Przejdź do tekstu
Wspomnienia Kazimierza Bachmińskiego
  1. Wstęp
  2. Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
  3. Rozdział II: Deportacja
  4. Rozdział III: Amnestia
  5. Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
  6. Rozdział V: Pobyt w Dżambule
  7. Rozdział VI: W Iranie
  8. Epilog

Rozdział IV

Podróż do Kazachstanu

Od Głazanichy do kołchozu pod Dżambułem, 1941

Ok. 11 min czytania Czytaj ten fragment w PDF (od s. 85)

Nasz wyjazd z Gła­za­ni­chy nastą­pił nie­zwłocz­nie po zakoń­cze­niu zała­dunku. Nie było tutaj jesz­cze zimy, ale w dniu wyjazdu zaczął padać pierw­szy śnieg. Wzię­li­śmy kie­ru­nek na połu­dniowy wschód i przez Kodino doje­cha­li­śmy do Obo­zier­ska, a stam­tąd linią Archan­gielsk - Moskwa doje­cha­li­śmy do Wołogdy, dużej węzło­wej stacji. Z Wołogdy poje­cha­li­śmy na wschód w kie­runku Gór Ural­skich i po wielu dniach jazdy dotar­li­śmy do Swier­dłow­ska (Jeka­te­ryn­burga), dużego miasta za Uralem, a stam­tąd do Cze­la­biń­ska. Nasz pociąg towa­rowy jechał poza wszel­kim roz­kła­dem jazdy, często długo stojąc na bocz­nym torze i prze­pusz­cza­jąc inne waż­niej­sze trans­porty. Była to linia kole­jowa odle­gła od frontu i samo­loty nie­miec­kie tu nie docie­rały, a więc nie było bom­bar­do­wań i jecha­li­śmy cał­kiem bez­piecz­nie. W tym czasie władze sowiec­kie ewa­ku­owały za Ural wiele fabryk z tere­nów zagro­żo­nych zaję­ciem przez Niem­ców i ta ewa­ku­acja odby­wała się w znacz­nej części tą linią kole­jową, którą myśmy teraz jechali.

Jazda była cały czas nie­pewna. Nie wia­domo było, kiedy pociąg stanie i kiedy ruszy, co utrud­niało zro­bie­nie zaku­pów żyw­no­ści, a także była obawa, że się nie zdąży wsiąść do odjeż­dża­ją­cego pociągu. Przed­sta­wi­ciele naszej grupy amne­stio­no­wa­nych Pola­ków jadą­cych do Ural­ska mieli odpo­wied­nie zaświad­cze­nie, które dawało pod­stawę do uzy­ska­nia przy­działu chleba na więk­szych sta­cjach. Pamię­tam, że pierw­szy chleb udało nam się kupić zbio­rowo dla całego trans­portu dopiero po dwóch tygo­dniach podróży w Swier­dłow­sku (Jeka­te­ryn­burgu), gdzie mie­li­śmy dłuż­szy postój. Wszy­scy rzu­cili się na ten chleb, a musieli być mocno głodni, bo widać było, że prawie każdy dławił się tym chle­bem jedząc zbyt szybko. Następną dużą stację, jaką był Cze­la­bińsk, dobrze pamię­tam, gdyż posze­dłem z bratem do cen­trum miasta. Były tam sze­ro­kie ulice, kil­ku­pię­trowe budynki miesz­kalne, ale w skle­pach nie było nic. Jednak udało nam się kupić coś, co miało dużą war­tość han­dlową - były to zapałki, któ­rych kupi­li­śmy kil­ka­dzie­siąt pude­łek W dal­szej podróży zapałki sta­no­wiły cenny towar wymienny. Nie­któ­rzy z naszych Pola­ków w czasie podróży kupo­wali żywe zwie­rzęta, takie jak cie­lęta lub owce i na bocz­nym torze, gdzie stał pociąg, je zabi­jali, a następ­nie opra­wiali i w rezul­ta­cie mieli dobry posi­łek. Ale byli to ludzie, którzy przed wywózką zaj­mo­wali się rol­nic­twem i hodowlą i obec­nie mogli wyko­rzy­stać swoje kwa­li­fi­ka­cje zwią­zane z ubojem. Na każdej nieco więk­szej stacji był punkt z kranem i napi­sem: kipia­tok, czyli wrzą­tek i każdy mógł za darmo nabrać gorą­cej wody. Dzięki zro­bio­nym zapa­som mąki i kaszy nie gło­do­wa­li­śmy w podróży, ale trudno było kupić w miej­scach postoju pociągu jajka, masło, mięso lub ziem­niaki czy warzywa. Parę bute­lek oliwy zdo­by­tej przed wyjaz­dem trochę rato­wało sytu­ację, ale nie na długo.

Nikt nie zauwa­żył, kiedy omi­ja­jąc Uralsk, który był celem naszej podróży zna­leź­li­śmy się w Kazach­sta­nie i jadąc na połu­dniowy wschód zbli­ży­li­śmy się do Jeziora Aral­skiego, a następ­nie jadąc dalej na połu­dnie zna­leź­li­śmy się w Uzbe­ki­sta­nie i dotar­li­śmy do Tasz­kientu, sto­licy tej repu­bliki. Był już listo­pad, ale tu było dość ciepło. Na małych sta­cjach miej­scowi sprze­da­wali owoce i warzywa a nawet rodzynki - kisz­misz. Był to region, gdzie pano­wał ciepły klimat i upra­wiano wino­grona, kawony i bawełnę.

Z Tasz­kientu pociąg nasz skie­ro­wał się na połu­dniowy zachód i doje­cha­li­śmy do Samar­kandy, dużego miasta, mają­cego sporo orien­tal­nych zabyt­ków i długą histo­rię swoich dzie­jów począw­szy od czasów sta­ro­żyt­nych. W tym czasie nikt z nas się nie inte­re­so­wał zwie­dza­niem zabyt­ków, a gdy pociąg się zatrzy­mał w Samar­kan­dzie na stacji towa­ro­wej, ludzie nasi roz­bie­gli się w kie­runku miasta, żeby coś kupić. Ja rów­nież z moim bratem Zbysz­kiem pobie­głem w kie­runku dworca kole­jo­wego, by coś kupić do jedze­nia. Udało nam się zrobić zakupy, ale gdyśmy wró­cili do miej­sca, gdzie stał nasz pociąg, oka­zało się, że pociągu nie ma. Prze­szu­ka­li­śmy cały teren stacji, ale nie­stety pociągu nie było, a kole­jarz poin­for­mo­wał nas, że jakiś pociąg towa­rowy wio­zący ludzi odje­chał w kie­runku Buchary. Posta­no­wi­li­śmy dogo­nić ten pociąg jadąc pierw­szym lep­szym pocią­giem oso­bo­wym w kie­runku Buchary, oczy­wi­ście bez biletu. Zbli­żał się wie­czór i zaczęło się robić zimno, a my nie mie­li­śmy na sobie cie­płego ubra­nia i cze­kała nas podróż nocą. Ale naj­więk­szym naszym zmar­twie­niem było to, czy w ogóle zdo­łamy odna­leźć pociąg, który nie miał żad­nych znaków szcze­gól­nych, ani nie miał okre­ślo­nej stacji doce­lo­wej. Wkrótce zjawił się na stacji pociąg oso­bowy, który miał jechać do Buchary. Wsie­dli­śmy do jed­nego z wago­nów, ale zanim pociąg ruszył, zjawił się kon­duk­tor, który nas bru­tal­nie wyrzu­cił z wagonu, zamy­ka­jąc drzwi. Pozo­sta­li­śmy na zewnątrz kom­bi­nu­jąc, co dalej począć. Gdy pociąg ruszył, wsko­czy­li­śmy na stop­nie wagonu i na nich się usa­do­wi­li­śmy. I tak zaczęła się nasza nocna podróż. Zro­biło się bardzo zimno, a trzeba pamię­tać, że była to już trze­cia dekada listo­pada - i w czasie jazdy wiatr nas dodat­kowo mroził. Pociąg rzadko się zatrzy­my­wał, gdyż był to pociąg pospieszny, ale gdy się zatrzy­my­wał na więk­szych sta­cjach, zeska­ki­wa­li­śmy ze stopni, by nie wpaść w ręce kon­duk­tora, a następ­nie, gdy pociąg ruszał, znowu byli­śmy na stop­niach. Po prze­je­cha­niu trzy­stu kilo­me­trów, nad ranem doje­cha­li­śmy do Buchary. Nie­stety naszego pociągu tam nie było. Na szczę­ście, po kilku godzi­nach udało nam się go odna­leźć na stacji towa­ro­wej - widocz­nie jechał wol­niej od naszego pociągu pasa­żer­skiego i pozo­stał w tyle. Było to wiel­kie szczę­ście, że się odna­leź­li­śmy. Gdyby się to nie udało, pozo­sta­li­by­śmy cał­ko­wi­cie zagu­bieni, roz­dzie­leni z rodziną i bez szansy odna­le­zie­nia się w przy­szło­ści. Nie zna­li­śmy nazwy miej­sco­wo­ści, do której nasz trans­port zmie­rzał. W tym czasie do Uzbe­ki­stanu przy­je­chało ponad sto tysięcy oby­wa­teli pol­skich zwol­nio­nych ze spec­po­sił­ków i łagrów i byli oni kie­ro­wani do koł­cho­zów i fabryk, jako siła robo­cza.

Trasa naszej podróży przez Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan naniesiona na mapę. Mapa zaczerpnięta z Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1976 r.
Trasa naszej podróży przez Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan naniesiona na mapę. Mapa zaczerpnięta z Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1976 r. s. 88 w PDF

Z Buchary nasz trans­port został skie­ro­wany do miasta Karszi, poło­żo­nego w połu­dniowo-wschod­niej części Uzbe­ki­stanu. I tu nastą­pił wyła­du­nek. Wszy­scy nasi pasa­że­ro­wie zostali skie­ro­wani z tobo­łami do małego parku znaj­du­ją­cego się przy stacji i tu mie­li­śmy czekać na dalsze decy­zje co do celu naszej podróży. Był już koniec listo­pada, w podróży byli­śmy pół­tora mie­siąca. W tym czasie ani razu nie wyką­pa­li­śmy się, a wszy sta­no­wiły wiel­kie udrę­cze­nie. Po paru dniach naszego koczo­wa­nia w tym parku, przy­szła wia­do­mość, że jest nowy esze­lon na stacji, do któ­rego mamy się zała­do­wać. Jak się póź­niej dowie­dzia­łem, Pań­stwowy Komi­tet Obrony ZSRR podjął decy­zję, by nad­miar Pola­ków, którzy przy­je­chali do Uzbe­ki­stanu, wyco­fać do Kazach­stanu. I nasza grupa, która przy­je­chała w kom­ple­cie z rejonu Onegi została objęta tą akcją prze­miesz­cze­nia do Kazach­stanu. Ruszy­li­śmy z powro­tem tą samą drogą przez Bucharę, Samar­kandę Tasz­kient do Arysu, a stam­tąd przez Czym­kent na wschód w kie­runku Dżam­bułu. Po drodze były odłą­czane poje­dyn­cze wagony i ludzie z nich byli kie­ro­wani do koł­cho­zów wyty­po­wa­nych do przy­ję­cia Pola­ków.

Podróż nasza pocią­giem trwała trzy doby i pewnej nocy, gdy pociąg się zatrzy­mał na dłużej na jakiejś małej stacji, padła komenda: Wyła­do­wy­wać się! Po wyła­do­wa­niu na tej małej stacji, zosta­li­śmy zała­do­wani na wozy dra­bi­nia­ste zaprzę­gnięte w woły i ruszy­li­śmy pośród ciem­nej nocy w kie­runku jakie­goś nie­zna­nego nam celu. Kazach powo­żący wozem często pokrzy­ki­wał na woły sło­wami cop, cobe, a woły wie­działy, że jest to rozkaz, by skrę­cić w prawo lub w lewo - było to nasze pol­skie hejta, wiśta. Po paru godzi­nach jazdy dotar­li­śmy do wioski kazach­skiej. Była ciemna noc, wyła­do­wa­li­śmy się z wozu i prze­nie­śli­śmy nasze rzeczy do jakie­goś więk­szego pomiesz­cze­nia będą­cego czymś w rodzaju świe­tlicy. Był to już koniec naszej podróży znad Morza Bia­łego do Kazach­stanu. Podróż trwała od 13 paź­dzier­nika do 1 grud­nia, czyli siedem tygo­dni i w tym czasie prze­je­cha­li­śmy sześć i pół tysiąca kilo­me­trów.

Gdy nastał dzień, poja­wił się w naszej świe­tlicy ktoś z władz koł­chozu i zaczął przy­dzie­lać poszcze­gólne pol­skie rodziny do gospo­da­rzy kazach­skich, u któ­rych te rodziny miały zamiesz­kać. Kaza­cho­wie w tej wiosce miesz­kali w wol­no­sto­ją­cych domach zwa­nych kibit­kami, z pła­skim dachem, skła­da­ją­cych się z jednej izby, zbu­do­wa­nych z nie­wy­pa­la­nej cegły. Tra­fi­li­śmy do gospo­da­rzy, którzy miesz­kali w izbie posia­da­ją­cej pod­łogę z ubitej gliny, przy ścia­nie znaj­do­wał się muro­wany piec z dużym kotłem żeliw­nym, w kształ­cie wiel­kiej misy, wpusz­czo­nym do środka pieca. W kotle tym goto­wało się wszystko, zarówno zupę jak rów­nież wodę na her­batę. W izbie nie było ani stołu, ani krze­seł, tylko maty do sie­dze­nia i do spania. Na prawo od wej­ścia do izby gospo­da­rzy znaj­do­wała się przy­bu­dówka w postaci takiej więk­szej komórki, nie posia­da­ją­cej okna, mają­cej pod­łogę z gliny, przy­pusz­czal­nie słu­żąca za maga­zyn na zbiory z pola i ta komórka została nam przy­dzie­lona jako miej­sce zamiesz­ka­nia. Był już począ­tek grud­nia i zima zaczęła nam doku­czać. Nie mie­li­śmy w naszej komórce pieca ani żad­nych mebli, więc mogli­śmy tam tylko leżeć na słomie rzu­co­nej na gli­nianą pod­łogę, bez moż­li­wo­ści ugo­to­wa­nia cze­go­kol­wiek do jedze­nia. Nasza Kazaszka była bardzo nie­ufna do nas, ale kilka razy pozwo­liła zago­to­wać wodę w jej wiel­kim kotle, lecz trzeba było za to zapła­cić każ­do­ra­zowo pudeł­kiem zapa­łek - tych zapa­łek, które kupi­li­śmy ze Zbysz­kiem w Cze­la­biń­sku. Do pale­nia w piecu uży­wało się tak zwa­nych kizia­ków to jest kro­wich odcho­dów wysu­szo­nych na słońcu. Koł­choz był poło­żony na stepie, gdzie nie było żad­nych drzew, w związku z czym uży­wano tylko takiego dostęp­nego tam opału. Pola koł­chozu były nawad­niane w sezo­nie wege­ta­cji roślin wodą roz­pro­wa­dzaną ary­kami, czyli takimi rowami, któ­rymi woda była dostar­czana z pobli­skiej rzeki. Blisko koł­chozu znaj­do­wała się dość wysoka góra, na którą już w pierw­szym dniu po przy­jeź­dzie wsze­dłem będąc cie­ka­wym, jak wygląda oko­lica. Roz­glą­da­jąc się stwier­dzi­łem, że koł­choz jest poło­żony nie­da­leko dużego miasta. Tym mia­stem był Dżam­buł odle­gły o 11 kilo­me­trów.

Mama miała świa­do­mość, że musi dzia­łać, jeśli chcemy prze­żyć nad­cho­dzącą zimę, a w pierw­szej kolej­no­ści musi rato­wać Ojca, który był ciężko chory. Nie wyle­czony w czasie pobytu w szpi­talu w Cze­ku­je­wie w sierp­niu, był w coraz gor­szej kon­dy­cji pod­czas sied­mio­ty­go­dnio­wej podróży wago­nem, z któ­rego nie miał siły wycho­dzić w czasie postoju pociągu, tylko leżał na dolnej ciem­nej pryczy. Zaczął pluć krwią, a także opu­chli­zna nóg zaczęła sięgać coraz wyżej. Do tego doszły te skraj­nie cięż­kie warunki życia w koł­cho­zie. Mama udała się do pre­sie­da­tiela (prze­wod­ni­czą­cego) koł­chozu, przed­sta­wiła sprawę stanu zdro­wia męża i oświad­czyła, że musi uzy­skać pomoc leka­rza. Pred­sie­da­tiel zgo­dził się pomóc i dał Mamie wóz zaprzę­żony w wołu oraz fur­mana, w celu zawie­zie­nia Ojca do Dżam­bułu do leka­rza. Razem z Ojcem do Dżam­bułu poje­chała Mama i wzięła rów­nież mnie ze sobą, a Zby­szek z Hanią, oby­dwoje prze­zię­bieni, pozo­stali w zimnej komórce sami. W mie­ście tra­fi­li­śmy do jakiejś przy­chodni, gdzie Ojca od razu zakwa­li­fi­ko­wano do lecze­nia w szpi­talu. Rów­nież Ojciec otrzy­mał nie­zwłocz­nie środek trans­portu w postaci pod­wody konnej, która miała go zawieźć do szpi­tala. Wsiadł na fur­mankę, poże­gnał się z nami, a także podał adres szpi­tala: ulica Sojuz Kasz­czi i szybko tym wozem odje­chał. Ja i Mama tego samego dnia wró­ci­li­śmy pieszo do naszego koł­chozu. W następ­nych dniach Mama przy­stą­piła do sprze­daży rzeczy, któ­rych jesz­cze trochę pozo­stało, gdyż zaczęło nam bra­ko­wać rubli. Za dobrą cenę sprze­dała gra­na­towy płaszcz, typu mun­du­rek ucznia liceum z czer­wo­nymi lam­pa­sami przy koł­nie­rzu i przy ręka­wach, który kupiła Kazaszka dla swojej prawie doro­słej córki. Wszy­scy Kaza­cho­wie obecni przy trans­ak­cji podzi­wiali jak pięk­nie ta młoda dziew­czyna, z dłu­gimi war­ko­czami, wygląda w tym płasz­czu. Warto wspo­mnieć, że we wrze­śniu 1939 roku, tuż przed wkro­cze­niem do Woł­ko­wy­ska armii sowiec­kiej, rodzice chcąc wydać zło­tówki, które w każdej chwili mogły się stać bez­war­to­ściowe, kupili takie dwa gra­na­towe płasz­cze-mun­durki: jeden gim­na­zjalny z nie­bie­skimi wszyw­kami, który ja na Katisz­czu w zimie nosi­łem, a drugi - lice­alny, który był nie­no­szony - został teraz tu w koł­cho­zie sprze­dany. Wokół tego naszego aułu roz­cią­gał się step sta­no­wiący ziemię uprawną koł­chozu, ale teraz w grud­niu było na polu pusto. Koło naszej chaty często spo­ty­ka­łem osła cho­dzą­cego luzem. Pew­nego dnia spró­bo­wa­łem na niego wsiąść i się na nim prze­je­chać, ale się to dla mnie źle skoń­czyło, bo osioł ener­gicz­nie bryk­nął i zrzu­cił mnie ze swego grzbietu.

Polacy, którzy tra­fili do koł­cho­zów nie mieli w okre­sie zimo­wym żadnej pracy, a władze koł­chozu nie miały pod­staw ani chęci, by ich żywić, a zatem ich los był prak­tycz­nie gorszy niż pod­czas pobytu w tajdze, bowiem tam była praca i jakiś mini­malny dochód. Według inten­cji władz, Polacy po amne­stii, któ­rych prze­miesz­czono z tere­nów pół­noc­nych i wschod­nich Związku Sowiec­kiego do Uzbe­ki­stanu i Kazach­stanu mieli nadal sta­no­wić tanią siłę robo­czą, której zaczęło bra­ko­wać w związku ze stra­tami wojen­nymi w ludziach, ponie­sio­nymi na fron­cie i powo­ły­wa­niem do armii nowych rocz­ni­ków. Poziom życia w koł­cho­zach był bardzo niski, bo i wydaj­ność pracy była tam niska, a nale­żało reali­zo­wać dostawy obo­wiąz­kowe dla Pań­stwa, więc Polacy, którzy się tam zna­leźli cier­pieli głód i śmier­tel­ność wśród nich była bardzo wysoka. W naszym koł­cho­zie zaczęła się na dobre zima - spadł śnieg i zro­biło się bardzo zimno, a my nie mie­li­śmy w naszej lepiance pieca. Znaj­do­wa­li­śmy się w stre­fie kli­ma­tycz­nej raczej cie­płej, ale był to klimat kon­ty­nen­talny, cha­rak­te­ry­zu­jący się dość ostrymi zimami. Mama zde­cy­do­wała, że trzeba odwie­dzić Ojca w szpi­talu i mimo warun­ków zimo­wych wybrała się do Dżam­bułu wraz ze mną w dniu 22 grud­nia 1941 r. Szli­śmy pieszo i po dotar­ciu do cen­trum zna­leź­li­śmy ten szpi­tal. W biurze szpi­tala na pyta­nie Mamy, na której sali leży pacjent Bach­miń­ski, padła odpo­wiedź, że pacjenta takiego już nie ma, gdyż zmarł 14 grud­nia. Gdy Mama zapy­tała, gdzie został pocho­wany, otrzy­mała odpo­wiedź, że we wspól­nej mogile, w której pocho­wano dzie­sięć osób. Nie mie­li­śmy nawet moż­li­wo­ści, by pójść na ten grób, gdyż nikt nie potra­fił okre­ślić, w którym miej­scu się on znaj­duje, a było to gdzieś poza obrę­bem szpi­tala, praw­do­po­dob­nie na jakimś cmen­ta­rzu miej­skim. Bardzo byli­śmy zała­mani tą tra­giczną, a nie­spo­dzie­waną wia­do­mo­ścią. Nie pozo­stało nam nic innego jak wrócić do naszego aułu, bo tam pozo­stali Zby­szek i Hania w nie­ogrze­wa­nej komórce, bez cie­płej strawy i trzeba było się rato­wać przed dal­szymi nie­szczę­ściami. Ale tego dnia już nie zdą­ży­li­śmy wrócić i przez całą noc cho­dzi­li­śmy po róż­nych knaj­pach, gdzie było ciepło i gdzie się żywi­li­śmy tym, co pozo­stało nie­do­je­dzone na tale­rzu. Następ­nego dnia ruszy­li­śmy w drogę powrotną, by prze­ka­zać smutną wia­do­mość Zbysz­kowi i Hani. Ojciec zmarł mając 49 lat. Trzeba to zapi­sać na rachu­nek zbrod­ni­czego sys­temu bol­sze­wic­kiego, który dążył do eks­ter­mi­na­cji Pola­ków - jed­nych poprzez strzał w tył głowy, a innych poprzez system pracy przy­mu­so­wej dopro­wa­dza­jący do utraty zdro­wia i życia.