- Wstęp
- Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
- Rozdział II: Deportacja
- Rozdział III: Amnestia
- Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
- Rozdział V: Pobyt w Dżambule
- Rozdział VI: W Iranie
- Epilog
Rozdział IV
Podróż do Kazachstanu
Od Głazanichy do kołchozu pod Dżambułem, 1941
Nasz wyjazd z Głazanichy nastąpił niezwłocznie po zakończeniu załadunku. Nie było tutaj jeszcze zimy, ale w dniu wyjazdu zaczął padać pierwszy śnieg. Wzięliśmy kierunek na południowy wschód i przez Kodino dojechaliśmy do Obozierska, a stamtąd linią Archangielsk - Moskwa dojechaliśmy do Wołogdy, dużej węzłowej stacji. Z Wołogdy pojechaliśmy na wschód w kierunku Gór Uralskich i po wielu dniach jazdy dotarliśmy do Swierdłowska (Jekaterynburga), dużego miasta za Uralem, a stamtąd do Czelabińska. Nasz pociąg towarowy jechał poza wszelkim rozkładem jazdy, często długo stojąc na bocznym torze i przepuszczając inne ważniejsze transporty. Była to linia kolejowa odległa od frontu i samoloty niemieckie tu nie docierały, a więc nie było bombardowań i jechaliśmy całkiem bezpiecznie. W tym czasie władze sowieckie ewakuowały za Ural wiele fabryk z terenów zagrożonych zajęciem przez Niemców i ta ewakuacja odbywała się w znacznej części tą linią kolejową, którą myśmy teraz jechali.
Jazda była cały czas niepewna. Nie wiadomo było, kiedy pociąg stanie i kiedy ruszy, co utrudniało zrobienie zakupów żywności, a także była obawa, że się nie zdąży wsiąść do odjeżdżającego pociągu. Przedstawiciele naszej grupy amnestionowanych Polaków jadących do Uralska mieli odpowiednie zaświadczenie, które dawało podstawę do uzyskania przydziału chleba na większych stacjach. Pamiętam, że pierwszy chleb udało nam się kupić zbiorowo dla całego transportu dopiero po dwóch tygodniach podróży w Swierdłowsku (Jekaterynburgu), gdzie mieliśmy dłuższy postój. Wszyscy rzucili się na ten chleb, a musieli być mocno głodni, bo widać było, że prawie każdy dławił się tym chlebem jedząc zbyt szybko. Następną dużą stację, jaką był Czelabińsk, dobrze pamiętam, gdyż poszedłem z bratem do centrum miasta. Były tam szerokie ulice, kilkupiętrowe budynki mieszkalne, ale w sklepach nie było nic. Jednak udało nam się kupić coś, co miało dużą wartość handlową - były to zapałki, których kupiliśmy kilkadziesiąt pudełek W dalszej podróży zapałki stanowiły cenny towar wymienny. Niektórzy z naszych Polaków w czasie podróży kupowali żywe zwierzęta, takie jak cielęta lub owce i na bocznym torze, gdzie stał pociąg, je zabijali, a następnie oprawiali i w rezultacie mieli dobry posiłek. Ale byli to ludzie, którzy przed wywózką zajmowali się rolnictwem i hodowlą i obecnie mogli wykorzystać swoje kwalifikacje związane z ubojem. Na każdej nieco większej stacji był punkt z kranem i napisem: kipiatok, czyli wrzątek i każdy mógł za darmo nabrać gorącej wody. Dzięki zrobionym zapasom mąki i kaszy nie głodowaliśmy w podróży, ale trudno było kupić w miejscach postoju pociągu jajka, masło, mięso lub ziemniaki czy warzywa. Parę butelek oliwy zdobytej przed wyjazdem trochę ratowało sytuację, ale nie na długo.
Nikt nie zauważył, kiedy omijając Uralsk, który był celem naszej podróży znaleźliśmy się w Kazachstanie i jadąc na południowy wschód zbliżyliśmy się do Jeziora Aralskiego, a następnie jadąc dalej na południe znaleźliśmy się w Uzbekistanie i dotarliśmy do Taszkientu, stolicy tej republiki. Był już listopad, ale tu było dość ciepło. Na małych stacjach miejscowi sprzedawali owoce i warzywa a nawet rodzynki - kiszmisz. Był to region, gdzie panował ciepły klimat i uprawiano winogrona, kawony i bawełnę.
Z Taszkientu pociąg nasz skierował się na południowy zachód i dojechaliśmy do Samarkandy, dużego miasta, mającego sporo orientalnych zabytków i długą historię swoich dziejów począwszy od czasów starożytnych. W tym czasie nikt z nas się nie interesował zwiedzaniem zabytków, a gdy pociąg się zatrzymał w Samarkandzie na stacji towarowej, ludzie nasi rozbiegli się w kierunku miasta, żeby coś kupić. Ja również z moim bratem Zbyszkiem pobiegłem w kierunku dworca kolejowego, by coś kupić do jedzenia. Udało nam się zrobić zakupy, ale gdyśmy wrócili do miejsca, gdzie stał nasz pociąg, okazało się, że pociągu nie ma. Przeszukaliśmy cały teren stacji, ale niestety pociągu nie było, a kolejarz poinformował nas, że jakiś pociąg towarowy wiozący ludzi odjechał w kierunku Buchary. Postanowiliśmy dogonić ten pociąg jadąc pierwszym lepszym pociągiem osobowym w kierunku Buchary, oczywiście bez biletu. Zbliżał się wieczór i zaczęło się robić zimno, a my nie mieliśmy na sobie ciepłego ubrania i czekała nas podróż nocą. Ale największym naszym zmartwieniem było to, czy w ogóle zdołamy odnaleźć pociąg, który nie miał żadnych znaków szczególnych, ani nie miał określonej stacji docelowej. Wkrótce zjawił się na stacji pociąg osobowy, który miał jechać do Buchary. Wsiedliśmy do jednego z wagonów, ale zanim pociąg ruszył, zjawił się konduktor, który nas brutalnie wyrzucił z wagonu, zamykając drzwi. Pozostaliśmy na zewnątrz kombinując, co dalej począć. Gdy pociąg ruszył, wskoczyliśmy na stopnie wagonu i na nich się usadowiliśmy. I tak zaczęła się nasza nocna podróż. Zrobiło się bardzo zimno, a trzeba pamiętać, że była to już trzecia dekada listopada - i w czasie jazdy wiatr nas dodatkowo mroził. Pociąg rzadko się zatrzymywał, gdyż był to pociąg pospieszny, ale gdy się zatrzymywał na większych stacjach, zeskakiwaliśmy ze stopni, by nie wpaść w ręce konduktora, a następnie, gdy pociąg ruszał, znowu byliśmy na stopniach. Po przejechaniu trzystu kilometrów, nad ranem dojechaliśmy do Buchary. Niestety naszego pociągu tam nie było. Na szczęście, po kilku godzinach udało nam się go odnaleźć na stacji towarowej - widocznie jechał wolniej od naszego pociągu pasażerskiego i pozostał w tyle. Było to wielkie szczęście, że się odnaleźliśmy. Gdyby się to nie udało, pozostalibyśmy całkowicie zagubieni, rozdzieleni z rodziną i bez szansy odnalezienia się w przyszłości. Nie znaliśmy nazwy miejscowości, do której nasz transport zmierzał. W tym czasie do Uzbekistanu przyjechało ponad sto tysięcy obywateli polskich zwolnionych ze specposiłków i łagrów i byli oni kierowani do kołchozów i fabryk, jako siła robocza.

Z Buchary nasz transport został skierowany do miasta Karszi, położonego w południowo-wschodniej części Uzbekistanu. I tu nastąpił wyładunek. Wszyscy nasi pasażerowie zostali skierowani z tobołami do małego parku znajdującego się przy stacji i tu mieliśmy czekać na dalsze decyzje co do celu naszej podróży. Był już koniec listopada, w podróży byliśmy półtora miesiąca. W tym czasie ani razu nie wykąpaliśmy się, a wszy stanowiły wielkie udręczenie. Po paru dniach naszego koczowania w tym parku, przyszła wiadomość, że jest nowy eszelon na stacji, do którego mamy się załadować. Jak się później dowiedziałem, Państwowy Komitet Obrony ZSRR podjął decyzję, by nadmiar Polaków, którzy przyjechali do Uzbekistanu, wycofać do Kazachstanu. I nasza grupa, która przyjechała w komplecie z rejonu Onegi została objęta tą akcją przemieszczenia do Kazachstanu. Ruszyliśmy z powrotem tą samą drogą przez Bucharę, Samarkandę Taszkient do Arysu, a stamtąd przez Czymkent na wschód w kierunku Dżambułu. Po drodze były odłączane pojedyncze wagony i ludzie z nich byli kierowani do kołchozów wytypowanych do przyjęcia Polaków.
Podróż nasza pociągiem trwała trzy doby i pewnej nocy, gdy pociąg się zatrzymał na dłużej na jakiejś małej stacji, padła komenda: Wyładowywać się! Po wyładowaniu na tej małej stacji, zostaliśmy załadowani na wozy drabiniaste zaprzęgnięte w woły i ruszyliśmy pośród ciemnej nocy w kierunku jakiegoś nieznanego nam celu. Kazach powożący wozem często pokrzykiwał na woły słowami cop, cobe, a woły wiedziały, że jest to rozkaz, by skręcić w prawo lub w lewo - było to nasze polskie hejta, wiśta. Po paru godzinach jazdy dotarliśmy do wioski kazachskiej. Była ciemna noc, wyładowaliśmy się z wozu i przenieśliśmy nasze rzeczy do jakiegoś większego pomieszczenia będącego czymś w rodzaju świetlicy. Był to już koniec naszej podróży znad Morza Białego do Kazachstanu. Podróż trwała od 13 października do 1 grudnia, czyli siedem tygodni i w tym czasie przejechaliśmy sześć i pół tysiąca kilometrów.
Gdy nastał dzień, pojawił się w naszej świetlicy ktoś z władz kołchozu i zaczął przydzielać poszczególne polskie rodziny do gospodarzy kazachskich, u których te rodziny miały zamieszkać. Kazachowie w tej wiosce mieszkali w wolnostojących domach zwanych kibitkami, z płaskim dachem, składających się z jednej izby, zbudowanych z niewypalanej cegły. Trafiliśmy do gospodarzy, którzy mieszkali w izbie posiadającej podłogę z ubitej gliny, przy ścianie znajdował się murowany piec z dużym kotłem żeliwnym, w kształcie wielkiej misy, wpuszczonym do środka pieca. W kotle tym gotowało się wszystko, zarówno zupę jak również wodę na herbatę. W izbie nie było ani stołu, ani krzeseł, tylko maty do siedzenia i do spania. Na prawo od wejścia do izby gospodarzy znajdowała się przybudówka w postaci takiej większej komórki, nie posiadającej okna, mającej podłogę z gliny, przypuszczalnie służąca za magazyn na zbiory z pola i ta komórka została nam przydzielona jako miejsce zamieszkania. Był już początek grudnia i zima zaczęła nam dokuczać. Nie mieliśmy w naszej komórce pieca ani żadnych mebli, więc mogliśmy tam tylko leżeć na słomie rzuconej na glinianą podłogę, bez możliwości ugotowania czegokolwiek do jedzenia. Nasza Kazaszka była bardzo nieufna do nas, ale kilka razy pozwoliła zagotować wodę w jej wielkim kotle, lecz trzeba było za to zapłacić każdorazowo pudełkiem zapałek - tych zapałek, które kupiliśmy ze Zbyszkiem w Czelabińsku. Do palenia w piecu używało się tak zwanych kiziaków to jest krowich odchodów wysuszonych na słońcu. Kołchoz był położony na stepie, gdzie nie było żadnych drzew, w związku z czym używano tylko takiego dostępnego tam opału. Pola kołchozu były nawadniane w sezonie wegetacji roślin wodą rozprowadzaną arykami, czyli takimi rowami, którymi woda była dostarczana z pobliskiej rzeki. Blisko kołchozu znajdowała się dość wysoka góra, na którą już w pierwszym dniu po przyjeździe wszedłem będąc ciekawym, jak wygląda okolica. Rozglądając się stwierdziłem, że kołchoz jest położony niedaleko dużego miasta. Tym miastem był Dżambuł odległy o 11 kilometrów.
Mama miała świadomość, że musi działać, jeśli chcemy przeżyć nadchodzącą zimę, a w pierwszej kolejności musi ratować Ojca, który był ciężko chory. Nie wyleczony w czasie pobytu w szpitalu w Czekujewie w sierpniu, był w coraz gorszej kondycji podczas siedmiotygodniowej podróży wagonem, z którego nie miał siły wychodzić w czasie postoju pociągu, tylko leżał na dolnej ciemnej pryczy. Zaczął pluć krwią, a także opuchlizna nóg zaczęła sięgać coraz wyżej. Do tego doszły te skrajnie ciężkie warunki życia w kołchozie. Mama udała się do presiedatiela (przewodniczącego) kołchozu, przedstawiła sprawę stanu zdrowia męża i oświadczyła, że musi uzyskać pomoc lekarza. Predsiedatiel zgodził się pomóc i dał Mamie wóz zaprzężony w wołu oraz furmana, w celu zawiezienia Ojca do Dżambułu do lekarza. Razem z Ojcem do Dżambułu pojechała Mama i wzięła również mnie ze sobą, a Zbyszek z Hanią, obydwoje przeziębieni, pozostali w zimnej komórce sami. W mieście trafiliśmy do jakiejś przychodni, gdzie Ojca od razu zakwalifikowano do leczenia w szpitalu. Również Ojciec otrzymał niezwłocznie środek transportu w postaci podwody konnej, która miała go zawieźć do szpitala. Wsiadł na furmankę, pożegnał się z nami, a także podał adres szpitala: ulica Sojuz Kaszczi i szybko tym wozem odjechał. Ja i Mama tego samego dnia wróciliśmy pieszo do naszego kołchozu. W następnych dniach Mama przystąpiła do sprzedaży rzeczy, których jeszcze trochę pozostało, gdyż zaczęło nam brakować rubli. Za dobrą cenę sprzedała granatowy płaszcz, typu mundurek ucznia liceum z czerwonymi lampasami przy kołnierzu i przy rękawach, który kupiła Kazaszka dla swojej prawie dorosłej córki. Wszyscy Kazachowie obecni przy transakcji podziwiali jak pięknie ta młoda dziewczyna, z długimi warkoczami, wygląda w tym płaszczu. Warto wspomnieć, że we wrześniu 1939 roku, tuż przed wkroczeniem do Wołkowyska armii sowieckiej, rodzice chcąc wydać złotówki, które w każdej chwili mogły się stać bezwartościowe, kupili takie dwa granatowe płaszcze-mundurki: jeden gimnazjalny z niebieskimi wszywkami, który ja na Katiszczu w zimie nosiłem, a drugi - licealny, który był nienoszony - został teraz tu w kołchozie sprzedany. Wokół tego naszego aułu rozciągał się step stanowiący ziemię uprawną kołchozu, ale teraz w grudniu było na polu pusto. Koło naszej chaty często spotykałem osła chodzącego luzem. Pewnego dnia spróbowałem na niego wsiąść i się na nim przejechać, ale się to dla mnie źle skończyło, bo osioł energicznie bryknął i zrzucił mnie ze swego grzbietu.
Polacy, którzy trafili do kołchozów nie mieli w okresie zimowym żadnej pracy, a władze kołchozu nie miały podstaw ani chęci, by ich żywić, a zatem ich los był praktycznie gorszy niż podczas pobytu w tajdze, bowiem tam była praca i jakiś minimalny dochód. Według intencji władz, Polacy po amnestii, których przemieszczono z terenów północnych i wschodnich Związku Sowieckiego do Uzbekistanu i Kazachstanu mieli nadal stanowić tanią siłę roboczą, której zaczęło brakować w związku ze stratami wojennymi w ludziach, poniesionymi na froncie i powoływaniem do armii nowych roczników. Poziom życia w kołchozach był bardzo niski, bo i wydajność pracy była tam niska, a należało realizować dostawy obowiązkowe dla Państwa, więc Polacy, którzy się tam znaleźli cierpieli głód i śmiertelność wśród nich była bardzo wysoka. W naszym kołchozie zaczęła się na dobre zima - spadł śnieg i zrobiło się bardzo zimno, a my nie mieliśmy w naszej lepiance pieca. Znajdowaliśmy się w strefie klimatycznej raczej ciepłej, ale był to klimat kontynentalny, charakteryzujący się dość ostrymi zimami. Mama zdecydowała, że trzeba odwiedzić Ojca w szpitalu i mimo warunków zimowych wybrała się do Dżambułu wraz ze mną w dniu 22 grudnia 1941 r. Szliśmy pieszo i po dotarciu do centrum znaleźliśmy ten szpital. W biurze szpitala na pytanie Mamy, na której sali leży pacjent Bachmiński, padła odpowiedź, że pacjenta takiego już nie ma, gdyż zmarł 14 grudnia. Gdy Mama zapytała, gdzie został pochowany, otrzymała odpowiedź, że we wspólnej mogile, w której pochowano dziesięć osób. Nie mieliśmy nawet możliwości, by pójść na ten grób, gdyż nikt nie potrafił określić, w którym miejscu się on znajduje, a było to gdzieś poza obrębem szpitala, prawdopodobnie na jakimś cmentarzu miejskim. Bardzo byliśmy załamani tą tragiczną, a niespodziewaną wiadomością. Nie pozostało nam nic innego jak wrócić do naszego aułu, bo tam pozostali Zbyszek i Hania w nieogrzewanej komórce, bez ciepłej strawy i trzeba było się ratować przed dalszymi nieszczęściami. Ale tego dnia już nie zdążyliśmy wrócić i przez całą noc chodziliśmy po różnych knajpach, gdzie było ciepło i gdzie się żywiliśmy tym, co pozostało niedojedzone na talerzu. Następnego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną, by przekazać smutną wiadomość Zbyszkowi i Hani. Ojciec zmarł mając 49 lat. Trzeba to zapisać na rachunek zbrodniczego systemu bolszewickiego, który dążył do eksterminacji Polaków - jednych poprzez strzał w tył głowy, a innych poprzez system pracy przymusowej doprowadzający do utraty zdrowia i życia.