Przejdź do tekstu
Wspomnienia Kazimierza Bachmińskiego
  1. Wstęp
  2. Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
  3. Rozdział II: Deportacja
  4. Rozdział III: Amnestia
  5. Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
  6. Rozdział V: Pobyt w Dżambule
  7. Rozdział VI: W Iranie
  8. Epilog

Rozdział V

Pobyt w Dżambule

Dżambuł (Taraz), 1942

Ok. 20 min czytania Czytaj ten fragment w PDF (od s. 95)

Mama widząc naszą bez­na­dziejną sytu­ację, w jakiej się zna­leź­li­śmy, posta­no­wiła, że powin­ni­śmy się nie­zwłocz­nie prze­nieść do Dżam­bułu (Tarazu). By ten zamiar zre­ali­zo­wać, wybrała się do miasta w poszu­ki­wa­niu kwa­tery. Zna­la­zła tanią kwa­terę w domu pry­wat­nym na pery­fe­riach połu­dniowo-wschod­niej dziel­nicy Dżam­bułu, przy ul. Moło­ka­nowka. Bez kło­potu zała­twiła u prze­wod­ni­czą­cego koł­chozu for­mal­no­ści zwią­zane z opusz­cze­niem przez nas aułu, wyna­jęła fur­mankę i poje­cha­li­śmy do naszego nowego miesz­ka­nia. Było to w ostat­nich dniach grud­nia 1941 roku. Nasz pobyt w koł­cho­zie trwał jeden mie­siąc i trzeba powie­dzieć, że był to naj­trud­niej­szy i naj­gor­szy mie­siąc od momentu depor­ta­cji. Ulica Moło­ka­nowka nie miała bruku - była to droga grun­towa, w czasie desz­czu tonąca w błocie, a wzdłuż niej stały małe domy drew­niane, par­te­rowe. Dom, w którym mie­li­śmy zamiesz­kać skła­dał się z jed­nego pokoju, kuchni i obszer­nej sieni, przez którą się wcho­dziło do kuchni. My zamiesz­ka­li­śmy w czwórkę w kuchni, a gospo­dyni - wła­ści­cielka domu, prze­by­wała z dziećmi w swoim pokoju i rów­no­cze­śnie korzy­stała z kuchni, gdy chciała coś ugo­to­wać. Na noc roz­kła­da­li­śmy w kuchni pościel na pod­ło­dze, choć wol­nego miej­sca nie było tam wiele. Gospo­dyni nasza - cha­ziajka, była Rosjanką, posia­da­jącą trzech chłop­ców w wieku: trzy, sześć i dzie­sięć lat. Mąż jej został nie­dawno zmo­bi­li­zo­wany do wojska i prze­by­wał w pobli­skim mie­ście Ługo­woje, gdzie prze­cho­dził prze­szko­le­nie woj­skowe, po zakoń­cze­niu któ­rego miał jechać na front. Za tę naszą skromną kwa­terę trzeba było płacić czynsz, ale nie pamię­tam ile to było, choć myślę, że nie­wiele.

Nasze życie na Moło­ka­nowce było nie­po­rów­na­nie lepsze niż w czasie sied­miu tygo­dni podróży spę­dzo­nych w wago­nie czy też w okre­sie ostat­niego mie­siąca prze­by­wa­nia w koł­cho­zie. Bardzo ważne było to, że tu dosta­li­śmy dla całej rodziny kartki na chleb. Kartki na chleb wyda­wał ULKOM, czyli komi­tet zarzą­dza­jący spra­wami miesz­kań­ców ulicy. Był to jed­no­oso­bowy komi­tet, z którym nasza cha­ziajka była zaprzy­jaź­niona, czego wyra­zem były podwójne kartki na chleb, jakie otrzy­my­wała dla swojej rodziny.

Nasza gospo­dyni miała około trzy­dzie­stu lat i była szczu­płą, ładną kobietą, pięk­nie grała na gita­rze i ładnie śpie­wała. Zaczęła mnie uczyć gry na bała­łajce, takim rosyj­skim instru­men­cie muzycz­nym, trzy­stru­no­wym, podob­nym do man­do­liny. Nieźle opa­no­wa­łem na bała­łajce kilka melo­dii. Cały czas nasza gospo­dyni ocze­ki­wała na przy­jazd do Dżam­bułu pociągu, którym będzie jechał na front jej mąż, po zakoń­cze­niu szko­le­nia woj­sko­wego. Oprócz niej było wiele kobiet z Dżam­bułu, które szy­ko­wały się do spo­tka­nia swoich mężów jadą­cych na front, ale termin tego spo­tka­nia (wstrie­cza­nija) był ciągle prze­su­wany. Aż w końcu nade­szła wia­do­mość, że wojsko już jedzie w kie­runku Dżam­bułu. I odbyło się to spo­tka­nie - poże­gna­nie, a nasza gospo­dyni wró­ciła do domu uspo­ko­jona.

Z chłop­cami naszej gospo­dyni żyli­śmy w zgo­dzie. Ja na noc ubie­ra­łem do spania - zgod­nie z pol­skim oby­cza­jem - koszulę, ale ci rosyj­scy chłopcy ciągle się dzi­wili, że ja śpię bez spodni (on bies szta­now spit). Ci chłopcy - zgod­nie z rosyj­skim oby­cza­jem - szli spać w spodniach, tych spodniach, które nosili w dzień. Ten naj­młod­szy, trzy­letni Kola, miał bardzo duży brzuch i cho­dził po domu cał­kiem bez spodni, z tym brzu­chem na wierz­chu, a brzuch mu urósł na pewno z powodu złego odży­wia­nia. Miesz­ka­nie w kuchni miało dla nas tę zaletę, że było tam dość ciepło. Nasza gospo­dyni, gdy tylko poże­gnała męża odjeż­dża­ją­cego na front, zaczęła urzą­dzać w swoim pokoju częste liba­cje. Scho­dziło się do niej kilka osób, pili spi­ry­tus roz­cień­czony wodą, któ­rego cena była tu bardzo niska, ona grała na gita­rze i śpie­wała wesołe pio­senki. Jedną z tych pio­se­nek pamię­tam, a miała ona nastę­pu­jące brzmie­nie:

Po rosyjskuPo polsku
Diengi, diengi, diengiPieniądze, pieniądze, pieniądze
Siuda dieniuszki druzjaDajcie mi pieniążki, przyjaciele
A biez dienieg żyzń płachajaA bez pieniędzy życie marne
Nie gadidsia nikuda.I jest do niczego.
Pudry, pudry, kraskiPudry, pudry, szminki
Siuda pudry biez kancaDajcie mi dużo pudru
A biez pudry kak łachudryA bez pudru tyś łachudra
Nie gadiszsia nikuda.I jesteś do niczego.

Nasze zapasy pie­nię­dzy uzy­skane za sprze­dane rzeczy w koł­cho­zie zaczęły się wyczer­py­wać i zaczęło bra­ko­wać gotówki na zakup jedze­nia. Widocz­nie nasze odży­wia­nie było bardzo słabe, bo Mama znowu zaczęła cho­ro­wać - wystą­piły u niej objawy puchliny gło­do­wej, takie same jakie miała na Katisz­czu. My młodzi jakoś lepiej zno­si­li­śmy brak wita­min i pro­tein, gdyż opu­chli­zna nas nie ata­ko­wała. Jedy­nym obja­wem nie­do­ży­wie­nia, jaki u siebie zaob­ser­wo­wa­łem, to były nie­go­jące się rany na ciele powstałe w miej­scu ska­le­cze­nia lub zadra­pa­nia. Ta moja awi­ta­mi­noza poja­wiła się już wcze­śniej, w czasie naszego pobytu w obwo­dzie archan­giel­skim. Rów­nież długo nie mogłem się pozbyć skut­ków odmro­że­nia ucha, jakiego się naba­wi­łem w zimie 1940/1941 r. Ponie­waż Mama nie­do­ma­gała na zdro­wiu, a obja­wiało się to nie tylko puch­nię­ciem nóg, ale rów­nież utratą sił, więc spra­wami sprze­daży rzeczy na placu tar­go­wym musie­li­śmy się zająć ja z bratem. Mój pro­blem pole­gał jednak na tym, że buty mi się cał­kiem roz­le­ciały i nie miałem co ubrać na nogi. Na szczę­ście wiosna szybko nade­szła i w poło­wie marca mogłem już cho­dzić do miasta boso. Szli­śmy z bratem na targ, gdzie roz­kła­da­li­śmy płachtę, na której kła­dli­śmy rzeczy prze­zna­czone na sprze­daż. Nie były to rzeczy cenne, dla­tego też pie­nią­dze ze sprze­daży nie były wiel­kie. Na targu zaopa­trze­nie w żyw­ność było dość dobre - można było kupić warzywa i owoce, a także kisz­misz, czyli rodzynki. Spo­śród wyboru mięsa prze­wa­żała bara­nina, gdyż Kaza­cho­wie pro­wa­dzili w koł­cho­zach hodowlę owiec. Ich barany i owce nie miały ogonów, tylko duże tłuste kupry zwi­sa­jące w dół.

Stan zdro­wia Mamy się pogor­szył i nie wie­dzie­li­śmy, co mamy robić. Byłoby na pewno bardzo źle, gdyby nie zna­lazł się ktoś, kto Mamie i nam wszyst­kim pomógł. Był to pan Józef Korze­niow­ski, któ­rego spo­tka­łem przy­pad­kowo w mie­ście. Pan Korze­niow­ski miesz­kał z żoną i córką w Dżam­bule, a wraz z nim w paru wyna­ję­tych domach miesz­kała więk­sza grupa Pola­ków, w tym trzy rodziny z Szom­bo­ziera: Roz­wa­dow­scy, Labo­cho­wie i pani Wró­blew­ska z dziećmi. Jechali oni razem z nami tym samym trans­por­tem, tylko innym wago­nem z Karszi do Kazach­stanu i udało im się wysiąść w Dżam­bule, dzięki czemu nie tra­fili do koł­chozu, tak jak my. Gdy spo­tka­łem pana Korze­niow­skiego opo­wie­dzia­łem mu o śmierci Ojca oraz o cho­ro­bie Mamy. Od razu zde­cy­do­wał on, że pój­dzie ze mną do naszej kwa­tery, żeby się zorien­to­wać w sytu­acji. Przede wszyst­kim udzie­lił nam pomocy finan­so­wej dając Mamie pięć­set rubli i biorąc w zamian kilim, który miał zbli­żoną war­tość i który zamie­rzał sprze­dać na targu. Kazał przy tym kupić jak naj­wię­cej żyw­no­ści i odży­wiać Mamę inten­syw­nie. Rów­nież pan Józef podał swój adres zapra­sza­jąc mnie, bym go odwie­dził na ulicy Karasu 2. Fak­tycz­nie te pie­nią­dze były bardzo potrzebne, bo mogli­śmy za nie kupić dużo pożyw­nych arty­ku­łów spo­żyw­czych i Mamie dość szybko zaczęła znikać opu­chli­zna. W ramach tych zaku­pów żyw­no­ści kupi­li­śmy raz żywego kró­lika, który przez parę dni był trzy­many w sieni i była kwe­stia, kto go będzie umiał zabić. Ja sobie coś przy­po­mnia­łem, że podobno kró­lika łatwo się zabija ude­rza­jąc dwoma pal­cami między uszy. I pró­bo­wa­łem go w ten sposób zabić, ale królik nie zare­ago­wał na moje ude­rze­nie pal­cami między uszy. Trzeba go było zatłuc uży­wa­jąc do tego zamiast dwóch palców, gru­bego polana.

Mając adres pana Korze­niow­skiego, posta­no­wi­łem pójść na ulicę Karasu, by go odwie­dzić. Miesz­kał on wraz z żoną i córką razem z rodziną Labo­chów w małym domku jed­no­izbo­wym typu kazach­ska kibitka. Obok był drugi więk­szy dom wyna­jęty przez Pola­ków, wśród któ­rych spo­tka­łem panią Jadwigę Wró­blew­ską z córką i synem oraz pana Roz­wa­dow­skiego z żoną i córką. Ponadto były tam jesz­cze trzy rodziny: pani Jezier­ska z dwoj­giem małych dzieci, której mąż miał w Woł­ko­wy­sku warsz­tat napraw­czy maszyn rol­ni­czych, pani Stasia Szcza­wiń­ska wraz z matką i synem Jur­kiem oraz pan Mic­kie­wicz - maszy­ni­sta kole­jowy z żoną. Pani Jezier­ska i pani Szcza­wiń­ska były w dobrej sytu­acji finan­so­wej, ponie­waż prze­by­wały na tere­nie zesła­nia o rok i cztery mie­siące krócej ani­żeli nasza grupa z Szom­bo­ziera i w związku z tym miały jesz­cze dużo rzeczy do sprze­da­nia. Razem w obydwu domach miesz­kało dwa­dzie­ścia osób, w tym dwa­na­ście przy­je­chało z Szom­bo­ziera/Katisz­cza, czyli była to spora kolo­nia polska. Po moim powro­cie do domu zdałem sprawę Mamie jak żyją Polacy w tej pol­skiej kolo­nii i szybko zro­dziła się myśl, że powin­ni­śmy tam rów­nież zamiesz­kać. Wkrótce Mama wybrała się na ulicę Karasu, gdzie się spo­tkała z Jadzią Wró­blew­ską, z którą była zaprzy­jaź­niona z okresu pobytu na Katisz­czu i szybko zapa­dła decy­zja, że zamiesz­kamy razem z panią Jadzią w jednej izbie. Prze­pro­wadzka szybko doszła do skutku. Poże­gna­li­śmy się z naszą cha­ziajką, u której miesz­ka­li­śmy ponad cztery mie­siące - od stycz­nia do początku maja - i zamiesz­ka­li­śmy w nowym miej­scu. W tej naszej izbie pani Jadzia spała z dwoj­giem dzieci na jednym łóżku, a my zaję­li­śmy drugie łóżko, na którym było spanie dla Mamy, Zbyszka i Hani, a ja na noc roz­kła­da­łem na pod­ło­dze baweł­niany chod­nik i przy­kry­wa­łem się kożusz­kiem. Na szczę­ście w naszej izbie była pod­łoga z desek - nie to, co w koł­cho­zie!

Nasz nowy dom był poło­żony blisko stacji towa­ro­wej, a było to bardzo korzystne poło­że­nie, bo na tej stacji znaj­do­wały się hałdy węgla, a węgiel był nam potrzebny do pale­nia w piecu i goto­wa­nia. Ja i mój brat Zby­szek sta­li­śmy się wkrótce dostaw­cami węgla dla części loka­to­rów naszego domu. Cho­ciaż trzeba przy­znać, że pani Jadzia pró­bo­wała kraść węgiel na własny rachu­nek i parę razy to jej się udało. Na jedną z takich wypraw wzięła ze sobą do towa­rzy­stwa moją Mamę, a gdy się zna­la­zły przy hał­dzie węgla, poja­wił się stróż. Stróż pró­bo­wał panią Jadzię chwy­cić, ale ona go popchnęła i on upadł. Oby­dwie zaczęły ucie­kać - pani Jadzia jako młod­sza i spraw­niej­sza ucie­kała przo­dem, a moja Mama słab­sza w nogach, pozo­stała w tyle i została zła­pana przez stróża. Stróż zawia­do­mił mili­cję i mili­cja osa­dziła Mamę w aresz­cie. Nasi pano­wie pod­jęli próbę, by ją wydo­stać z aresztu. Fak­tycz­nie groził jej wyrok wię­zie­nia za kra­dzież mienia publicz­nego. W sprawę jej uwol­nie­nia z aresztu zaan­ga­żo­wał się przed­sta­wi­ciel Dele­ga­tury Pol­skiej Amba­sady, mają­cej sie­dzibę w Dżam­bule i jego inter­wen­cja oka­zała się sku­teczna, bo Mamę po kilku dniach zwol­niono z aresztu.

Oprócz węgla cennym surow­cem opa­ło­wym był sak­sauł, drzewo pustynno-ste­powe. Nasza polska kolo­nia była poło­żona w pobliżu lot­ni­ska, na którym były zgro­ma­dzone duże sterty sak­saułu. Ktoś z męż­czyzn zapro­po­no­wał, żeby się wybrać wie­czo­rem na lot­ni­sko po sak­sauł. Ja i mój brat zosta­li­śmy doko­op­to­wani do zespołu skła­da­ją­cego się z trzech męż­czyzn orga­ni­zu­ją­cych wyprawę. Nie zdą­ży­li­śmy dużo tego sak­saułu ukraść, gdy się poja­wił stróż, a potem ktoś waż­niej­szy z ochrony lot­ni­ska i zosta­li­śmy zapro­wa­dzeni do jakie­goś biura, gdzie kazali nam czekać na przy­by­cie mili­cji. Ale nasi zaradni pano­wie zała­twili sprawę polu­bow­nie wrę­cza­jąc ochro­nia­rzom jakąś chyba nie­wielką kwotę i dzięki temu wszystko zakoń­czyło się szczę­śli­wie.

Miesz­ka­jąc w tej naszej pol­skiej kolo­nii często cho­dzi­łem do miasta sam lub z bratem, głów­nie na plac tar­gowy, w celu sprze­daży resz­tek naszego dobytku. Pew­nego dnia wybra­łem się na plac, by coś sprze­dać - roz­ło­ży­łem na ziemi kocyk, a na nim uło­ży­łem trochę dro­bia­zgów, wśród któ­rych była jedna dość war­to­ściowa rzecz, a mia­no­wi­cie koszula Ojca. W pewnym momen­cie stwier­dzi­łem, że znik­nęła ta cenna koszula, widocz­nie ktoś ją ukradł. Nie­wiele myśląc zwi­ną­łem mój kocyk z towa­rem, zawią­za­łem na węzeł i zaczą­łem cho­dzić po targu szu­ka­jąc mojej koszuli. Nagle zauwa­ży­łem mło­dego wyso­kiego męż­czy­znę, który stał na placu trzy­ma­jąc w rękach roz­po­startą jakąś koszulę wysta­wioną na sprze­daż. Momen­tal­nie się zorien­to­wa­łem, że on ma na sobie moją koszulę, którą ukradł, a sprze­daje swoją, dość nędzną, którą zdjął z siebie. Natych­miast do niego pod­sze­dłem i zaczą­łem krzy­czeć: Addaj maju rubaszku! (Oddaj mi moją koszulę!). Ten odpo­wie­dział, żebym się odcze­pił i zaczął mnie stra­szyć, że mnie pobije i nawet się zamie­rzył, ale już się zebrała wokół nas spora grupa ludzi, oto­czyła nas kołem, wszy­scy byli po mojej stro­nie - uwie­rzyli, że on mi ukradł koszulę. Za chwilę zjawił się mili­cjant i zmusił zło­dzieja do odda­nia tego, co ukradł. Miałem też takie zda­rze­nie, że idąc do miasta napo­tka­łem na swojej drodze chłopca – Kaza­cha, więk­szego ode mnie, który zaszedł mi drogę i wyraź­nie miał ochotę się ze mną bić, bo coś się mu w moim zacho­wa­niu nie spodo­bało. Nie było wyj­ścia, doszło do bójki, która trwała bardzo długo. Nie było zwy­cięzcy - obaj zakrwa­wieni i w podar­tych koszu­lach prze­rwa­li­śmy walkę z powodu utraty sił.

Dżam­buł był dużym mia­stem obwo­do­wym i w jego rejo­nie zna­la­zło się więk­sze sku­pi­sko Pola­ków miesz­ka­ją­cych w koł­cho­zach, a w samym mie­ście powstała Dele­ga­tura Amba­sady Rze­czy­po­spo­li­tej, której zada­niem było poma­ga­nie Pola­kom, którzy się tam zgło­szą, jak rów­nież udział w kie­ro­wa­niu męż­czyzn do punk­tów rekru­ta­cyj­nych orga­ni­zu­ją­cego się Wojska Pol­skiego. Umowę woj­skową, która dała pod­stawę do two­rze­nia Armii Pol­skiej na tere­nie ZSRR pod­pi­sano 14 sierp­nia 1941 r. Dowódz­two orga­ni­zu­ją­cej się armii umiesz­czono w Buzu­łuku, mie­ście poło­żo­nym między środ­kową Wołgą, a połu­dnio­wym Uralem i tam zor­ga­ni­zo­wano trzy dywi­zje pie­choty. Na początku 1942 r. sie­dziba dowódz­twa Armii Pol­skiej została prze­nie­siona do Jan­gi­julu, miasta poło­żo­nego w Uzbe­ki­sta­nie, 30 km na połu­dnie od Tasz­kientu, sto­licy Uzbe­ki­stanu. W związku z napły­wem dużej ilości Pola­ków zwal­nia­nych z łagrów i spec­po­sioł­ków, a także żoł­nie­rzy, którzy w 1939 roku tra­fili do nie­woli sowiec­kiej, orga­ni­zo­wano następne dywi­zje i inne jed­nostki, a rów­no­cze­śnie te pierw­sze trzy dywi­zje z rejonu Buzu­łuku prze­nie­siono na połu­dnie, do Uzbe­ki­stanu i Kir­gi­stanu. Do wojska przyj­mo­wano także mło­dzież w wieku od 14 do 18 lat, dla której utwo­rzono oddziały junac­kie. Do juna­ków przy­jęto 3 tysiące mło­dzieży. Dowódcą Armii Pol­skiej został gene­rał Wła­dy­sław Anders, który czynił sta­ra­nia o wyco­fa­nie Armii z terenu Związku Sowiec­kiego. Uzy­skał on zgodę Sta­lina na ewa­ku­ację części zor­ga­ni­zo­wa­nych oddzia­łów (8. 9. i 10 dywi­zja pie­choty) do Iranu. Ewa­ku­acja nastą­piła na prze­ło­mie marca i kwiet­nia 1942 r. i objęła 33 tysiące żoł­nie­rzy oraz 11 tysięcy osób cywil­nych, razem 44 tysiące osób.

Mimo że miesz­ka­li­śmy w Dżam­bule, gdzie się mie­ściła Dele­ga­tura Amba­sady i miesz­ka­li­śmy w grupie świa­tłych Pola­ków, nasza orien­ta­cja na temat orga­ni­zu­ją­cej się pol­skiej armii była zni­koma. Mama często odwie­dzała Dele­ga­turę, skąd otrzy­mała nie­wielką pomoc w postaci koców, ale dążyła ona głów­nie do tego, by Dele­ga­tura wzięła pod swoją opiekę jej dzieci, ponie­waż wyczer­pały się nasze zasoby mate­rialne - nie było już co sprze­da­wać. W Dele­ga­tu­rze zde­cy­do­wano, że ja i mój brat poje­dziemy do miej­sca, gdzie sta­cjo­nuje polska dywi­zja i tam praw­do­po­dob­nie wojsko nami się zaopie­kuje i zosta­niemy przy­jęci do oddziału juna­ków. Wraz z przed­sta­wi­cie­lem Dele­ga­tury w wyzna­czo­nym dniu wsie­dli­śmy do pociągu i odje­cha­li­śmy w kie­runku zachod­nim, przy czym nasz opie­kun nie infor­mo­wał nas, dokąd jedziemy. Po paru godzi­nach jazdy doje­cha­li­śmy do stacji o nazwie Czok Pak, gdzie miała sta­cjo­no­wać polska dywi­zja. Wysie­dli­śmy na tej małej stacji poło­żo­nej wśród wyso­kich zboczy gór­skich, ale nie­stety oddzia­łów wojska pol­skiego w Czok Paku już nie było. Pozo­stało tam tylko kil­ku­na­stu żoł­nie­rzy, którzy porząd­ko­wali pozo­sta­ło­ści po 8. Dywi­zji Pie­choty, która na prze­ło­mie marca i kwiet­nia została ewa­ku­owana do Iranu. O tym, że w Czok Paku sta­cjo­no­wała polska dywi­zja świad­czył spory cmen­tarz i las krzyży mówiący, że nie wszy­scy przy­jęci do armii prze­żyli. Ci zesłańcy zja­wiali się zazwy­czaj w łach­ma­nach, wygło­dzeni oraz wycień­czeni i łatwo ich poko­ny­wały cho­roby zakaźne sze­rzące się w oddzia­łach, takie jak tyfus i czer­wonka. Ponie­waż w Czok Paku nie miał kto nas przy­jąć, musie­li­śmy wracać, a nasz przy­jazd tam, trochę „w ciemno”, świad­czył o tym, że nasza Dele­ga­tura nie wie­działa, że dywi­zja sta­cjo­nu­jąca w odle­gło­ści zale­d­wie stu kilo­me­trów od Dżam­bułu, została stam­tąd wyco­fana. Cho­ciaż jest praw­do­po­dobne to, że mogli oni w Dele­ga­tu­rze o tym wie­dzieć, a pró­bo­wali wci­snąć nas na siłę pod opiekę tej małej grupy wojska, która w Czok Paku pozo­stała. Chcąc się dostać do juna­ków samo­dziel­nie, musie­li­by­śmy poje­chać aż do Uzbe­ki­stanu, gdzie się odby­wała dalsza rekru­ta­cja do wojska i do juna­ków, ale taka moż­li­wość nie była roz­wa­żana, ze względu na dużą odle­głość dzie­lącą nas od rejonu Tasz­kientu jak rów­nież duże ryzyko wyjazdu w nie­znane i roz­łąki rodziny.

Lato w 1942 roku w Dżam­bule było upalne. Wycho­dząc z domu miałem przed sobą widok na pobli­ską stację towa­rową, na której był spory ruch i hałas czy­niony przez manew­ru­jące pociągi. Nato­miast patrząc w kie­runku prze­ciw­nym, czyli połu­dnio­wym, widzia­łem potężne pasmo gór­skie z ośnie­żo­nymi szczy­tami wyso­ko­ści czte­rech tysięcy metrów. Były to Góry Tien-Szan, a te ośnie­żone szczyty znaj­do­wały się w odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów od Dżam­bułu, cho­ciaż miałem wra­że­nie, że są bardzo blisko. Zaletą miesz­ka­nia w obec­nym miej­scu przy ulicy Karasu było to, że blisko naszego domu pły­nęła rzeczka o bardzo czy­stej wodzie i w czasie tego upal­nego lata było to świetne miej­sce do kąpieli. Ja i Zby­szek bez końca zaży­wa­li­śmy kąpieli pły­wa­jąc i wyko­nu­jąc z wyso­kiego brzegu skoki do wody „na główkę”.

W tym czasie zaczęli się poja­wiać w mie­ście żoł­nie­rze Armii Pol­skiej. Byli to żoł­nie­rze szu­ka­jący swoich rodzin lub ofi­ce­ro­wie łącz­ni­kowi poszu­ku­jący rodzin woj­sko­wych i orga­ni­zu­jący wyjazd tych rodzin, w ramach pla­no­wa­nej ewa­ku­acji do Iranu. Sztab armii mie­ścił się w Uzbe­ki­sta­nie, w mie­ście Jan­gi­julu. Dzięki wspar­ciu strony bry­tyj­skiej i sta­ra­niom gene­rała Andersa, 8 lipca 1942 r. Stalin wyra­ził zgodę na ewa­ku­ację całego wojska pol­skiego do Iranu. W ramach tego dru­giego etapu ewa­ku­acji gen. Anders zamie­rzał rów­nież wraz z woj­skiem zabrać jak naj­wię­cej lud­no­ści cywil­nej. Dla­tego też wysy­łano żoł­nie­rzy do więk­szych sku­pisk Pola­ków w Kazach­sta­nie i Uzbe­ki­sta­nie, którzy poszu­ki­wali swoich rodzin jak rów­nież innych osób kwa­li­fi­ku­ją­cych się do wyjazdu. Do nas, do Dżam­bułu, wia­do­mo­ści w spra­wie moż­li­wo­ści wyjazdu jakoś nie docie­rały, a Dele­ga­tura rów­nież nie wyka­zy­wała ini­cja­tywy w tej spra­wie. Pani Jadzia będąc kiedyś w mie­ście spo­tkała w pobliżu Dele­ga­tury pol­skiego żoł­nie­rza, z którym nawią­zała roz­mowę i ten woj­skowy pochwa­lił się, że wła­śnie odna­lazł w koł­cho­zie odle­głym o 10 km od Dżam­bułu swoją żonę z dziećmi i wkrótce jego rodzina wyje­dzie do punktu ewa­ku­acyj­nego w Uzbe­ki­sta­nie, a stam­tąd jest moż­li­wość wyjazdu do Iranu. Pani Jadzia przed­sta­wiła mu swoją trudną sytu­ację, że jest z dwoj­giem dzieci, bez środ­ków do życia i pro­siła, o pomoc, by mogła rów­nież wyje­chać do punktu ewa­ku­acyj­nego. Pan Nadań­ski, bo tak się nazy­wał ten woj­skowy, obie­cał, że za tydzień zjawi się w Dżam­bule i przy­wie­zie bilety dla pani Jadzi i jej dzieci na wyjazd do Sza­chri­sabs w Uzbe­ki­sta­nie, gdzie sta­cjo­no­wała jego 6. Dywi­zja Pie­choty. Rze­czy­wi­ście, po tygo­dniu przy­je­chał i przy­wiózł doku­ment upo­waż­nia­jący do zakupu dzie­wię­ciu bile­tów. Były to trzy bilety dla pani Jadzi oraz dodat­kowo sześć bile­tów nad­pro­gra­mo­wych do dys­po­zy­cji pani Jadzi. Te dodat­kowe bilety pani Jadzia dała pani Szcza­wiń­skiej i pani Jezier­skiej, miesz­kan­kom sąsied­niego pokoju. Nie­stety dla Bach­miń­skich bile­tów zabra­kło. Moja Mama nie odstę­po­wała pana Nadań­skiego i prze­ko­ny­wała go, że jest w bez­na­dziej­nej sytu­acji mate­rial­nej, a ponadto zasłu­guje rów­nież na wyjazd, jako żona zasłu­żo­nego legio­ni­sty, odzna­czo­nego Krzy­żem Nie­pod­le­gło­ści. Przed­sta­wiła doku­menty męża doty­czące służby w Legio­nach. Pan Nadań­ski obie­cał, że zała­twi dla nas rów­nież bilety i wkrótce przy­wie­zie je ktoś z jego jed­nostki.

Pani Jadzia oraz panie Szcza­wiń­ska i Jezier­ska w ciągu kilku dni wyje­chały, a było to gdzieś w poło­wie lipca 1942 r., a nam pozo­stało ocze­ki­wa­nie czy ktoś przy­je­dzie z bile­tami dla nas. Ale szczę­ście nam dopi­sało! Około 10 sierp­nia zjawił się u nas żoł­nierz łącz­ni­kowy i przy­wiózł ze sztabu armii doku­ment dający pod­stawę do zakupu na stacji bile­tów kole­jo­wych dla okre­ślo­nej w tym doku­men­cie ilości osób, z Dżam­bułu do Jan­gi­julu. W tym czasie w ZSRR nie można było podró­żo­wać bez zezwo­le­nia władz, dla­tego też chcąc wyje­chać z Dżam­bułu musie­li­śmy mieć potwier­dze­nie władz pol­skich, że nasz prze­jazd koleją jest uza­sad­niony. Zgod­nie z tym zapo­trze­bo­wa­niem, bile­tów miało wystar­czyć dla wszyst­kich miesz­kań­ców naszego domu, ale fak­tycz­nie się oka­zało, że dwóch bile­tów zabra­kło. By wszy­scy mogli wyje­chać, ktoś musiał jechać bez biletu, czyli na gapę. Padło na naj­młod­szych, czyli na moją ośmio­let­nią sio­strę i na mnie - mie­li­śmy być prze­my­ceni bez biletu. Odjazd nastą­pił 13 sierp­nia po połu­dniu. W czasie kon­troli bile­tów przez kon­duk­tora, moją sio­strę scho­wano pod ławkę, na której sie­działa Mama ze Zbysz­kiem, a ja jako drugi pasa­żer jadący bez biletu, gdzieś się cho­wa­łem i kon­duk­tor nie złapał mnie w czasie podróży ani razu. Takie dwa bilety w cenie 29 r. 10 kop. za sztukę, na które jecha­li­śmy w cztery osoby, są prze­cho­wy­wane przeze mnie jako jedyna pamiątka mate­rialna z tego okresu.

Do Jan­gi­julu było około 350 km i nasza podróż nie trwała zbyt długo. Znaj­do­wał się tam jeden z punk­tów ewa­ku­acyj­nych, skąd Polacy wyjeż­dżał trans­por­tami kole­jo­wymi do portu w Kra­sno­wodzku (Turk­men­ba­szy), a stam­tąd odby­wali dalszą drogę do Iranu stat­kiem przez Morze Kaspij­skie. Gdyśmy wysie­dli z wagonu w Jan­gi­julu, bez trudu zna­leź­li­śmy drogę do punktu reje­stra­cji oby­wa­teli pol­skich prze­wi­dzia­nych do ewa­ku­acji. Po zare­je­stro­wa­niu, uda­li­śmy się do miej­sca zakwa­te­ro­wa­nia, gdzie mie­li­śmy czekać aż przyj­dzie na nas kolej. Naszym miej­scem zakwa­te­ro­wa­nia był pobli­ski park, w którym zaję­li­śmy miej­sce pod drze­wem, obok innych ludzi tam zgro­ma­dzo­nych. Na szczę­ście sier­pień 1942 r. był ciepły i pogodny, deszcz nie padał, więc bez narze­ka­nia spę­dzi­li­śmy kilka dni i nocy w tym parku. Spa­li­śmy na jakiejś płach­cie roz­ło­żo­nej na ziemi. Jan­gi­jul był kil­ku­dzie­się­cio­ty­sięcz­nym mia­stem, zamiesz­ka­łym głów­nie przez Uzbe­ków, poło­żo­nym nad rzeką Czir­czik, prze­pły­wa­jącą przez teren zajęty przez pol­skie oddziały oraz przez cywi­lów ocze­ku­ją­cych na wyjazd. Cze­ka­li­śmy na wyjazd cier­pli­wie cały tydzień, a mając dużo wol­nego czasu i dar­mowe wyży­wie­nie często szli­śmy do miasta (oczy­wi­ście jedna osoba musiała pozo­stać przy rze­czach), gdzie na baza­rze można było kupić różne połu­dniowe owoce, takie jak brzo­skwi­nie, kawony i melony. Siłę pocią­gową w mie­ście sta­no­wiły osły i wiel­błądy. Blisko miej­sca naszego postoju był też polski bazar, gdzie żoł­nie­rze sprze­da­wali swoje racje żyw­no­ściowe, a także inne rzeczy. Od takiego pol­skiego żoł­nie­rza kupi­łem pew­nego dnia dwa meta­lowe pudełka cze­ko­lady - takiej sta­no­wią­cej w armii bry­tyj­skiej rację „emer­gency”, czyli rację ratun­kową, którą się spo­żywa, gdy głód zagląda żoł­nie­rzowi w oczy na fron­cie. Cena była wyjąt­kowo niska, więc kupi­łem dwa pudełka, nie spraw­dza­jąc, jak ta cze­ko­lada wygląda. Po chwili, gdy żoł­nierz znik­nął, otwo­rzy­łem pudełko, a tam było tylko pół cze­ko­lady. Spraw­dzi­łem co jest w drugim pudełku, a tam była glina. Trudno

Awers i rewers obu zachowanych biletów.
Awers i rewers obu zachowanych biletów. s. 107 w PDF

- dałem się nabrać.

Nasz pobyt w Jan­gi­julu szczę­śli­wie dobiegł końca. Na stację pod­sta­wiono długi pociąg oso­bowy, który miał nas zawieźć do Kra­sno­wodzka. Skoń­czył się cały tydzień koczo­wa­nia pod gołym niebem i cze­kała nas teraz podróż w kie­runku morza Kaspij­skiego, od któ­rego dzie­liła nas odle­głość 1800 kilo­me­trów. Poje­cha­li­śmy trasą przez Samar­kandę i Bucharę, a następ­nie wje­cha­li­śmy na tery­to­rium Turk­me­nii, kraju pustyn­nego, gdzie wie­le­set kilo­me­trów pociąg jechał obrze­żem Pustyni Kara-Kum i gdzie po hory­zont widać było z pociągu tylko piasek. Minę­li­śmy sto­licę Turk­me­nii, Aszha­bad i po wielu godzi­nach dal­szej jazdy zna­leź­li­śmy się w pobliżu Morza Kaspij­skiego. Pociąg zatrzy­mał się w odle­gło­ści kilku kilo­me­trów od Kra­sno­wodzka - portu, z któ­rego mie­li­śmy popły­nąć do Iranu - i kazano nam wysia­dać z wago­nów bez­po­śred­nio na piach pustyni. Nie było tam żadnej stacji kole­jo­wej ani peronu, tylko zwykły nasyp kole­jowy bie­gnący przez pusty­nię. Oka­zało się, że na tym piasku mamy czekać aż przyj­dzie wia­do­mość, że w porcie jest statek, którym mamy płynąć. Na piasku koczo­wa­li­śmy chyba dwie doby, a naj­gor­sze było to, że nie było tam wody do picia, a słońce w dzień paliło nie­mi­ło­sier­nie. Miej­scowi Turk­meni krą­żyli z wodą na sprze­daż, żąda­jąc za tę wodę astro­no­micz­nej ceny. Poja­wili się też przed­sta­wi­ciele sowiec­kiej służby celnej, którzy żądali odda­nia rubli, któ­rych nie wolno jest wywo­zić za gra­nicę i twier­dzili rów­no­cze­śnie, że w Iranie nic za ruble się nie kupi. Nie­liczni Polacy odda­wali ruble bojąc się, że przy wej­ściu na statek zostaną prze­szu­kani i ich wyjazd może być pod zna­kiem zapy­ta­nia. Od naszego miej­sca koczo­wa­nia było kil­ka­set metrów do morza i ja posta­no­wi­łem korzy­stać z kąpieli mor­skiej. Pierw­sza kąpiel była dość sym­bo­liczna: wsze­dłem do wody w moich krót­kich, przed­wo­jen­nych spoden­kach, które były pełne dziur, a po kąpieli w morzu i po wyj­ściu na brzeg ubra­łem nowe spodenki, które wyfa­so­wa­łem przed wyjaz­dem z Jan­gi­julu.

Wresz­cie nasza gehenna na tym piasku i w tym upale dobie­gła końca. Nad­szedł rozkaz, że mamy iść do portu w Kra­sno­wodzku, bo przy­cu­mo­wał statek. Marsz był bardzo ciężki, ponie­waż trzeba było prze­nieść za jednym razem na ple­cach i w rękach cały nasz doby­tek. Dotar­li­śmy do portu umę­czeni upałem i dźwi­ga­niem rzeczy. Stał tam statek towa­rowy nie­zbyt wiel­kich roz­mia­rów, na któ­rego pokład weszli­śmy po trapie, a następ­nie skie­ro­wano nas po scho­dach w dół do dużej komory ładun­ko­wej. W tej komo­rze zna­la­zła się tak wielka ilość ludzi, że ręce, nogi i inne części ciała krzy­żo­wały się, a ludzie leżeli jedni na dru­gich. Do ścisku można było się przy­zwy­czaić i wszystko było w miarę do wytrzy­ma­nia do czasu, dopóki statek nie wypły­nął na pełne morze. Wtedy zaczęło mocno huśtać i ludzie zaczęli wymio­to­wać. Górny pokład był zajęty przez wojsko i było tam tak gęsto, że cho­dze­nie po pokła­dzie było prawie nie­moż­liwe. Jakaś ubi­ka­cja gdzieś tam na górnym pokła­dzie była, ale nie mogła ona obsłu­żyć tak wiel­kiej ilości pasa­że­rów, a i dotar­cie do niej wyma­gało umie­jęt­no­ści cyr­kowca. Do portu w Iranie było pięć­set kilo­me­trów i podróż nasza przez morze w tych trud­nych warun­kach trwała dwie doby.