Stycz­nio­wego. Był on stu­den­tem Szkoły Głów­nej w War­sza­wie i po wybu­chu powsta­nia wstą­pił do oddziału powstań­czego „Dzieci War­szawy”, w którym objął funk­cję dowód­czą set­nika. Zginął 14 kwiet­nia 1863 roku mając 21 lat w star­ciu z Rosja­nami pod Budą Zabo­row­ską w Lasach Kam­pi­no­skich. Łącz­nie zgi­nęło tam 73 powstań­ców, w tym mjr Remi­szew­ski, dowódca oddziału. W Zabo­ro­wie Leśnym jest zbio­rowa mogiła powstań­ców, którzy zgi­nęli w tej bitwie.

W Woł­ko­wy­sku miesz­ka­li­śmy od 1936 roku i chciał­bym podać nieco infor­ma­cji o tym mie­ście i o zda­rze­niach z tego okresu, które pozo­stały w mojej pamięci do dzi­siaj. Było to miasto powia­towe liczące w 1939 roku około 17 tysięcy miesz­kań­ców. Mie­li­śmy w mie­ście Publiczną Szkołę Powszechną (pod­sta­wową), Pań­stwowe Gim­na­zjum i Liceum, Pry­watne Czte­ro­let­nie Gim­na­zjum Kupiec­kie, była rów­nież pry­watna szkoła pod­sta­wowa o nazwie Szkoła Pani Pawę­skiej. Ucznio­wie wszyst­kich szkół nosili czapki z dasz­kiem, o róż­nych kolo­rach i kształ­cie, po czym można było odgad­nąć, do jakiej szkoły uczęsz­czają. Trzeba dodać, że w Pań­stwo­wym Gim­na­zjum i Liceum pła­ciło się czesne, choć były zniżki przy­słu­gu­jące dzie­ciom urzęd­ni­ków pań­stwo­wych w wyso­ko­ści 50 proc. W pobliżu cen­trum miasta był kościół rzym­sko-kato­licki oraz cer­kiew pra­wo­sławna. Mie­li­śmy dru­żynę piłki nożnej Strze­lec, chyba dość dobrą, bo pamię­tam, że byłem na meczu, kiedy Strze­lec wygrał z żydow­ską dru­żyną Makabi w sto­sunku 12:0. Do miasta przy­jeż­dżał Cyrk Sta­niew­skich jak rów­nież Cyrk Popu­larny i ja nie opusz­cza­łem okazji, by być na wystę­pach cyrku. W mie­ście dzia­łało rów­nież kino. Przy­jeż­dżał do nas Teatr Reduta z War­szawy i rodzice sta­rali się zawsze być na wystę­pach tego teatru. Woł­ko­wysk był węzłową stacją kole­jową - miał dwa dworce kole­jowe: Woł­ko­wysk Miasto i Woł­ko­wysk Cen­tralny oraz przy­sta­nek Woł­ko­wysk Przed­mie­ście, a co godne pod­kre­śle­nia, dwa razy w tygo­dniu prze­jeż­dżał tą linią na wschód w kie­runku ZSRR i z powro­tem mię­dzy­na­ro­dowy pociąg z Calais przez Paryż, Berlin, War­szawę do stacji gra­nicz­nej Stołpce - Nie­go­rie­łoje. Podróżni w Nie­go­rie­łoje prze­sia­dali się do pociągu sze­ro­ko­to­ro­wego i jechali do Moskwy. Podróż z powro­tem odby­wała się tą samą trasą na zachód. Pociąg ten robił na mnie wów­czas duże wra­że­nie, gdy prze­jeż­dżał z dużą pręd­ko­ścią i gło­śnym stu­ko­tem kół o szyny trasą bie­gnącą blisko mojej szkoły, a następ­nie skrę­cał po łuku pod lasem w kie­runku gra­nicy wschod­niej.

Wołkowysk jest położony 95 km na wschód od Białegostoku. Obecnie znajduje się na terenie Białorusi.
Wołkowysk jest położony 95 km na wschód od Białegostoku. Obecnie znajduje się na terenie Białorusi. s. 13 w PDF

W Woł­ko­wy­sku uro­czy­ście obcho­dzono Święto 3 Maja. Odby­wała się wów­czas defi­lada 3. Pułku Strzel­ców Kon­nych, a kom­ba­tanci z okresu walki o nie­pod­le­głość, w odświęt­nych ubra­niach, z przy­pię­tymi odzna­cze­niami woj­sko­wymi, szli wraz z wie­loma miesz­kań­cami miasta obser­wo­wać defi­ladę. Dobrze pamię­tam taką defi­ladę z 1938 roku, na której byłem razem z Ojcem. Woł­ko­wysk to miasto mające długą histo­rię zwią­zaną z waż­nymi zda­rze­niami. W 1386 r. wielki książę litew­ski Jagiełło zatrzy­mał się w Woł­ko­wy­sku, gdzie się spo­tkał z dele­ga­cją polską z Kra­kowa i wspól­nie potwier­dzono usta­lone w Krewie warunki prze­ję­cia przez Jagiełłę tronu pol­skiego oraz mał­żeń­stwa z zasia­da­jącą na tronie pol­skim Jadwigą. Woł­ko­wysk nale­żący do Wiel­kiego Księ­stwa Litew­skiego został zdo­byty w 1410 roku przez Krzy­ża­ków i spa­lony. Pamiątką po wojnie polsko-szwedz­kiej zwanej poto­pem, w której miasto ucier­piało, jest nada­nie Zam­ko­wej Górze nazwy Szwedzka Góra, bowiem na tym wznie­sie­niu Szwe­dzi zbu­do­wali sza­niec i się bro­nili przed Pola­kami. Szwedzka Góra sta­nowi naj­wyż­sze wznie­sie­nie i punkt wido­kowy na obrzeżu miasta. W czasie wyprawy Napo­le­ona na Moskwę w 1812 roku miasto spło­nęło. Po odzy­ska­niu przez Polskę nie­pod­le­gło­ści, koszary wybu­do­wane w cza­sach car­skich zajął w 1922 r. 3. Pułk Strzel­ców Kon­nych.

Tak jak więk­szość miast na wscho­dzie ówcze­snej Polski, miasto zamiesz­ki­wali w znacz­nej ilości Żydzi. W roku 1939 w Woł­ko­wy­sku miesz­kało 6900 Żydów i sta­no­wili oni 40 proc. lud­no­ści miasta. W mojej klasie była tylko jedna dziew­czyna wyzna­nia moj­że­szo­wego o pol­skim nazwi­sku Zelwiań­ska. Nie była ona dys­kry­mi­no­wana przez nikogo, a w czasie poran­nej modli­twy, którą odma­wia­li­śmy na początku pierw­szej lekcji, wsta­wała razem z całą klasą, lecz w modli­twie nie uczest­ni­czyła. Żydzi mieli w mie­ście kilka swoich szkół tal­mu­dycz­nych, dla­tego w publicz­nej szkole ich repre­zen­ta­cja była nie­wielka. Jak pamię­tam, anty­se­mi­ty­zmu rzu­ca­ją­cego się w oczy w mie­ście raczej nie było. Żydzi opa­no­wali handel, tak jak w więk­szo­ści miast na wscho­dzie Polski. Nato­miast, gdy zaczęły powsta­wać sklepy pol­skie, ich wła­ści­ciele często umiesz­czali u siebie hasło: „Nie kupuj u Żyda”. Polacy nie uni­kali kupo­wa­nia w skle­pach żydow­skich, tym bar­dziej, że mogli tam kupo­wać na kredyt. Byłem świad­kiem jak do sklepu żydow­skiego z arty­ku­łami spo­żyw­czymi weszła dobrze ubrana Polka, praw­do­po­dob­nie żona urzęd­nika, wybrała sporą ilość towa­rów z półki, lecz nie zapła­ciła gotówką, tylko wrę­czyła sprze­dawcy notes, do któ­rego ten wpisał arty­kuły sprze­dane na kredyt.

W Woł­ko­wy­sku miesz­ka­li­śmy począt­kowo przez rok w dużym pię­tro­wym domu, przy ul. Zastawa 5, w którym zaj­mo­wa­li­śmy parter, a na pię­trze miesz­kał wła­ści­ciel domu p. Goł­gow­ski wraz z żoną i trzema synami. Ponie­waż chłopcy wła­ści­ciela – moi i mojego brata rówie­śnicy – byli bardzo uspor­to­wieni, upra­wia­li­śmy z nimi na podwórku różne dys­cy­pliny spor­towe, takie jak: skok w dal, skok wzwyż i skok o tyczce. W odle­gło­ści stu metrów od naszego domu pły­nęła rzeczka Woł­ko­wyja i w okre­sie gorą­cego lata, jakie było w 1937 roku, w czasie waka­cji, bie­ga­li­śmy przez łąkę do tej rzeczki wie­lo­krot­nie, by się wyką­pać. Wów­czas nauczy­łem się pływać i te umie­jęt­no­ści w następ­nym roku dosko­na­li­łem pły­wa­jąc w zbior­niku wodnym utwo­rzo­nym przez tamę na Woł­ko­wyji, a także na miej­skim base­nie. Na pose­sji p. Goł­gow­skiego znaj­do­wał się staw, który gdy zamarzł w zimie, był dla nas dobrym miej­scem jazdy na łyż­wach blisko domu. Na jesieni 1937 roku prze­nie­śli­śmy się na ul. Wileń­ską 40 do nowo wybu­do­wa­nego domu, któ­rego wła­ści­cie­lem był p. Zale­ski, mier­ni­czy przy­się­gły. Był to dwu­ro­dzinny par­te­rowy dom muro­wany, któ­rego połowę zaj­mo­wał wła­ści­ciel, a drugą rów­no­rzędną połowę zaję­li­śmy my. Mie­li­śmy do dys­po­zy­cji trzy pokoje z kuch­nią, wodę brało się ze studni, a w podwó­rzu była ubi­ka­cja „sła­wojka”. Czynsz za to miesz­ka­nie, podob­nie jak za poprzed­nie, pła­ciła Dyrek­cja Lasów Pań­stwo­wych. Nasz budy­nek był przed­ostatni przy ulicy Wileń­skiej, dalej cią­gnęły się pola aż do Lasu Zam­ko­wego odle­głego o dwa kilo­me­try. Las Zam­kowy był pod nad­zo­rem Ojca jako leśni­czego i Ojciec na inspek­cję prac leśnych zazwy­czaj dojeż­dżał na rowe­rze drogą szu­trową.

Za bli­skiego sąsiada mie­li­śmy p. Gabrow­skiego, który pro­wa­dził warsz­tat szew­ski, a ja z jego synem, Wład­kiem, cho­dzi­łem do szkoły do tej samej klasy i sie­dzia­łem z nim w jednej dwu­oso­bo­wej ławce. Drugim dal­szym sąsia­dem był p. Cie­płow­ski, z którym Ojciec był zaprzy­jaź­niony, a w latach 1940 – 1941, gdy byli­śmy w obwo­dzie archan­giel­skim, pro­wa­dził z nim kore­spon­den­cję. Dalej za domem p. Cie­płow­skiego znaj­do­wał się wielki wykop po eks­plo­ata­cji piasku, a wspo­mi­nam o tym, gdyż w zimie ze zbocza tego wykopu odby­wa­łem naukę jazdy na nar­tach. Do szkoły z ulicy Wileń­skiej miałem około pół­tora kilo­me­tra i tę odle­głość poko­ny­wa­łem pieszo, zazwy­czaj z kolegą - sąsia­dem, Wład­kiem Gabrow­skim. Chciał­bym dodać taką cie­ka­wostkę, że jeden z kole­gów z mojej klasy, syn nad­le­śni­czego, dojeż­dżał do szkoły na kucyku, gdzieś spod Woł­ko­wy­ska. Była taka koniecz­ność, gdyż nie było w tym rejo­nie komu­ni­ka­cji auto­bu­so­wej. Gdy 1 wrze­śnia 1939 roku wybu­chła wojna, Woł­ko­wysk znaj­do­wał się daleko od frontu, ale wojnę prze­ży­wa­li­śmy głę­boko, bo radio nada­wało wia­do­mo­ści o cofa­niu się pol­skiej armii, ale naj­czę­ściej były to ciągle powta­rzane ostrze­że­nia o zbli­ża­ją­cym się kolej­nym nalo­cie na War­szawę o brzmie­niu: Uwaga, uwaga, nad­cho­dzi eR-A koma 3, lub: Uwaga, uwaga, RA-DA prze­szedł. Te, w ten sposób zaszy­fro­wane wia­do­mo­ści, były na pewno zro­zu­miałe dla War­sza­wia­ków, cho­ciaż i my wie­dzie­li­śmy, że jest to komu­ni­kat o tym, że War­szawa będzie kolejny raz bom­bar­do­wana, lub że nalot już się zakoń­czył. Woł­ko­wysk był jeden raz zbom­bar­do­wany w rejo­nie stacji kole­jo­wej, ale bomby nie tra­fiły w tory ani w budy­nek stacji, choć trzy zrzu­cone bomby pozo­sta­wiły głę­bo­kie leje tuż przy torach, kil­ka­dzie­siąt metrów od stacji, a szyby w pobli­skich domach powy­pa­dały. Byłem tam i oglą­da­łem skutki nalotu. Od tego momentu wielu miesz­kań­ców miasta zaczęło okle­jać szyby w oknach wąskimi paskami papieru, gdyż uwa­żali oni, że w czasie bom­bar­do­wa­nia te paski papieru uchro­nią szyby przed wypad­nię­ciem. Nie wiem czy to okle­ja­nie szyb miało sens, ale więcej bom­bar­do­wań już nie było i nie dało się spraw­dzić sku­tecz­no­ści tego okle­ja­nia. Był jeden przy­pa­dek zrzu­ce­nia bomb przez nie­miecki bom­bo­wiec na pole w pobliżu Lasu Zam­ko­wego i wów­czas pobie­głem wraz ze Zbysz­kiem i całą gro­madą ludzi, by oglą­dać leje po trzech bom­bach. Ludzie zbie­rali ostre kawałki metalu sta­no­wiące wypeł­nie­nie bomb. Widać było, że pilot pozbył się bomb, by bez ładunku wrócić do bazy. Pamię­tam rów­nież takie zda­rze­nie, że na polu pod lasem wylą­do­wał polski myśli­wiec, który praw­do­po­dob­nie miał defekt sil­nika. Tu rów­nież całą gro­madą pobie­gli­śmy, by oglą­dać, co się stało. To były takie odgłosy wojny, które docie­rały do Woł­ko­wy­ska. Nade­szła też wia­do­mość o zbom­bar­do­wa­niu fabryki dykty w Mostach odle­głych o 25 kilo­me­trów od Woł­ko­wy­ska. Fabrykę dykty w Mostach zwie­dza­łem w 1938 roku będąc na obozie har­cer­skim nad Nie­mnem w pobliżu tego mia­steczka, dla­tego ta infor­ma­cja o zbom­bar­do­wa­niu bardzo mnie zmar­twiła. Dykta była uży­wana jako mate­riał do pro­duk­cji samo­lo­tów, dla­tego Niemcy wzięli sobie fabrykę w Mostach za cel.

Wrze­sień 1939 był pogodny, bez­chmurny i na niebie poja­wiały się dość często samo­loty nie­miec­kie lecące bardzo wysoko, gdzieś na wyso­ko­ści 8 tysięcy metrów, lecz dla nas te samo­loty nie były groźne. Nie­ba­wem dla obrony miasta poja­wiła się w naszym rejo­nie arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza. Dwa działa prze­ciw­lot­ni­cze zostały umiesz­czone i oko­pane tuż za płotem naszego ogrodu przy ul. Wileń­skiej 40. Ale te działa ani razu nie wystrze­liły w kie­runku samo­lo­tów nie­miec­kich, chyba dla­tego, że samo­loty leciały zbyt wysoko i nie zamie­rzały bom­bar­do­wać miasta, a miały jakiś dalszy wyzna­czony cel. Nasze działa prze­ciw­lot­ni­cze odbyły paro­krot­nie próbne strze­la­nie, co mogli­śmy obser­wo­wać z bliska. Prze­wi­du­jąc, że front może dotrzeć do Woł­ko­wy­ska, ale i przed obawą nalo­tów, Ojciec zabrał się do kopa­nia w ogro­dzie schronu prze­ciw­lot­ni­czego, w czym ja i mój brat mu poma­ga­li­śmy. Schron sta­no­wił głę­boki na pół­tora metra pro­sto­kątny rów, który został przy­kryty z góry deskami przy­sy­pa­nymi war­stwą ziemi. Od strony wej­ścia do schronu były zro­bione schodki wzmoc­nione deskami, umoż­li­wia­jące scho­dze­nie w dół i wycho­dze­nie na zewnątrz. Front był jesz­cze daleko, choć szybko się zbli­żał. Byłem świad­kiem jak w mie­ście poja­wił się pew­nego dnia kawa­le­rzy­sta na koniu, widocz­nie ranny, bo z zaban­da­żo­waną głową, a przy nim zgro­ma­dziło się sporo ludzi i ten żoł­nierz ogło­sił, że Polacy zwy­cię­żają, a gen. Bort­now­ski zajął Pomo­rze. Dzi­siaj można powie­dzieć, że infor­ma­cja ta cho­ciaż pod­no­siła na duchu, nie miała nic wspól­nego z rze­czy­wi­stą sytu­acją na fron­cie.

Miesz­ka­li­śmy dość wygod­nie w naszym trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, ale wygodne życie się skoń­czyło gdzieś w poło­wie wrze­śnia 1939 r., gdy w naszym domu zja­wiła się wie­lo­oso­bowa rodzina ludzi, którzy ucie­ka­jąc przed prze­su­wa­ją­cym się fron­tem dotarli do Woł­ko­wy­ska. Był to nad­le­śni­czy z cen­tral­nej Polski, z żoną, sio­strą żony oraz dwoma doro­słymi synami, bliź­nia­kami, już po matu­rze, Tadzi­kiem i Zbysz­kiem. Po dotar­ciu do Woł­ko­wy­ska posta­no­wili oni zakoń­czyć ucieczkę i pan nad­le­śni­czy zwró­cił się do mojego Ojca z prośbą o przy­ję­cie na kwa­terę. Ojciec nie znał tego pana, lecz kie­ru­jąc się zasadą, że leśnik ma obo­wią­zek pomóc leśni­kowi, pozwo­lił mu i jego rodzi­nie u nas zamiesz­kać. I byli oni z nami około mie­siąca. Dopiero w poło­wie paź­dzier­nika opu­ścili Woł­ko­wysk i przez “zie­loną gra­nicę” prze­szli na stronę oku­po­waną przez Niem­ców. Ta decy­zja mojego Ojca, by przy­jąć pod swój dach kolegę leśnika sta­no­wiła - moim zda­niem - czyn godny pochwały, zwa­żyw­szy, że ci nasi goście nie tylko miesz­kali i spali w naszym domu (a było nas razem 10 osób w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu), ale rów­nież trzeba było ich karmić. Warunki zaopa­trze­nia w żyw­ność bardzo się pogor­szyły, szcze­gól­nie po wkro­cze­niu wojsk sowiec­kich. Waluta polska prze­stała być w obiegu, a nasi goście nie mieli rubli, choć nie wyklu­czam, że mogli spie­nię­żać kosz­tow­no­ści. Ale chyba w sumie tak źle jesz­cze nie było, bo pamię­tam jak Tadzik i Zby­szek zachę­cali moją Mamę, która goto­wała obiad, żeby rosół był z dwóch kur, a nie z jednej, jak suge­ro­wała moja Mama. Tadzika i Zbyszka wspo­mi­nam jako ludzi sym­pa­tycz­nych. Zby­szek miał dobry głos i często śpie­wał popu­larne pio­senki, a naj­czę­ściej pio­senkę Marianna, Marianna, ta cudna panna. Tadzik starał się być dla mnie, jede­na­sto­latka, dobrym kolegą, ale nasz przy­jaźń się skoń­czyła, gdy poskar­żył Ojcu, że palę papie­rosy.

Wojska nie­miec­kie nie­prze­rwa­nie posu­wały się naprzód.

Wie­dzie­li­śmy, że War­szawa jest oblę­żona i się broni, a u nas było dość spo­koj­nie, choć wia­domo było, że cał­ko­wita klęska jest blisko, aż tu nie­spo­dzia­nie 19 wrze­śnia poja­wiły się w Woł­ko­wy­sku oddziały armii sowiec­kiej. Duże kolumny pie­choty masze­ro­wały szosą z kie­runku pół­nocno-wschod­niego, od strony Lasu Zam­ko­wego i dalej szły naszą ulicą Wileń­ską do cen­trum miasta. Między oddzia­łami pie­choty widać było cią­gnięte przez trak­tory działa. Oddziały masze­ro­wały ulicą obok naszego domu, który był poło­żony w odle­gło­ści kil­ku­na­stu metrów od ulicy. Jeden z kra­sno­ar­miej­ców idący boso i na ramie­niu nio­sący buty, które mu nogi otarły, wstą­pił przez furtkę na naszą pose­sję i pytał o stud­nię, bo chciał się wody napić. Wkrótce nad­je­chała duża kolumna czoł­gów. Czołgi, gdy wje­chały do miasta, mocno uszko­dziły ulice nisz­cząc szcze­gól­nie na zakrę­tach bruk, który był wyko­nany z okrą­głych kamieni polnych zwa­nych “kocimi łbami”. W tym dniu i w następ­nych dniach w powie­trzu poja­wiły się wiel­kie samo­loty sowiec­kie czte­ro­sil­ni­kowe lecące z cha­rak­te­ry­stycz­nym potęż­nym war­ko­tem. U nas w domu rodzice i nasi goście – ucie­ki­nie­rzy toczyli dys­ku­sje na temat prze­gra­nej przez Polskę wojny i roz­wa­żali, jaka jest nadzieja na zmianę tego, co się stało. Poja­wiła się w mie­ście rymo­wana prze­po­wied­nia, prze­pi­sy­wana odręcz­nie i prze­ka­zy­wana z rąk do rąk, która dawała nadzieję, że Polska odzy­ska nie­pod­le­głość. Do dzi­siaj pamię­tam frag­menty tej prze­po­wiedni, której wów­czas nauczy­łem się na pamięć. Zacy­tuję tu frag­menty tej prze­po­wiedni.

W dwa lat dziesiątki nastaną te pory,
Gdy z nieba ogień wytryśnie,
Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory,
Świat cały krwią się zachłyśnie.
Polska powstanie ze świata pożogi,
Dwa orły padną rozbite,
Lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi,
Marzenia ciągle niezbyte.
Krzyż splugawiony razem z młotem padnie,
Zaborcom nic nie zostanie,
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A Gdańsku nasz port powstanie.

Pró­bo­wano różnie inter­pre­to­wać słowa tej prze­po­wiedni, ale na ogół opty­mi­stycz­nie. Słowa te pod­no­siły na duchu, bo zawarta w nich była nadzieja, że wszystko dobrze się skoń­czy.

Po wkro­cze­niu wojsk sowiec­kich miasto zaczęło się dosto­so­wy­wać do nowej władzy. Już na początku paź­dzier­nika uru­cho­miono moją szkołę powszechną (pod­sta­wową). Zaczą­łem cho­dzić do piątej klasy licząc według sys­temu pol­skiego, cho­ciaż ofi­cjal­nie piątą klasę nazwano klasą czwartą dosto­so­wu­jąc w ten sposób nasz 12-letni okres nauki w szkole pod­sta­wo­wej i śred­niej do sys­temu sowiec­kiej dzie­się­cio­latki. Moją wycho­waw­czy­nią i nauczy­cielką więk­szo­ści przed­mio­tów była pani Wik­to­ria Rogow­ska, ta sama, która pro­wa­dziła z nami zaję­cia w młod­szych kla­sach. Jako dodat­kowy przed­miot wpro­wa­dzono język bia­ło­ru­ski, a ponie­waż w szkole nie było spe­cja­li­sty od tego języka, więc pani Wik­to­ria została zobo­wią­zana do naucza­nia tego języka. Ponie­waż pani Wik­to­ria nie znała języka bia­ło­ru­skiego, więc musiała się do lekcji mocno przy­go­to­wy­wać. Nie­stety szło jej jak po gru­dzie i widać było jak się męczy czy­ta­jąc nam coś po bia­ło­ru­sku z pod­ręcz­nika. Pamię­tam, że pani Wik­to­ria pew­nego dnia przy­szła do klasy zapła­kana, z czer­wo­nymi oczami i nie­zdolna do pro­wa­dze­nia lekcji. Powie­działa nam, że jej mąż, który pra­co­wał w Sta­ro­stwie na sta­no­wi­sku inspek­tora szkol­nego, został przez władze sowiec­kie aresz­to­wany. Mojego Ojca wezwano do magi­stratu, gdzie urzę­do­wały nowe sowiec­kie władze admi­ni­stra­cyjne i tam mu zako­mu­ni­ko­wano, że ma dalej pełnić funk­cję leśni­czego i będzie pra­co­wał na rzecz Leshozu, czyli jed­nostki zarzą­dza­ją­cej gospo­darką leśną. Wkrótce zjawił się Rosja­nin, szef Leschozu i Ojciec zaczął z nim współ­pra­co­wać. Ojciec otrzy­mał pensję w wyso­ko­ści 600 rubli mie­sięcz­nie, a czynsz za miesz­ka­nie miał opła­cać rów­nież Leschoz, który prze­jął funk­cje dawnej Dyrek­cji Lasów Pań­stwo­wych.

W pierw­szych dniach po wkro­cze­niu wojsk sowiec­kich do miasta, nie­któ­rzy Żydzi witali najeźdź­ców z wiel­kim entu­zja­zmem. Będąc w cen­trum miasta widzia­łem kil­ku­oso­bową grupę Żydów masze­ru­ją­cych z czer­woną flagą, roze­śmia­nych i śpie­wa­ją­cych pieśń wojenną Jeśli zawtra wajna. Widoczne w twa­rzach tych ludzi zado­wo­le­nie mogło świad­czyć, że liczą na wiel­kie korzy­ści, jakich im przy­spo­rzy władza sowiecka. Nie można jednak wyklu­czyć, że wcze­śniej cier­pieli z powodu dys­kry­mi­na­cji ze strony Pola­ków i dla­tego byli szczę­śliwi i pełni nadziei, że władza sowiecka zapewni im rów­no­upraw­nie­nie. Chyba się jednak prze­li­czyli, gdyż Sowieci w trze­ciej depor­ta­cji oby­wa­teli pol­skich tzw. bie­żeń­ców, która miała miej­sce 29 czerwca 1940 r., wywieźli z tere­nów pol­skich przy­łą­czo­nych do ZSRR około 79 tys. osób, w tym około 71 tys., czyli ponad 90 proc. sta­no­wili Żydzi. Bie­żeńcy, czyli ludzie z zachodz­niej i cen­tral­nej Polski ucie­ka­jący przed postę­pu­jącą armią nie­miecką, po 17 wrze­śnia 1939 r. zna­leźli się na tery­to­rium zaję­tym przez ZSRR. Depor­ta­cja ok. 71 tys. Żydów wyraź­nie świad­czy, że Sowieci pol­skich Żydów nie potrak­to­wali w sposób uprzy­wi­le­jo­wany i ska­zali ich bez żad­nych skru­pu­łów na eks­ter­mi­na­cję, podob­nie jak Pola­ków.

Życie lud­no­ści w mie­ście bardzo się pogor­szyło z powodu nie­do­boru arty­ku­łów żyw­no­ścio­wych. Po sól i cukier trzeba było stać w dłu­gich kolej­kach. Sam stałem w takiej kolejce kilka razy. W cen­trum miasta można było spo­tkać wielu żoł­nie­rzy sowiec­kich, głów­nie ofi­ce­rów. Mie­li­śmy w mie­ście koszary opusz­czone przez 3. Pułk Strzel­ców Kon­nych, gdzie praw­do­po­dob­nie obec­nie sta­cjo­no­wała więk­sza jed­nostka woj­skowa kra­sno­ar­miej­ców. 3. Pułk Strzel­ców Kon­nych na początku wrze­śnia 1939 r. opu­ścił koszary, by dołą­czyć do Grupy Ope­ra­cyj­nej „Narew”. Pułk 9 wrze­śnia prze­szedł chrzest bojowy, a następ­nie wal­czył aż do 5 paź­dzier­nika biorąc udział w wielu star­ciach z Niem­cami.

Pew­nego dnia, gdzieś pod koniec paź­dzier­nika, odwie­dziła nas pewna pani i przy­pro­wa­dziła ze sobą raso­wego psa, z prośbą, by rodzice się nim zaopie­ko­wali, bo ona ma kilka psów i nie jest w stanie ich wyży­wić. Nie wiem od kogo dostała nasz adres, ale widocz­nie Ojciec był znany w mie­ście i ktoś Go pole­cił. Była to pani, która wraz z sio­strą ucie­kała przed zbli­ża­ją­cym się fron­tem. Panie dotarły do Woł­ko­wy­ska, a dalej ucie­kać nie było dokąd. Obie panie ucie­kały wraz z dzie­się­cioma raso­wymi psami. Tu w Woł­ko­wy­sku wyna­jęły miesz­ka­nie, ale psiar­nia była zbyt liczna, by można było ją wyży­wić, więc panie zaczęły roz­da­wać swoje pieski w dobre ręce, do pole­co­nych domów. Przy­ję­li­śmy tego bia­łego szpica o imie­niu Laluś i pozo­stał on u nas parę mie­sięcy nie spra­wia­jąc wiel­kiego kło­potu, poza tym, że był to pies ary­sto­kra­tyczny, oku­po­wał fotel i nie chciał byle czego jeść, a o dobre jedze­nie było coraz trud­niej. Jeden raz wła­ści­cielka przy­szła odwie­dzić swego pupila i czę­sto­wała go kieł­basą, ale na co dzień nie mógł on liczyć u nas na takie rary­tasy. Rodzice zde­cy­do­wali wresz­cie, że trzeba psa oddać wła­ści­cielce. Ja zosta­łem wyzna­czony do odpro­wa­dze­nia Lalu­sia na smyczy do miej­sca zamiesz­ka­nia wła­ści­cielki. Gdy dotar­łem pod wła­ściwy adres zoba­czy­łem, jak ucie­ki­nierki miesz­kają. Był to jeden pokój, w którym razem z tymi paniami miesz­kało kilka psów. W pokoju poczu­łem bardzo silny psi zapach. Laluś był szczę­śliwy, że wrócił do swoich. Nie wiem jak długo te panie zdo­łały prze­trwać z tą psiar­nią w warun­kach pano­wa­nia władzy sowiec­kiej.