Przejdź do tekstu
Wspomnienia Kazimierza Bachmińskiego
  1. Wstęp
  2. Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
  3. Rozdział II: Deportacja
  4. Rozdział III: Amnestia
  5. Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
  6. Rozdział V: Pobyt w Dżambule
  7. Rozdział VI: W Iranie
  8. Epilog

Rozdział VI

W Iranie

Pahlavi, Teheran, Isfahan, Afryka, 1942–1947

Ok. 15 min czytania Czytaj ten fragment w PDF (od s. 111)

27 sierp­nia 1942 roku, około połu­dnia, wpły­nę­li­śmy do portu w Pah­lavi na ziemi irań­skiej. W latach póź­niej­szych Irań­czycy zmie­nili nazwę tego miasta na Bandar - e Anzali. Wyła­du­nek pasa­że­rów ze statku był wzo­rowy pod wzglę­dem orga­ni­za­cyj­nym. Ludzie wysia­da­jący ze statku na nabrzeże, byli z miej­sca kie­ro­wani do ocze­ku­ją­cych woj­sko­wych cię­ża­ró­wek, które po zała­dunku pasa­że­rów z miej­sca ruszały. My rów­nież wsie­dli­śmy po pod­sta­wio­nych scho­dach na cię­ża­rówkę wypo­sa­żoną w ławki do sie­dze­nia i pojazd natych­miast ruszył. Jecha­li­śmy krótko i dotar­li­śmy do miej­sca naszego zakwa­te­ro­wa­nia, którym było wiel­kie obo­zo­wi­sko poło­żone na piasz­czy­stej plaży Morza Kaspij­skiego. Zna­leź­li­śmy się w sek­to­rze cywi­lów, gdzie rów­no­le­gle do brzegu morza w odle­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu metrów od brzegu, były posta­wione długie rzędy dasz­ków pokry­tych matami chro­nią­cymi przed słoń­cem i pod tymi dasz­kami ludzie przy­jeż­dża­jący z portu zaj­mo­wali miej­sca na piasku, rodzina koło rodziny. W tych sza­ła­sach koczo­wało już wiele tysięcy osób cywil­nych i my do nich dołą­czy­li­śmy. W dru­giej części plaży był sektor woj­skowy, gdzie w namio­tach byli zakwa­te­ro­wani żoł­nie­rze. Byli tam zakwa­te­ro­wani rów­nież junacy, czyli umun­du­ro­wana mło­dzież w wieku od czter­na­stu do osiem­na­stu lat, a ponadto były tam też oddziały kobiece z orga­ni­za­cji zwanej Pomoc­ni­czą Służbą Kobiet tzw. „pestki”. Ten wielki obóz, zaj­mu­jący po wschod­niej części miasta trzy kilo­me­try plaży, był odgro­dzony od strony zewnętrz­nej niskim płotem, za którym można było spo­tkać sza­kale, które w nocy miały zwy­czaj odwie­dzać obo­zo­wi­sko, by się posi­lić.

Ten drugi etap ewa­ku­acji trwał od 8 do 30 sierp­nia 1942 roku. Nam się udało wyje­chać 27 sierp­nia, czyli już w koń­co­wej fazie. W czasie sierp­nio­wej ewa­ku­acji wyje­chało do Iranu 45 tys. woj­sko­wych i 25,5 tys. osób cywil­nych, razem 70,5 tys. osób. Łącz­nie w pierw­szym i drugim etapie opu­ściło ZSRR 114,5 tys. osób, w tym 78 tys. woj­sko­wych i 36,5 osób cywil­nych11. Jeśli tę liczbę 114,5 tys. porów­namy z ogólną ilo­ścią amne­stio­no­wa­nych, która wynio­sła 389 041 osób12 otrzy­mamy wynik pozwa­la­jący uznać, że zale­d­wie 29 proc. amne­stio­no­wa­nych udało się ewa­ku­ować do Iranu.

Polskie „miasteczko” na piaskach Pahlavi. Na pierwszym planie charakterystyczne „budowle” sklecone z żerdzi. Zdjęcie zaczerpnięte z książki autorstwa Fundacji „Archiwum Fotograficzne Tułaczy”, pt. „Tułacze dzieci”, Warszawa 1995 r.
Polskie „miasteczko” na piaskach Pahlavi. Na pierwszym planie charakterystyczne „budowle” sklecone z żerdzi. Zdjęcie zaczerpnięte z książki autorstwa Fundacji „Archiwum Fotograficzne Tułaczy”, pt. „Tułacze dzieci”, Warszawa 1995 r. s. 112 w PDF

Ci, którzy pozo­stali na tere­nie Związku Sowiec­kiego musieli czekać na zakoń­cze­nie wojny pra­cu­jąc w koł­cho­zach lub w fabry­kach, a nie­któ­rzy wstą­pili do armii Ber­linga i wal­czyli z Niem­cami u boku Armii Czer­wo­nej.

A my, prze­by­wa­jąc na plaży w Pah­lavi, cie­szy­li­śmy się piękną, letnią pogodą. W morzu woda była ciepła, chęt­nych do kąpieli było wielu. Fala jednak była duża i nie­któ­rzy kąpiący się to zlek­ce­wa­żyli, wypły­nęli za daleko i nie zdo­łali dopły­nąć z powro­tem do brzegu - zda­rzyło się kilka uto­nięć. Naj­waż­niej­sze było to, że blisko nas mie­li­śmy kuch­nię woj­skową, która dostar­czała tłuste, kalo­ryczne posiłki z kotła. Ale to tłuste jedze­nie nie wszyst­kim wycho­dziło na zdro­wie, bowiem ludzie byli nie­do­ży­wieni i wkrótce zaczęli masowo cho­ro­wać, chyba z prze­je­dze­nia. Ich żołądki nie radziły sobie z tak dobrym jedze­niem. A my mie­li­śmy duże przy­wi­leje w naszej kuchni polo­wej, gdyż szefem tej kuchni był pan Szkoda, dawny sąsiad Ojca z Pole­sia, z okresu, gdy Ojciec w latach 1930-1934 pra­co­wał tam jako nad­le­śni­czy, a Szkoda był osad­ni­kiem woj­sko­wym i miał w pobliżu nas gospo­dar­stwo. Nasz obóz przej­ściowy w Pah­lavi był ogro­dzony od strony miasta i nie mie­li­śmy kon­tak­tów z miej­scową lud­no­ścią, nato­miast ciągle poja­wiali się Per­so­wie - han­dla­rze sprze­da­jący różne owoce, w tym nie­znane w Polsce gra­naty.

Ja i mój Brat, zaraz na początku, wstą­pi­li­śmy do juna­ków, czyli do oddzia­łów mło­dzie­żo­wych wojska. Dopiero w paź­dzier­niku koń­czy­łem czter­na­ście lat, ale tam nikt o metrykę nie pytał, bo mało kto mógł taką metrykę okazać. Ja jako czter­na­sto­la­tek tra­fi­łem do czwar­tej kom­pa­nii, a brat - pięt­na­sto­la­tek - do trze­ciej kom­pa­nii. Jako umun­du­ro­wa­nie dosta­łem bry­tyj­ski bat­tle­dress, sta­now­czo za duży na mnie, gdyż ja przez prawie trzy lata pobytu w ZSRR nie­wiele pod­ro­słem i pod wzglę­dem wzro­stu przy­po­mi­na­łem jede­na­sto­latka. Spodnie woj­skowe, które wyfa­so­wa­łem zapi­na­łem paskiem wysoko, gdzieś pod pachami. Nie było mun­du­rów dla żoł­nie­rzy małego wzro­stu. Zakwa­te­ro­wa­nie mie­li­śmy na plaży w sek­to­rze woj­sko­wym, mając nad głową tylko daszek chro­niący przed pro­mie­niami słońca, ale nie chro­niący przed desz­czem, a spa­li­śmy na kocach uło­żo­nych na piasku. Moim dobrym kolegą w kom­pa­nii okazał się Adam Szkoda, syn tego szefa kuchni polo­wej z sek­tora cywil­nego, który był zna­jo­mym mojego Ojca sprzed wojny, o czym pisa­łem wcze­śniej. Z Adamem razem masze­ro­wa­li­śmy, a także mie­li­śmy w sza­ła­sie spanie obok siebie. Adam był tego wzro­stu co ja i też miał kło­poty z nosze­niem zbyt wiel­kiego mun­duru. Naszą czwartą kom­pa­nią dowo­dził plu­to­nowy, przed­wo­jenny pod­ofi­cer, który wyda­wał komendy potęż­nym głosem i który miał do pomocy kaprala, czło­wieka bardzo spo­koj­nego i zrów­no­wa­żo­nego. Z tym kapra­lem odby­wa­li­śmy ciągłe marsze po plaży, wyko­nu­jąc w ramach musz­try róż­nego rodzaju zwroty i ćwi­czy­li­śmy krok mar­szowy. Padała komenda: Czwórki w prawo zwrot! Naprzód marsz! I kom­pa­nia zaczy­nała masze­ro­wać. Z kolei padała komenda: Kom­pa­nia śpiewa! I wów­czas śpie­wa­li­śmy pieśni, któ­rych nas nauczył kapral. Dość często nasza czwarta kom­pa­nia zło­żona z czter­na­sto­let­nich woja­ków śpie­wała taką pieśń:

Czarną linią zaznaczono trasę naszej podróży przez Kazachstan, Uzbekistan, Turkmenię i Iran
Czarną linią zaznaczono trasę naszej podróży przez Kazachstan, Uzbekistan, Turkmenię i Iran s. 114 w PDF

Nie ma wesela, nie ma muzyki, żeby nie było panny Ludwiki!
Panna Ludwika, klawa kobita, każdemu buzi da!

Dobrze się czułem jako żoł­nierz gene­rała Andersa do czasu, aż mnie zła­pała cho­roba, bardzo przy­kra, bo była to czer­wonka, zwana też dyzen­te­rią. Dalej uczest­ni­czy­łem w mar­szach, ale kon­dy­cję miałem coraz gorszą. W dodatku dobra pogoda się skoń­czyła i zaczęły padać desz­cze. My, jako wojsko, mie­li­śmy o tyle lepiej niż cywile, że dys­po­no­wa­li­śmy gumo­wymi pele­ry­nami prze­ciw­desz­czo­wymi, które roz­wie­sza­li­śmy nad gło­wami, a cywile mokli, bo maty prze­ciw­sło­neczne, jakie mieli nad gło­wami, nie chro­niły od desz­czu. Moje dole­gli­wo­ści tak się nasi­liły, że tra­fi­łem do szpi­tala. Szpi­tal mie­ścił się rów­nież na plaży w wyod­ręb­nio­nej części sek­tora woj­sko­wego, a chorzy leżeli w dużych namio­tach na żela­znych łóż­kach gęsto usta­wio­nych w dwóch rzę­dach w każdym namio­cie. Mój pierw­szy kon­takt z leka­rzem był taki, że lekarz spytał: - Co ci dolega? Odpo­wie­dzia­łem: - Mam krwawą dyzen­te­rię. A on na to: - A skąd ci leci krew? Nie potra­fi­łem zna­leźć odpo­wied­niego słowa, więc nic nie odpo­wie­dzia­łem, ale się zorien­to­wa­łem, że lekarz chce mnie roz­we­se­lić. W tym szpi­talu prze­le­ża­łem około tygo­dnia i gdy już byłem pod­le­czony, zosta­łem prze­trans­por­to­wany wraz z innymi pacjen­tami, w więk­szej grupie, do Tehe­ranu, sto­licy Iranu. Obóz przej­ściowy w Pah­lavi znaj­do­wał się w końcu wrze­śnia w fazie likwi­da­cji. Cywile jechali z Pah­lavi do Tehe­ranu, a wojsko do Iraku. Pamiątką po poby­cie Pola­ków w Pah­lavi jest cmen­tarz, na którym pocho­wano 639 osób ewa­ku­owa­nych z ZSRR. Tylu ubyło ze 114,5 tysięca łącz­nie ewa­ku­owa­nych w marcu, kwiet­niu oraz w sierp­niu 1942 r.

Mój brat wyje­chał ze swoją kom­pa­nią juna­ków w końcu wrze­śnia z Pah­lavi do Tehe­ranu, a następ­nie po krót­kim tam poby­cie poje­chał do Pale­styny, skąd następ­nie został prze­nie­siony do Egiptu, gdzie w Helio­po­lis koło Kairu został przy­jęty do Lot­ni­czej Szkoły Tech­nicz­nej. Szkoła ta funk­cjo­no­wała na pozio­mie pro­gramu czte­rech klas gim­na­zjal­nych i dwóch lice­al­nych, posze­rzo­nego o wiedzę z dzie­dziny lot­nic­twa. Do szkoły tej uczęsz­czał przez cztery lata i pod koniec 1946 roku, gdy szkoła została zli­kwi­do­wana, wyje­chał do Anglii, gdzie służył po wojnie w RAF-ie (Kró­lew­skich Siłach Lot­ni­czych) jesz­cze dwa lata, do końca 1948 roku, kiedy zakoń­czył służbę woj­skową. Zamiesz­kał na stałe w mie­ście Derby w Anglii. W 1998 r. Zbi­gniew Bach­miń­ski odzna­czony został przez pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej Krzy­żem Czynu Bojo­wego Pol­skich Sił Zbroj­nych na Zacho­dzie.

Ja do Tehe­ranu wyje­cha­łem z Pah­lavi 25 wrze­śnia 1942 roku wraz z innymi pacjen­tami szpi­tala. Jecha­li­śmy auto­bu­sem przez wyso­kie góry Elburs, drogą „tysiąca zakrę­tów”. Po pierw­szym dniu podróży zatrzy­ma­li­śmy się na noc w Kazwi­nie. Umiesz­czono nas wszyst­kich w jednej wiel­kiej hali hote­lo­wej, gdzie nie było łóżek, a jedy­nie per­skie dywany, na któ­rych - zgod­nie z per­skim oby­cza­jem

- mie­li­śmy spać czło­wiek obok czło­wieka. Po prze­no­co­wa­niu ruszy­li­śmy w dalszą drogę i w końcu doje­cha­li­śmy do Tehe­ranu. Tu zna­la­złem się w dużym pol­skim szpi­talu poło­żo­nym na obrze­żach miasta. W szpi­talu była wielka ilość pol­skich pacjen­tów, a naj­bar­dziej przy­cią­gali moją uwagę nie­któ­rzy z nich, snu­jący się po dzie­dzińcu szpi­tala, którzy byli tak wycień­czeni, że rzu­cały się w oczy ich syl­wetki przy­po­mi­na­jące kościo­trupy. Śmier­tel­ność Pola­ków w Tehe­ra­nie była duża, o czym świad­czy 1937 pol­skich grobów na cmen­ta­rzu wojen­nym Dulab. Mój pobyt w szpi­talu trwał jesz­cze około dzie­się­ciu dni. Nie wró­ci­łem już do mojej kom­pa­nii juna­ków, ponie­waż Mama posta­no­wiła mnie wyco­fać do cywila i po wyj­ściu ze szpi­tala zna­la­złem się w pol­skim Obozie Nr 2 poło­żo­nym na przed­mie­ściach Tehe­ranu, w pobliżu lot­ni­ska woj­sko­wego. Warunki życia w Obozie Nr 2 były pry­mi­tywne - miesz­ka­li­śmy w takich bara­kach-sza­ła­sach, w któ­rych nie było pod­łogi, tylko zwykłe kle­pi­sko, na którym gnieź­dziły się obok siebie poszcze­gólne rodziny, śpiąc na roz­ło­żo­nych na ziemi kocach. Zaczą­łem cho­dzić do szkoły, do szó­stej klasy. Szkoła była pod gołym niebem - sie­dzie­li­śmy na deskach uło­żo­nych na cegłach, ale była tablica, która świad­czyła, że jest to praw­dziwa szkoła. Sąsiedz­two lot­ni­ska było dla mnie bardzo atrak­cyjne, gdyż mogłem obser­wo­wać ciągłe akro­ba­cje samo­lo­tów odby­wa­jące się nad lot­ni­skiem. Były to samo­loty myśliw­skie dwu­pła­towe, nie­zbyt nowo­cze­sne, ale akro­ba­cje wyko­ny­wały pięk­nie. W czasie naszego pobytu w Tehe­ra­nie ważnym wyda­rze­niem był przy­jazd do Obozu Nr 2 biskupa polo­wego Józefa Gaw­liny, który na placu, pod gołym niebem, udzie­lał zbio­ro­wego bierz­mo­wa­nia. Zapa­mię­ta­łem też takie zda­rze­nie, że w mie­ście przez parę dni sły­chać było strzały. Nikt nie miał odwagi, by pójść do miasta i spraw­dzić, co się tam dzieje. W naszym obozie komen­to­wano to tak, że były to roz­ru­chy spo­wo­do­wane przez Kurdów, którzy w sto­licy wznie­cali demon­stra­cje, prze­ra­dza­jące się w wymianę strza­łów z woj­skiem, a celem tych demon­stra­cji było żąda­nie przy­zna­nia auto­no­mii dla narodu kur­dyj­skiego zamiesz­ku­ją­cego w gra­ni­cach pań­stwa irań­skiego.

Zbigniew Bachmiński - Heliopolis 20.02.1944 r.
Zbigniew Bachmiński - Heliopolis 20.02.1944 r. s. 117 w PDF

Pod­czas pobytu w Tehe­ra­nie sta­ra­li­śmy się z Mamą zwie­dzać miasto i obser­wo­wać, jak żyją Per­so­wie. Spo­glą­da­jąc z miasta w kie­runku wschod­nim widziało się potężny szczyt górski Dema­wend o wyso­ko­ści 5604 m, góru­jący nad mia­stem, okryty białą czapą śniegu i lodowca. Kilka razy byli­śmy w cen­trum miasta, na głów­nej ulicy Lale­zar, oglą­da­li­śmy wystawy skle­powe, a także wstę­po­wa­li­śmy do meczetu i podzi­wia­li­śmy jego piękną archi­tek­turę. W Tehe­ra­nie prze­by­wa­li­śmy około trzech mie­sięcy, do czasu wyjazdu do Isfa­hanu, gdzie Mama otrzy­mała angaż na sta­no­wi­sko nauczy­cielki w jednym z zakła­dów, w którym prze­by­wały pol­skie sie­roty.

Zachowany bilet wstępu do meczetu
Zachowany bilet wstępu do meczetu s. 119 w PDF
Meczet w Teheranie
Meczet w Teheranie s. 119 w PDF

Podróż do Isfa­hanu pamię­tam dość dobrze - mie­li­śmy do poko­na­nia auto­bu­sem ponad 500 km, zatrzy­my­wa­li­śmy się kil­ka­krot­nie w obiek­tach przy­droż­nych, gdzie za wyso­kim murem mie­ściły się czaj­chany, czyli her­ba­ciar­nie. Nasz kie­rowca korzy­stał z okazji, by w czaj­ha­nie wypa­lić nargila, czyli fajkę wodną. Nie­któ­rzy z naszych towa­rzy­szy podróży oba­wiali się, że fajka wodna może zawie­rać nar­ko­tyk i kie­rowca po wypa­le­niu takiej fajki spo­wo­duje wypa­dek dro­gowy. Jecha­li­śmy przez kraj wyżynny, pozba­wiony roślin­no­ści, drogą bez więk­szej ilości zakrę­tów i kie­rowca - jak się oka­zało - po wypa­le­niu nargila nie miał kło­potu z pro­wa­dze­niem auto­busu i szczę­śli­wie dowiózł nas do Isfa­hanu.

Isfa­han był dużym mia­stem liczą­cym 250 tysięcy miesz­kań­ców. Było to miasto z wie­loma mecze­tami i zabyt­ko­wym mostem 33-łuko­wym na rzece Zajan­de­rud łączą­cym cen­trum z ormiań­ską dziel­nicą Dżulfą. Ja zamiesz­ka­łem wraz z chyba czter­dzie­stoma chło­pa­kami na Dżul­fie, w dużej par­te­ro­wej rezy­den­cji oto­czo­nej wyso­kim murem. Kto był wła­ści­cie­lem tej rezy­den­cji i uży­czył jej nam na cza­sowe zamiesz­ka­nie, nie jestem w stanie odpo­wie­dzieć. W Isfa­ha­nie zna­la­zło się około 2700 naszych uchodź­ców, w więk­szo­ści mło­dzieży. Zamiesz­kali oni w pry­wat­nych wil­lach, obiek­tach zakon­nych, a także obiek­tach woj­sko­wych. Był to bardzo pomocny gest ze strony pań­stwa i spo­łe­czeń­stwa irań­skiego, że udało się zakwa­te­ro­wać tak dużą ilość naszych uchodź­ców w obiek­tach o dość dobrym stan­dar­dzie. Zaczą­łem naukę w pierw­szej klasie gim­na­zjum, „prze­ska­ku­jąc” szóstą klasę, do której uczęsz­cza­łem w Tehe­ra­nie tylko dwa mie­siące. Moje gim­na­zjum znaj­do­wało się na Dżul­fie, nie­zbyt daleko od miej­sca zamiesz­ka­nia. Mama była nauczy­cielką w zakła­dzie poło­żo­nym w cen­trum miasta i często ją odwie­dza­łem prze­cho­dząc mostem 33-łuko­wym na drugą stronę rzeki. Razem zwie­dza­li­śmy miasto, byli­śmy w paru mecze­tach, a także podzi­wia­li­śmy między innymi prace tam­tej­szych rze­mieśl­ni­ków wyko­nu­ją­cych wyroby ze srebra, które były po mistrzow­sku gra­we­ro­wane. Pamiątkę z pobytu w Isfa­ha­nie mam do tej pory w postaci srebr­nej papie­ro­śnicy Ojca, którą dali­śmy tym mistrzom do wygra­we­ro­wa­nia. Nasze zain­te­re­so­wa­nie budziły per­skie dywany, które w wielu miej­scach były wysta­wione na sprze­daż. Ponie­waż Mama jako nauczy­cielka miała skromną pensję, więc było do dys­po­zy­cji trochę toma­nów na drobne wydatki, a nawet na zakup srebr­nej, gra­we­ro­wa­nej bran­so­lety. Trzeba dodać, że pod­sta­wowe wyży­wie­nie mie­li­śmy pod­czas całego pobytu w Iranie i póź­niej za darmo, dla­tego wyna­gro­dze­nie za pracę można było prze­zna­czyć na oso­bi­ste wydatki. Na ulicy wszę­dzie sprze­da­wano lepioszki, rodzaj plac­ków z ciem­nej maki, które często kupo­wa­li­śmy, bo były tanie i smaczne. Z owoców naj­chęt­niej kupo­wa­li­śmy gra­naty i suszone dak­tyle. Rewe­la­cyjny był kryty bazar w Isfa­ha­nie, cią­gnący się ponad kilo­metr, gdzie było mnó­stwo skle­pów i kramów z róż­nymi towa­rami, a był tam wielki gwar i hałas, bo sprze­dawcy głośno zachwa­lali swoje towary, a hałas był spo­tę­go­wany przez pra­cu­ją­cych w warsz­ta­tach rze­mieśl­ni­ków ude­rza­ją­cych w blachę mło­tami.

Zachowany przeze mnie banknot 10 rialsów irańskich
Zachowany przeze mnie banknot 10 rialsów irańskich s. 120 w PDF
Moja mama Róża Bachmińska, Isfahan 1943 r.
Moja mama Róża Bachmińska, Isfahan 1943 r. s. 121 w PDF

Nasz pobyt w Isfa­ha­nie trwał krótko, bo zale­d­wie siedem tygo­dni. Zapa­dła decy­zja, że mamy wyje­chać z grupą pię­ciu­set pol­skich dzieci do Związku Połu­dnio­wej Afryki (RPA). Około połowy lutego 1943 roku wyje­cha­li­śmy z Isfa­hanu auto­bu­sem na północ do miasta Kum, skąd było połą­cze­nie kole­jowe z Ahwa­zem, mia­stem na połu­dniu Iranu, w rejo­nie Zatoki Per­skiej, gdzie mie­li­śmy ocze­ki­wać na przy­by­cie statku, którym mie­li­śmy odpły­nąć do Afryki. W Kumie była prze­rwa w podróży trwa­jąca trzy dni zwią­zana z ocze­ki­wa­niem na przy­jazd pociągu w kie­runku Ahwazu. Zakwa­te­ro­wano nas w hotelu i mie­li­śmy czas na zwie­dza­nie miasta. Kum to piękne miasto orien­talne, a naj­bar­dziej rzu­ca­ją­cym się w oczy obiek­tem archi­tek­tury muzuł­mań­skiej w tym mie­ście był zabyt­kowy meczet ze złotą kopułą. Nasza podróż z Kumu do Ahwazu odby­wała się pocią­giem w nocy i była wyjąt­kowo męcząca, bo byli­śmy mocno stło­czeni w prze­dziale wagonu i w tych warun­kach o spaniu nie było mowy. Jecha­li­śmy przez wyso­kie pasmo gór­skie Zagros, a o wscho­dzie słońca pociąg zatrzy­mał się na jakiejś małej sta­cyjce, na której wysia­dłem z wagonu, by podzi­wiać piękny górski kra­jo­braz. Oprócz uroku tych gór oświe­tlo­nych wscho­dzą­cym słoń­cem zoba­czy­łem jak kilku Persów wysia­dło z wagonu, roz­ło­żyło swoje dywa­niki modli­tewne i zwra­ca­jąc się w kie­runku Mekki biło pokłony Alla­howi. Była to scena godna zapa­mię­ta­nia. Szczę­śli­wie doje­cha­li­śmy do Ahwazu, gdzie był obóz przej­ściowy, w którym prze­by­wali Polacy ocze­ku­jący na wjazd do Afryki oraz do Indii. Do Afryki wyje­chało z Iranu drogą morską 18000 osób a do Indii 450013. Nasz pobyt w Ahwa­zie trwał 18 dni do momentu, gdy nade­szła wia­do­mość, że w porcie czeka na nas statek. Wów­czas wyru­szy­li­śmy pocią­giem do portu w Khor­ram­shahr na rzece Szatt al-Arab. Rzeka ta sta­nowi koń­cowy odci­nek Eufratu i Tygrysu - dwóch rzek, które łączą się ze sobą w odle­gło­ści około dwustu kilo­me­trów przed Zatoką Perską two­rząc wspólny nurt noszący nazwę Szatt al

Zachowana pocztówka z Isfahanu z widokiem mostu na rzece Zajanderud
Zachowana pocztówka z Isfahanu z widokiem mostu na rzece Zajanderud s. 123 w PDF
Meczet w Isfahanie
Meczet w Isfahanie s. 123 w PDF
Dokument identyfikacyjny wystawiany osobom wyjeżdżającym do Afryki.
Dokument identyfikacyjny wystawiany osobom wyjeżdżającym do Afryki. s. 124 w PDF

- Arab. Rzeka jest tu na tyle głę­boka, że mogą po niej pływać statki oce­aniczne. W porcie czekał na nas duży statek pasa­żer­ski Dunera, do któ­rego się zała­do­wała grupa 1032 Pola­ków i w dniu 3 marca 1943 roku opu­ści­li­śmy Iran. Nasz pobyt w Iranie trwał pół roku.

Płynąc rzeką Szatt al-Arab mie­li­śmy nie­za­po­mniane widoki

– po obu stro­nach rzeki był wielki las pal­mowy. Nie­ba­wem dopły­nę­li­śmy rzeką do Aba­danu, gdzie się zatrzy­ma­li­śmy, by zatan­ko­wać olej napę­dowy na dalszą podróż. Po opusz­cze­niu portu w Aba­da­nie wkrótce dopły­nę­li­śmy do Zatoki Per­skiej, a następ­nie płynąc Zatoką Perską dotar­li­śmy do Cie­śniny Ormuz. W Cie­śni­nie był kil­ku­dniowy postój spo­wo­do­wany tym, że gro­ma­dziły się tam liczne statki, które w kon­woju, w towa­rzy­stwie nisz­czy­cieli, miały wyru­szyć na Ocean Indyj­ski.

Two­rze­nie kon­woju z ochroną nisz­czy­cieli było konieczne, ponie­waż na Oce­anie Indyj­skim gra­so­wały nie­miec­kie, a także japoń­skie okręty pod­wodne. W cie­śni­nie ktoś z naszych pasa­że­rów zauwa­żył polski statek Kościuszko, co wzbu­dziło wiel­kie emocje, gdyż widzie­li­śmy w nim kawa­łek naszej Ojczy­zny, ale kon­taktu z załogą statku nie udało się nawią­zać. Wresz­cie konwój ruszył, ale nasza Dunera pły­nęła w tym zgru­po­wa­niu zale­d­wie parę dni, bowiem konwój liczący kil­ka­dzie­siąt stat­ków popły­nął na połu­dniowy wschód w kie­runku Indii, a Dunera w poje­dynkę wzięła kurs na Afrykę. Nasz statek często płynął zyg­za­kiem, by nie pozo­sta­wiać po sobie wyraź­nego śladu na wodzie, który mógłby sta­no­wić infor­ma­cję dla okrętu pod­wod­nego, że jest nie­da­leko cel do stor­pe­do­wa­nia. Dunera była nieźle uzbro­jona – miała na rufie działo dużego kali­bru, którym mogła się bronić przed ata­kami okrę­tów pod­wod­nych jak rów­nież miała dwa gniazda sprzę­żo­nych dzia­łek prze­ciw­lot­ni­czych, które rów­nież mogły być użyte do ostrzału okrę­tów pod­wod­nych. W czasie rejsu odbyła się paro­krot­nie próba strze­la­nia z działa do wyrzu­co­nych za burtę zbęd­nych skrzyń oraz z dzia­łek do balo­ni­ków wypusz­cza­nych w powie­trze. Codzien­nie odby­wał się próbny alarm, na który wycho­dzi­li­śmy w pasach ratun­ko­wych. Mie­li­śmy też ciągłe zbiórki na pokła­dzie i ćwi­cze­nia pro­wa­dzone przez ofi­cera mary­narki doty­czące postę­po­wa­nia na wypa­dek stor­pe­do­wa­nia. Ja na statku zaj­mo­wa­łem miej­sce w trze­ciej klasie, co ozna­czało, że spałem w hamaku, a kąpiel miałem pod prysz­ni­cem ze słoną wodą. Nasz statek zatrzy­my­wał się na krótko w Mom­ba­sie, Beirze i Dur­ba­nie. Naj­więk­sze wra­że­nie wywarł na mnie port w Mom­ba­sie, gdzie miałem pierw­szy kon­takt z „czarną” Afryką. W Beirze, porcie nale­żą­cym do por­tu­gal­skiego Mozam­biku, wysia­dła na ląd grupa 513 Pola­ków, któ­rych koń­co­wym celem podróży i miej­scem sta­łego pobytu miała być Lusaka w Pół­noc­nej Rode­zji (Zambii). Ostatni odci­nek rejsu z Dur­banu do Port Eli­za­beth odby­wał się w rejo­nie zagro­że­nia ata­kiem nie­miec­kich okrę­tów pod­wod­nych, a tego zagro­że­nia mogli­śmy się domy­ślać, gdyż cały czas byli­śmy patro­lo­wani przez samo­lot, który nam towa­rzy­szył i obser­wo­wał wody oceanu. Szczę­śli­wie dopły­nę­li­śmy do Port Eli­za­beth w Związku Połu­dnio­wej Afryki (RPA) i tu był koniec naszej mor­skiej podróży, która trwała cztery tygo­dnie. Przez 9 dni pozo­sta­wa­li­śmy jesz­cze na statku bez moż­li­wo­ści wysia­da­nia na ląd, ponie­waż musie­li­śmy odbyć kwa­ran­tannę, w czasie, której spraw­dzano czy nie przy­wieź­li­śmy ze sobą jakiejś cho­roby zakaź­nej.

Statek Dunera, długość 157,5 m, prędkość 16 węzłów.
Statek Dunera, długość 157,5 m, prędkość 16 węzłów. s. 126 w PDF

Naszym pierw­szym miej­scem pobytu było miasto Oudt­sho­orn w Związku Połu­dnio­wej Afryki (RPA), gdzie się zna­la­zła nasza 500-oso­bowa grupa dzieci i mło­dzieży, która wraz z zespo­łem 29 nauczy­cieli i opie­ku­nów przy­pły­nęła Dunerą do Port Eli­za­beth. Na początku 1944 roku wyje­cha­łem wraz z Mamą i Sio­strą ze Związku Połu­dnio­wej Afryki do Pół­noc­nej Rode­zji (Zambii). Mama w okre­sie pobytu w Pół­noc­nej Rode­zji pra­co­wała jako nauczy­cielka szkoły pod­sta­wo­wej w pol­skim osie­dlu w Lusace, a ja uczęsz­cza­łem do dru­giej klasy pol­skiego gim­na­zjum w Living­sto­nie i następ­nie kon­ty­nu­owa­łem naukę w gim­na­zjum i liceum w Lusace i w 1947 roku zdałem maturę. Sio­stra w tym czasie uczęsz­czała do szkoły pod­sta­wo­wej. W czerwcu 1947 r. zakoń­czył się nasz ponad czte­ro­letni pobyt w Afryce, zde­cy­do­wa­li­śmy się bowiem na powrót do Polski. Dzieje Pola­ków w Afryce zostały cie­ka­wie opi­sane przez Wacława Kora­bie­wi­cza w książce pt. „Gdzie słoń, a gdzie Polska”, w której są też zamiesz­czone frag­menty wspo­mnień mojej Mamy i moje (str. 70-73). Rów­nież mój kolega z Rode­zji, Euge­niusz Zaliń­ski, opisał obszer­nie histo­rię naszego pobytu w Afryce w książce pt. „Z Polski do Polski. Przez Sybe­rię, przez Afrykę”. Są to książki warte prze­czy­ta­nia, gdyż przed­sta­wiają one dzieje Pola­ków, którzy po krót­kim poby­cie w Iranie zna­leźli się w Afryce. Zde­cy­do­wa­łem, że nie będę kon­ty­nu­ował opisu moich przy­gód, które się wyda­rzyły w czasie pobytu w Afryce, bowiem moim głów­nym zamia­rem było przed­sta­wie­nie wyłącz­nie tego dra­ma­tycz­nego okresu naszego pobytu na zesła­niu, zakoń­czo­nego momen­tem szczę­śli­wego opusz­cze­nia tery­to­rium ZSRR, pół­rocz­nym poby­tem w Iranie i podróżą do Połu­dnio­wej Afryki. Do Kraju wró­ci­li­śmy 25 lipca 1947 roku po prawie sied­mio­ipół­rocz­nej tułaczce.

Przypisy

  1. Norman Davies, Szlak Nadziei, 2015 t, s. 177 ↩
  2. Deportacje obywateli polskich z Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w 1941 roku, Instytut Pamięci Narodowej, 2003 r. s. 707 ↩
  3. Wacław Korabiewicz, Gdzie słoń a gdzie Polska, Wydawnicto Ministerstwa Obrony Narodowej, 1980 r, s. 174 ↩