- Wstęp
- Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
- Rozdział II: Deportacja
- Rozdział III: Amnestia
- Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
- Rozdział V: Pobyt w Dżambule
- Rozdział VI: W Iranie
- Epilog
Rozdział II
Deportacja
Szomboziero i Katiszcze, obwód archangielski, 1940–1941
Deportacja osadników i leśników nastąpiła 10 lutego 1940 r. O tym, że władze sowieckie przygotowują deportację obywateli polskich, mieszkańcy Wołkowyska nie wiedzieli. Było to trzymane w tajemnicy, żeby ludzie wpisani na listę nie zdążyli uciec przed wywózką. W naszym domu wczesnym rankiem 10 lutego 1940 r., gdy jeszcze byliśmy w łóżkach, zjawiło się czterech przedstawicieli władzy, w tym jeden umundurowany i uzbrojony w pistolet funkcjonariusz NKWD (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych), jeden cywil i dwóch krasnoarmiejców z karabinami wyposażonymi w bagnety nałożone na sztorc. Ojciec ich wpuścił do mieszkania i wtedy usłyszał:
- Sabierajtieś s wieszczami w dwa czasa! (Zbierajcie się z rzeczami w ciągu dwóch godzin!)
- A kuda my pajediem? (Dokąd pojedziemy?) - zapytał Ojciec enkawudzistę, ale nie otrzymał żadnej konkretnej informacji.
Pozwolono nam wziąć zapasy żywności, ubrania, pościel i inne rzeczy osobiste. Przed domem na ulicy stało dwoje sań, na które mieliśmy się załadować. Rodzice zaczęli się pakować, udało się wziąć sporo rzeczy, a między innymi nożną maszynę do szycia. Zdążyliśmy zjeść śniadanie i nasi “goście” też coś przekąsili. Faktycznie przekroczyliśmy ustalony limit czasu na pakowanie wynoszący dwie godziny, ale zapakować się nie było łatwo, ponieważ nie mieliśmy odpowiedniej ilości walizek, więc trzeba było robić tłumoki. Ja i mój brat chcieliśmy pójść do ustępu znajdującego się na zewnątrz. Ojciec nasze wyjście musiał uzgodnić z przedstawicielem władzy, ale gdyśmy wychodzili towarzyszyli nam dwaj krasnoarmiejcy z karabinami. Widocznie była obawa, że uciekniemy, chociaż było to nieprawdopodobne, gdyż mróz na zewnątrz sięgał chyba minus 25 stopni. Temperatury nie dało się odczytać, ponieważ szyby były pokryte grubą warstwą lodu i szronu. Zima w lutym 1940 r. była jedną z najcięższych, a mrozy były trudne do zniesienia, nawet zajęcia w szkole były przez dłuższy czas zawieszone.
Pozostawiliśmy całe umeblowanie trzech pokoi i kuchni jak również różne urządzenia i przybory kuchenne oraz cenniejsze przedmioty takie jak rower, dubeltówka, brauning (rewolwer), aparat radiowy, bogaty zbiór książek w bibliotece Ojca, w tym niektóre książki oprawione w skórę. W gabinecie Ojca pozostał wiszący na ścianie piękny, wypchany głuszec stanowiący trofeum z jakiegoś polowania. Z ubrania pozostawiliśmy niewiele - wypada tylko wymienić okrągłe pudło z pięcioma damskimi kapeluszami Mamy, które zostało w szafie. Również nie udało się wziąć wszystkiej żywności. Ze szczegółowych notatek Ojca sporządzonych z pamięci już w miejscu deportacji wynika, że pozostawiliśmy w domu: 700 kg ziemniaków, 300 kg mąki żytniej, 80 kg kapusty kiszonej, 35 kg buraków, 25 kg marchwi, 10 kg cebuli, 20 konserw jarzynowych, 5 litrów miodu, 4 litry wina. Wino było własnej produkcji z czarnych jagód i Ojciec w czasie pakowania naszych rzeczy pozwolił częstować się winem wszystkim obecnym. Nawet ja, chłopiec jedenastoletni, dostałem zezwolenie na parę łyków, ale nie wyszło mi to na zdrowie - być może łyków było więcej niż parę - w rezultacie wkrótce zacząłem „oddawać” to co wypiłem. Ponieważ Ojciec prowadził w domu biuro związane z funkcją leśniczego jak również miał gotówkę służbową, więc sporządził odpowiedni protokół, który przekazał oficerowi NKWD wraz z kwotą 1612 rubli i uzyskał od niego pokwitowanie.
To co pozostawiliśmy z wyposażenia domu stanowiło dorobek życia rodziny i zostało to przez najeźdźców ze wschodu skonfiskowane. Również pozostawione artykuły spożywcze były bardzo cenne w tych czasach, kiedy sklepy po przybyciu Rosjan były puste, a w mieście pojawiły się długie kolejki po sól, cukier i inne artykuły. Deportacje wiązały się ze zorganizowanym rabunkiem mienia ludzi wysiedlonych i mienie to wpadło w ręce osobników, którzy się bogacili w ramach stosowanego bezprawia. Co się stało z naszymi rzeczami pozostawionymi w domu nie wiadomo. Pan Ciepłowski, sąsiad z ulicy Wileńskiej, z którym Ojciec korespondował podczas naszego pobytu w rejonie Morza Białego, nie był w stanie nic konkretnego na ten temat powiedzieć.
Przed wojną Ojciec lokował oszczędności głównie na książeczkach PKO. Przedstawiciel władzy dokonujący naszej wywózki nie pozwolił ojcu wziąć żadnych dokumentów i w ten sposób pozostało w biurku pięć książeczek PKO na łączną kwotę 11500 zł oraz akcje, czeki i weksle na kwotę 2500 zł (w sumie stanowiło to równowartość czterech rocznych pensji leśniczego). Władze powojenne nie zwróciły oszczędności zdeponowanych w Powszechnej Kasie Oszczędności, także w wyniku wojny dorobek całego życia Ojca przepadł, z wyjątkiem działki budowlanej kupionej w 1936 r. w Skarżysku Kamiennej, która wyszła obronną ręką z zawieruchy wojennej.
Pakowanie rzeczy się zakończyło i Ojciec zaczął nosić większe pakunki na stojące przed domem sanie, a inne drobniejsze rzeczy nosiliśmy razem z Mamą. Sanie ruszyły o godzinie 12. w kierunku miasta, a następnie w kierunku Dworca Centralnego odległego od naszej ulicy Wileńskiej około trzech kilometrów. Na dworcu zobaczyliśmy stojący pociąg towarowy składający się z dużej ilości wagonów. Pociąg był obstawiony wojskiem i do poszczególnych wagonów ładowano ludzi z bagażami. Były to polskie wagony kolejowe wyposażone w piętrowe prycze z desek, które umożliwiały spanie większej ilości osób. Załadowaliśmy się do jednego z wagonów, gdzie byli już jacyś ludzie. Na środku wagonu był żelazny piecyk, z boku był zrobiony otwór w podłodze z obudową z drewna i to miał być ustęp. Wagon miał wielkie drzwi przesuwane, które były od zewnątrz zamykane i ryglowane przez konwojentów - od wewnątrz nie można było ich otworzyć. Przez prostokątne okna wentylacyjne, umieszczone blisko dachu, można było z górnej pryczy spoglądać w dół i wtedy widziało się skrawek ziemi obejmujący zaledwie kilka metrów od wagonu. Do wagonu załadowano około 30 osób. Jak się okazało wielki problem był z tym ustępem, bo gdy ludzie zaczęli się tam załatwiać, to przy 25-stopniowym mrozie wszystko zamarzło na kamień. Ale zaradni mieszkańcy naszego wagonu próbowali to wszystko odetkać rozgrzewając na ogniu w piecyku jakiś długi pręt żelazny i tym prętem udawało się trochę udrożnić ważne urządzenie sanitarne.
Przez dwa dni pociąg jeszcze stał na stacji i w tym czasie prawdopodobnie doładowywano kolejnych ludzi zwożonych z powiatu wołkowyskiego. Dopiero 12 lutego pociąg ruszył, a w naszym wagonie nikt nie miał pojęcia, dokąd jedziemy. Następnego dnia dojechaliśmy do Baranowicz, miasta położonego około 120 km na wschód od Wołkowyska. W Baranowiczach skończyła się nasza podróż polskim wagonem towarowym i dalsza podróż miała się odbywać sowieckim pociągiem towarowym po szerokich torach, które już zostały przedłużone do Baranowicz od dawnej granicy ze Związkiem Sowieckim. W naszym wagonie była starsza pani w wieku około 70 lat, po którą przyjechał ktoś z rodziny do Baranowicz, gdyż uzyskał zgodę na wycofanie krewnej z deportacji, ale pani ta nie wyraziła na to zgody, gdyż wolała pozostać przy najbliższej rodzinie, z którą została zabrana z domu. Po przyjeździe na miejsce zesłania ta starsza pani szybko zmarła.
Postój w Baranowiczach trwał aż pięć dni i dopiero 18 lutego przesiedliśmy się do eszelonu sowieckiego, bardziej przygotowanego do przewozu ludzi i pociąg ruszył na wschód. Zaletą tych sowieckich wagonów towarowych było to, że wagony były wyposażone w dwa małe oszklone okna, które można było przesuwać i wyglądać przez nie na zewnątrz i które oświetlały wnętrze wagonu. Środek wagonu na szerokości przesuwanych drzwi stanowił wspólną przestrzeń, na której znajdował się żelazny piec. Przez okna mogli wyglądać tylko lokatorzy zajmujący górne prycze, a ci z dolnej pryczy musieli siedzieć w półmroku, ale mieli za to cieplej, bo żelazny piecyk stał na podłodze wagonu i intensywniej ich grzał. Myśmy trafili na górną pryczę z oknem, dzięki czemu mieliśmy lepszy kontakt ze światem zewnętrznym. Z piecyka, który miał jedną fajerkę i w związku z czym można było na nim postawić tylko jeden garnek, korzystały w kolejności poszczególne rodziny. Przy piecyku był ciągły ścisk, gdyż trzeba było gotować dla 30 osób zupę lub kaszę, a także wodę na herbatę. Mój brat, Zbyszek, wpadł na dobry pomysł, by poza kolejnością korzystać z piecyka, a mianowicie rozrabiał niezbyt gęste ciasto i przyklejał do zewnętrznej obudowy rozgrzanego piecyka i wypiekał poza obowiązującą kolejnością bardzo dobre placki.

W naszym transporcie z Wołkowyska znajdowało się według oficjalnych danych 1818 osób1. Przyjmując, że norma zagęszczenia w jednym wagonie wynosiła 30 osób, można oszacować, że pociąg składał się, łącznie z wagonami konwojentów, z około 65 wagonów. Konwojowani byliśmy przez żołnierzy Wojsk Konwojowych NKWD. Wagony były zamykane przez konwojentów od zewnątrz, a w czasie postoju pociągu były po kolei otwierane, by ludzie mogli załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Padała wtedy komenda: Dawaj pod wagon! Co oznaczało, że należy wyjść z wagonu i się na zewnątrz załatwić. Choć dosłownie tłumacząc komendę, “pod wagon!” oznaczało, że należało się załatwiać pod wagonem. To jednak mogło być ryzykowne, gdyby pociąg nagle ruszył, ale i miejsca pod wagonem dla kucającego tam człowieka dorosłego było za mało. Praktycznie wszystko odbywało się obok wagonu. W podróży od czasu do czasu otrzymywaliśmy przydział chleba, co miało miejsce na większych stacjach i wówczas konwojent wołał: Dawaj dwa czełowieka za chlebom (dawajcie dwóch ludzi po chleb)! Również często padała komenda: Dawaj dwa czełowieka za wadoj (dawajcie dwóch ludzi po wodę)! Oprócz chleba i wody dostaliśmy również w czasie naszej podróży parę razy ciepłą zupę.
Jechaliśmy na wschód zatrzymując się na nieco dłuższy postój w Mińsku, Orszy, Smoleńsku, Wiaźmie, Możajsku i dotarliśmy do Moskwy. W Moskwie padła komenda: Dawaj pad wagon!, ale pociąg zatrzymał się gdzieś z dala od centrum i gdy wyszliśmy z wagonu, stolicy potężnego imperium prawie nie widzieliśmy. W Moskwie zmieniliśmy kierunek na północny i pojechaliśmy przez Jarosław, Wołogdę, w kierunku Archangielska. Zatrzymaliśmy się na stacji Oboziersk, gdzie linia kolejowa miała odgałęzienie w kierunku północno-zachodnim. W Oboziersku na stacji stał eszelon pełen wojska. Żołnierze pytani przez naszych Polaków, gdzie oni jadą, nie chcieli odpowiadać. Nic dziwnego - obowiązywała ich tajemnica wojskowa. Z pewnością były to ruchy wojska związane z frontem fińskim. Wojna ZSRR z Finlandią toczyła się od 30 listopada 1939 r. do 13 marca 1940 r., a nasze spotkanie z tym wojskowym eszelonem miało miejsce około 27 lutego. Potwierdzenie tego, że w tym czasie tą linią kolejową transportowano wojsko znalazłem w Meldunku z 27.02.1940 r. przesłanym do Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych tow. Berii. Meldunek ten brzmiał: „Transport nr 4082 zatrzymano po drodze rankiem 26.02.1940 r. na stacji Jemca, około 80 km od miejsca przeznaczenia ze względu na brak możliwości rozładunku na stacji Obozierskaja zajętej przez eszelony wojskowe”2. Z Obozierska nasz transport pojechał w kierunku północno-zachodnim jeszcze około 50 km do końcowej stacji Kodino. Tu linia kolejowa się kończyła i tu również skończyła się nasza jazda koleją, chociaż nie był to koniec podróży. Jak sobie przypominam, Kodino było sporą osadą położoną wśród tajgi, o zabudowie rozrzuconej na przestrzeni kilkuset metrów, otoczoną wokół zaśnieżonym lasem świerkowym. W Kodinie kończył się pierwszy już zbudowany odcinek linii kolejowej, która miała połączyć główną linię Moskwa - Archangielsk z odległym o 400 km Biełomorskiem, a ten miał dalsze połączenie kolejowe z niezamarzającym portem na Półwyspie Kola - Murmańskiem. Wówczas nie wiedzieliśmy, że w Kodinie znajduje się duży łagier, którego więźniowie, gdy zniknie śnieg, przystąpią do dalszej budowy linii kolejowej do Biełomorska.

W Kodinie pozostawaliśmy w wagonach przez dwa dni. Dopiero drugiego dnia wieczorem kazali nam się wyładowywać. Nadjechała spora ilość sań zaprzężonych w konie, powożonych przez furmanów, na które zaczęliśmy w kolejności wsiadać. I następnie pojechaliśmy na noc w nieznanym kierunku. Nasz izwoszczik sprawnie powoził saniami, ale - jak pamiętam - miał niewyczerpany zasób przekleństw, którymi zachęcał konia do szybkiej jazdy. Koń był dość inteligentny i właściwie rozumiał treść rzucanych wiązanek. Po północy, po przejechaniu około 35 km, dojechaliśmy do wsi, w której mieliśmy zanocować. Wieś się nazywała Wierchowje, gdzie się zatrzymaliśmy i gdzie nas wszystkich rozlokowano rodzinami w wiejskich chatach. Były to chaty drewniane, jednoizbowe. Izba mieszkalna była usytuowana na piętrze, wchodziło się do niej się po schodach, a na parterze były jakieś pomieszczenia gospodarcze. Nasza chaziajka (gospodyni) była kobietą w średnim wieku, była dla nas sympatyczna, częstowała nas herbatą z leśnych suszonych jagód. Bardzo jej smakowały nasze konfitury z wiśni jako dodatek do herbaty. Owszem, miała również cukier do zagryzania, to znaczy cukier łupany, w twardych nieforemnych kawałkach, którym się nie słodziło, ale zagryzało pity czaj, czyli herbatę. W związku z tym, że mieszkańcy wsi zostali zobowiązani do przyjęcia na kwaterę Polaków otrzymali oni jako zapłatę od władz jeden litr nafty do oświetlenia chałupy oraz niewielki przydział cukru. Były to ostatnie dni lutego, zima mocno trzymała, wioska była pokryta ponad metrową warstwą śniegu. Przez wioskę przepływała spora rzeka Mudiuga skuta grubą warstwą lodu. Ale duża część rzeki w rejonie wsi była odśnieżona i były tam zrobione przeręble, z których ludzie brali wodę. Po trzech tygodniach zamknięcia w wagonie z wielką przyjemnością ślizgałem się na lodzie w części rzeki, gdzie śnieg został odgarnięty.
We wsi Wierchowje byliśmy trzy dni i czwartego dnia, a był to dzień 4 marca 1940 r., podstawiono sanie - podwody, na które załadowaliśmy się z rzeczami i pojechaliśmy w dalszą drogę. A koniec naszej podróży był bliski, bo zaledwie kilkanaście kilometrów przez tajgę dzieliło nas od miejsca stałego pobytu. Dotarliśmy do osady leśnej zwanej w oficjalnej terminologii władz NKWD specposiołkiem Nr 68 (specjalną osadą) o nazwie Szomboziero, a nas nazwano specpieresielencami, czyli specjalnymi przesiedleńcami. Osada ta była położona nad jeziorem Szomboziero i swoją nazwę zapożyczyła od nazwy jeziora. A jezioro było dość duże, gdyż miało długość około kilometra, a szerokość do trzystu metrów i było położone wśród tajgi. W momencie naszego przyjazdu jezioro było zamarznięte i pokryte grubą warstwą śniegu, a po zachodniej stronie jeziora wzdłuż brzegu stało w rzędzie kilkanaście baraków, a w tej liczbie kilka baraków mniejszych rozmiarów, w których mieściły się stołówka, bania, czyli łaźnia, sklep i piekarnia. Był też na uboczu barak, w którym mieszkał komendant specposiołka i dwaj jego pomocnicy (milicjanci) jak również sprzedawca zatrudniony w sklepie oraz kilku innych pracowników. W odrębnym obiekcie mieściła się stajnia dla koni. Z naszej grupy pięciuset osób, które przyjechały saniami z Wierchowja, znaczna część wyładowała się w Szombozierze, ale nie wszyscy, gdyż mniejsza część w liczbie kilkudziesięciu osób pojechała dalej jeszcze dwa kilometry i znalazła się w małej osadzie o nazwie Szestoje Katiszcze. Nazwę tę można przetłumaczyć: Punkt Załadunku Drewna Nr 6 i nazwa ta miała związek z wcześniejszym wyrębem lasu w tym rejonie i składowaniem drewna przygotowanego do wywózki w tym punkcie. Tak się złożyło, że moja rodzina znalazła się w grupie skierowanej do Szóstego Katiszcza i tam zostaliśmy dowiezieni przez naszego przewoźnika. W naszej osadzie - na Katiszczu - jak się przyjęło w skrócie nazywać tę miejscowość - były tylko dwa baraki mieszkalne oraz dwa mniejsze baraki, z których w jednym mieściła się bania, czyli łaźnia, a w drugim stołówka. Przy jednym z baraków znajdowała się rampa będąca konstrukcją drewnianą, która przed naszym przybyciem do Katiszcza służyła do załadunku kloców drewna. Po przybyciu na miejsce wyładowaliśmy rzeczy z sań i następnie zajęliśmy wskazane nam miejsce w jednej z izb baraku nr 1 (numeracja baraków na mapie, str. 34). Wraz z nami do tej izby dostały przydział jeszcze dwie rodziny. Izba ta miała jeden piec tzw. chlebowy oraz trzy łóżka z siennikami, po jednym łóżku dla każdej rodziny. W tej izbie znalazło się nas czternaście osób: moja rodzina pięcioosobowa, również pięcioosobowa rodzina Stefana Kolanowskiego, leśniczego spod Wołkowyska, z żoną i dwoma synami - piętnastoletnim Ireneuszem i czternastoletnim Janem oraz dziesięcioletnią córką i trzecia rodzina p. Chmielewskiego z żoną, dwudziestoparoletnią córką i osiemnastoletnim synem. Chmielewski był osadnikiem wojskowym i podobnie jak mój Ojciec byłym legionistą. Warunki egzystencji przy tak dużym zagęszczeniu były trudne, ale do ścisku zdążyliśmy się przyzwyczaić podczas dwudziestu dni przebywania w zamkniętym wagonie. A panowie przy piecu ostro dyskutowali na tematy polityczne, przy czym najbardziej radykalny w dyskusji był Chmielewski. Z Bachmińskiego obydwaj panowie się często śmiali, że nie umie rąbać drewna do palenia w piecu i przy rąbaniu wykonuje jakieś nadmierne dziwne ruchy ciałem. Wyraźnie nie miał talentu do pracy fizycznej. Ale obowiązywała zasada, że mężczyźni na zmianę zajmują się paleniem w piecu i każdy musiał swoją porcję drewna narąbać.

Baraki, w których zamieszkali Polacy, zarówno na Katiszczu jak i w Szombozierze były zbudowane przez Ukraińców deportowanych w okresie represji stosowanych przez władzę sowiecką wobec kułaków i innych wrogów ludu w latach trzydziestych. Ukraińcy opuścili te baraki przed naszym przyjazdem, ale co się z tymi ludźmi stało nie można było się dowiedzieć - gdzieś się rozproszyli. Nie znaczy to, że tych Ukraińców wycofano całkowicie z tego rejonu. Z danych statystycznych wynika, że w obwodzie archangielskim według stanu na dzień 1 października 1940 r. przebywało 40130 tzw. trudposielenców, czyli ludzi przymusowo przesiedlonych do pracy w ramach represji stosowanych wobec własnych obywateli. Było tych ukraińskich osiedleńców nieco mniej niż ilość deportowanych obywateli polskich osiedlonych w obwodzie archangielskim, których liczba w roku 1940 wyniosła około 55 tysięcy osób3.
Z moich obserwacji wynika, że wśród nas, ludzi deportowanych, nie wszyscy byli zamożni i dobrze sytuowani. W naszym baraku mieszkała rodzina, w której było dwóch chłopców nieco młodszych ode mnie i chłopcy ci nie mieli butów, a chodzili w łapciach. Łapcie były to zrobione z kory drzewa, coś jakby sandały, odpowiednio splecione. W łapciach w przedwojennej Polsce chodzili najbiedniejsi ludzie mieszkający na Polesiu. W marcu 1940 roku na Katiszczu były jeszcze silne mrozy, a moi koledzy chodzący w łapciach jednak sobie nóg nie odmrozili. Ludziom zamożnym łatwiej było tu przetrwać, gdyż mogli ze sobą wziąć w czasie wywózki rzeczy osobiste, które można było tu sprzedać i uzyskać pieniądze niezbędne do przeżycia. Natomiast ci biedniejsi, którzy nie mieli co sprzedać, a żyli tylko z niskich zarobków zazwyczaj jednej osoby pracującej w wieloosobowej rodzinie, szybko znajdowali się w sytuacji krytycznej. Zarobek nie wystarczał na fizyczne przeżycie rodziny.
Po przyjeździe do Katiszcza, po paru dniach wszyscy dorośli zostali zmobilizowani do pracy. W pobliżu naszego baraku znajdował się obszar, gdzie rozpoczęto wycinkę lasu. Duża grupa mężczyzn została przydzielona do tej pracy i była podporządkowana Rosjaninowi - dziesiętnikowi, wykwalifikowanemu lesorubowi (robotnikowi leśnemu). Dostali oni piły i siekiery, a Rosjanin pokazywał im jak się ścina drzewa. Uczestniczyłem w tej robocie jako obserwator przez kilka dni i zauważyłem, że niektórzy Polacy robili szybkie postępy w zdobywaniu kwalifikacji robotnika leśnego. Ale mistrzem w tej robocie był ten diesiatnik, który piłą kabłąkową w pojedynkę za jednym podejściem ścinał wielki świerk. Część naszych ludzi uczyła się ścinania, a inni zajmowali się obcinaniem gałęzi, cięciem ściętych świerków na krótsze odcinki, a także stawianiem metrów. Stawianie metrów polegało na tym, że dwie osoby piłą dwuręczną cięły ścięte drzewo na odcinki o długości jednego metra, a następnie te metrowe kloce układały jeden na drugim do wysokości jednego metra tworząc zespoły długości od jednego do kilku metrów. To drewno służyło na opał, a długie odcinki były transportowane do zakładów przemysłu drzewnego do dalszej przeróbki, lub też na miejscu mogły być wykorzystane do budowy baraków mieszkalnych. Nasi ludzie nie mieli odpowiednich ubrań roboczych ani ciepłych butów do pracy pod gołym niebem na mrozie i przy często padającym śniegu. A Rosjanin, ten diesiatnik, był ubrany wzorowo: miał na głowie czapkę uszatkę, nosił watowaną fufajkę i watowane spodnie, na nogach miał walonki z twardego wojłoku a na dłoniach ciepłe rękawice. Wielu naszych, nie mając ciepłych ubrań i butów, odmroziło sobie ręce i nogi i było potem niezdolnych do dalszej pracy.

Wszyscy dorośli i młodzież powyżej szesnastu lat mieli obowiązek pracować fizyczne. Specposiołek był obozem pracy przymusowej. Z obowiązku pracy mogli być zwolnieni tylko chorzy lub kobiety mające pod swoją opieką większą liczbę dzieci. Mieliśmy w Szombozierze punkt medyczny, gdzie zwolnienia chorobowe dawała pracownica tego punktu fieldszerica (felczerka). Zwolnienia były wypisywane na małym świstku papieru odręcznie, ale opieczętowane pieczęcią okrągłą z napisem: Archangielskaja Obłast Oneżskij Rajon. Miedpunkt Nr 1. Polak uchylający się od pracy, a nie mający zwolnienia z Punktu Medycznego, mógł być sądzony za proguł (za absencję nieusprawiedliwioną). Sąd się odbywał na Bazie, to jest na odcinku robót nad rzeką Onegą w odległości 20 km od Szomboziera, gdzie pracowało większe zgrupowanie naszych rodaków przy spławianiu drzewa. Był to sąd rejonowy (powiatowy), który przyjeżdżał z odległego o 35 km miasta Onegi i na sesji wyjazdowej rozpatrywał wniosek o ukaranie, złożony przez komendanta posiołka i skazywał oskarżonego w oparciu o przepisy Dekretu Prezydium Rady Najwyższej. Taki sąd odbył się nad Jadwigą Wróblewską, której zarzucono niestawienie się do pracy bez odpowiedniego usprawiedliwienia. Ale wyszła ona z tego procesu obronną ręką, gdyż sąd uwzględnił zaświadczenie od felczerki stwierdzające, że córka pani Wróblewskiej była chora i matka musiała się nią opiekować. Zgodnie z Dekretem za nieobecność w pracy oraz uchylanie się od pracy groziło 6 miesięcy robót poprawczych w miejscu zatrudnienia z potrąceniem 25 proc. zarobku lub 2 do 6 miesięcy więzienia.
Dyscypliny pracy pilnował u nas komendant Popow, a gdy Popowa odwołano - jego następca Nikołajenko wraz z dwoma umundurowanymi pomocnikami: Jewsiejewem i Gusiewem, którzy chodzili po barakach i sprawdzali czy wszyscy wyszli do roboty. Warto dodać, że byli oni materialnie zainteresowani w wyciskaniu dyscypliny pracy, bowiem koszty utrzymania Komendantury posiołkowej oraz Komendantury Rejonowej znajdującej się w mieście Onedze były pokrywane z comiesięcznych potrąceń 10 proc. zarobków ludzi deportowanych. Potwierdzenie tej zasady znajduję w Książeczce Obrachunkowej mojego Ojca, gdzie od każdej wypłaty wynagrodzenia potrącono te 10 proc.
Mieszkańcy posiołka nie mieli prawa bez zezwolenia opuszczać swego miejsca zamieszkania lub miejsca pracy. Jeśli zaszła taka potrzeba niezbędna była przepustka wystawiona przez Komendanturę lub przez przedstawiciela rejonowego NKWD, gdy zainteresowany pracował poza posiołkiem. Ale w rzeczywistości mogliśmy się przemieszczać bez przepustki między naszymi dwoma posiołkami Szombozierem i Katiszczem, a także do stacji kolejowej Głazanicha jak również chodzić po lesie i zbierać jagody. By pójść do najbliższej wioski Wierchowje, odległej od Katiszcza o 15 km, gdzie można było kupić ziemniaki i inne warzywa, konieczna była przepustka, ale przepustki takiej komendant nie dawał.
Zima 1940 r. szła ku końcowi, a śnieg, który miał grubość półtora metra zaczął wolno topnieć i osiadać. Po takim osiadającym śniegu można było chodzić po powierzchni nie zapadając się, gdyż śnieg osiadając był coraz bardziej zagęszczony i utrzymywał ciężar ciała człowieka. Ale wkrótce, gdzieś w połowie kwietnia, ruszyły roztopy. Mała rzeczka wypływająca z jeziora Szomboziera, nosząca nazwę Szombruczej, a przepływająca przez Katiszcze, zamieniła się w czasie roztopów w rwącą rzekę zasilaną wodą z topniejącego śniegu.
Gdy zima ustąpiła ludzie z Szomboziera i Katiszcza byli kierowani do różnych prac związanych z wyrębem lasu, spławianiem dłużyc drewna rzeką Onegą w kierunku Morza Białego, a także ruszyły w wielkim tempie roboty związane z budową linii kolejowej z Kodina do Biełomorska i część naszych rodaków znalazła zatrudnienie przy budowie tej linii. W 1940 r. zbudowano odcinek 50-kilometrowy z Obozierska do Kodina i pozostało do wykonania jeszcze 350 km do Biełomorska. Gdy wyrosła trawa na łąkach, ludzie nasi znajdowali zajęcie przy sianokosach. Ta praca była uważana za najlżejszą, nie wymagającą dużego wysiłku i dlatego kierowano do niej ludzi starszych i kobiety. Ale była to praca sezonowa i można było ją szybko stracić, a równocześnie praca ta była słabo wynagradzana, bo się otrzymywało 3 ruble za dniówkę.
A na Katiszczu przystąpiono do budowy trzeciego baraku mieszkalnego. Widocznie komendant uznał, że zagęszczenie w istniejących barakach jest nadmierne i odbiega od obowiązującej normy 3 metrów kwadratowych na osobę. Budowa ruszyła w dużym tempie. Mieliśmy wśród naszych ludzi z Katiszcza takich, którzy się znali na tej robocie, więc barak rósł w oczach i gdzieś w maju 1940 roku był gotowy do zamieszkania. Barak był wybudowany w takim stylu jak stare baraki, to jest z okrągłych bali świerkowych, okorowanych, układanych jeden na drugim. Bale były na styku ociosane na płasko, by mogły przylegać do siebie na całej długości, a miejsca przylegania utykano mchem, tak by nie było prześwitu, co też dawało lepszą izolację cieplną. Barak miał dach dwuspadzisty i niewielkie okna z szybami. Do tego baraku przeniesiono część ludzi z istniejących dwóch starych baraków, w których było największe zagęszczenie jak również przerzucono na Katiszcze trochę ludzi z Szomboziera, bo tam w istniejących barakach też było ciasno.
Tak się złożyło, że moja rodzina uzyskała przydział na zamieszkanie w tym nowym baraku, a Kolanowscy i Chmielewscy pozostali na starym miejscu, czyli w baraku nr 1. Nasz nowy barak miał jedno wejście środkowe i dwa wejścia boczne do izb mieszkalnych. W sumie w baraku było dwanaście izb mieszkalnych. Na sąsiadujące ze sobą trzy izby przypadał wspólny piec usytuowany we wspólnej sieni, służący do ogrzewania i do gotowania. Gotowało się wstawiając garnek na palenisku na rozżarzonych węglach. Ale przy gotowaniu nie było ścisku, bowiem zapasy żywnościowe przywiezione z Polski szybko się wyczerpały i nie było co gotować, a w sklepie znajdującym się w Szombozierze można było kupić tylko chleb na kartki, sól i naftę do oświetlenia. Nie można było dostać tam ani kaszy, ani mąki, ani oliwy i trzeba było się zdać na posiłki ze stołówki.
Nasza izba była oddzielona od izb sąsiednich przepierzeniem z cienkich desek sięgającym do wysokości około dwóch metrów, a powyżej była przestrzeń niezabudowana na odległość pół metra, nad którą był sufit z desek, a powyżej sufitu był spadzisty dach. Przez cienkie przepierzenie było wszystko słychać, co się dzieje i mówi u sąsiadów, a co było najgorsze, że w tym wspólnym przepierzeniu znajdowały się pluskwy, które były nie do zniesienia w nocy. W naszej izbie, która miała powierzchnię około 15 metrów kwadratowych było małe okno z widokiem na rzeczkę i na trasę traktorową wykonaną z ułożonych na mokrym podłożu w poprzek drogi cienkich pali. W czasie naszego tam pobytu trasa traktorowa była nieczynna, ponieważ eksploatacja tajgi w tym rejonie została zakończona.
W naszej izbie był prymitywny drewniany stół, ława do siedzenia oraz w rogu było miejsce do spania, gdzie na noc układało się z desek pryczę, na której układało się siennik wypchany sianem i cała rodzina kładła się obok siebie. Oprócz tego była mała ławeczka przy ścianie służąca do siedzenia dla jednej osoby, na której zazwyczaj siedział Tato, w okresie, gdy był niezdolny do pracy i przebywał w domu. Obok nas mieszkali Tereszkowie. On, blisko sześćdziesiątki, wysoki i bardzo szczupły człowiek, z zawodu - jak się przedstawił - gorzelan, czyli pracownik gorzelni. Żona była znacznie młodsza od niego i mieli siedemnastoletnią córkę. Gdy minęła zima 1940 r., wszyscy troje chodzili do pracy, przeważnie na sianokosy. Często pracowali razem we trójkę lub matka razem z córką, a ojciec oddzielnie. Praca przy sianokosach nie była ciężka, ale wymagała specjalnego zabezpieczenia głowy przed meszkami, które na tych podmokłych łąkach okrutnie cięły po odkrytych częściach ciała. Tereszko często wracał z pracy wcześniej niż żona z córką. Ponieważ był głodny, to wstawiał do naszego wspólnego pieca spory garnek z wodą, zagotowywał wodę i do wrzątku wrzucał pokrojone kostki chleba. To danie nazywał kapłunkiem. Jako pracujący otrzymywał 800 gramów chleba, więc z części przydziału chleba robił taki posiłek regeneracyjny. Kaloryczność takiego kapłunka była niewielka i nie wyrównywał on utraconych w pracy kalorii. Gdyśmy szli spać na rozłożonej pryczy, nasze głowy przylegały do przepierzenia, za którym były głowy Tereszków. Nie było dużej zgody między nimi, często okładali się poduszkami. Zazwyczaj była koalicja matki z córką przeciwko ojcu. Najgorsze było to, że w naszym wspólnym przepierzeniu roiło się od pluskiew i trudno było zasnąć. Często przed zaśnięciem zapalaliśmy lampę naftową i zaczynało się polowanie na pluskwy, które przy świetle były widoczne i Mama przy pomocy metalowego szydełka je uśmiercała. Pluskwy były również między deskami sufitu i gdy ludzie spali, pluskwy spadały z góry na śpiących. Ja tych spadających pluskiew nie widziałem, ale wszyscy mówili, że faktycznie pluskwy przyswoiły sobie takie umiejętności.
W trzecim pomieszczeniu obok Tereszków zamieszkała rodzina Palińskich. Była to rodzina z dużą ilością dzieci - wówczas nie potrafiłem ich wszystkich policzyć. Faktycznie było ich tam dziewięcioro, to jest rodzice i siedem córek w wieku od dwóch do trzynastu lat. Ponieważ Paliński sam pracował, a żona zajmowała się dziećmi, nie mógł on zarobić tyle, żeby przynajmniej wykupić przydział chleba i kaszę lub zacierkę w stołówce, więc dzieci zaczęły umierać. Z głodu umarło pięć córek. Pamiętam śmierć jednej z nich, jedenastoletniej, którą ułożono w naszej sieni w odkrytej trumnie zbitej z desek, a mocno przykuły moją uwagę wszy chodzące po twarzy martwego dziecka. Taki obraz nie ulega szybko zatarciu w pamięci. Trzeba dodać, że Palińscy na zsyłce spłodzili jeszcze jedną córkę. W Szombozierze mieszkało jeszcze troje dorosłych dzieci Palińskiego z pierwszego małżeństwa, a mianowicie dorosła dziewczyna i dwóch chłopaków w wieku 18 i 20 lat. Ci dwaj młodzieńcy pracowali w lesie bardzo wydajnie i zdobyli sławę jako „stachanowcy”, czyli przodownicy pracy. Dobrze zarabiali i przysługiwały im specjalne przydziały żywnościowe takich artykułów jak: cukier, cukierki, olej i może coś jeszcze. Komendant posiołka stawiał ich za wzór innym jak należy pracować, ale nie mieli oni wielu naśladowców.
Chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej rodzinie mieszkającej w naszym baraku. Była to rodzina Matiasów. Zostali oni wywiezieni z osady Kobylaki położonej kilkanaście kilometrów od Wołkowyska. On był gajowym w Nadleśnictwie Wołkowyskim. Rodzina Matiasów składała się z siedmiu osób, a między innymi był tam dziesięcioletni chłopiec Bolek, z którym miałem kontakty koleżeńskie oraz dwie ośmioletnie bliźniaczki, które się bawiły z moją sześcioletnią siostrą Hanią. Bolek zmarł na dyzenterię w pociągu w październiku 1941 r. w czasie naszej podróży do Kazachstanu. Matias często rozmawiał z moim Ojcem i ja się tym rozmowom przysłuchiwałem. Jedna z tych rozmów była taka: - Panie leśniczy, powinniśmy spróbować stąd uciec do Polski. Weźmiemy ze sobą kosze z jakimś jedzeniem i pójdziemy w las aż dojdziemy do naszych domów w Polsce. Nie wiem, czy mówił serio czy tylko chciał usłyszeć opinię mego Ojca na ten temat. Ojciec oczywiście ocenił ten pomysł jako niemożliwy do zrealizowania, bowiem do Wołkowyska było 2000 km. Ale Matias widocznie z tym pomysłem ucieczki szerzej się obnosił i musiało to dotrzeć do Komendantury, bo Matias został aresztowany. Matiasa aresztowano, ale nie został on skazany i wrócił po jakimś czasie do domu.
W naszym baraku zamieszkało również małżeństwo Pereszczaków. Byli to ludzie w podeszłym wieku i nie nadawali się absolutnie do ciężkiej pracy fizycznej w lesie, a nie pracując nie mieli pieniędzy na życie i była perspektywa, że szybko umrą z głodu. Komendant, by się pozbyć kłopotu, załatwił dla Pereszczaków miejsce w prijutie, czyli przytułku. Pereszczakowie pojechali do tego prijutu, a jak długo tam przeżyli nikt nie wie, bo nie było od nich żadnych wiadomości. Prawdopodobnie zostali oni umieszczeni w specjalnym Domu Inwalidów w rejonie pineskim, 200 km na wschód od Archangielska, dokąd kierowano ludzi starych i inwalidów z całego obwodu archangielskiego.
Po wyjeździe Pereszczaków, do izby opuszczonej przez nich wprowadziła się pani Jadwiga Wróblewska, którą przeniesiono z Szomboziera do Katiszcza. Moja Mama zaprzyjaźniła się z panią Jadwigą, która miała dwoje dzieci - dziesięcioletnią córkę Irenkę i pięcioletniego syna Mariana. Pani Jadwiga pochodziła spod Wołkowyska z miejscowości Józefowo, gdzie miała z mężem spore gospodarstwo rolne, z pięknym sadem. Wróblewscy wyróżniali się w okolicy wielkością gospodarstwa i zasobnością domu. Mąż pani Jadwigi był nieobecny w domu w czasie deportacji, gdyż miał informację o planowanej wywózce i wyjechał do Wilna, by tam przeczekać aż zagrożenie minie. Uniknął deportacji, ale w 1943 r., gdy przebywał u siebie w Józefowie został zamordowany w polu przez kogoś z miejscowych, o czym pani Jadwiga dowiedziała się po wojnie, po powrocie do Kraju. Pani Jadwiga często przychodziła do nas, zazwyczaj z synkiem Marianem, na pogawędkę. Marian już umiał nieźle czytać i popisywał się czytaniem z Elementarza dla pierwszej klasy, a także deklamował wiersze. Jego mama była zachwycona, że synek jest taki utalentowany. Córka, Irenka, po rozpoczęciu roku szkolnego zaczęła chodzić do szkoły do Szomboziera.
Kilka razy odwiedzał nas na Katiszczu pan Józef Korzeniowski, leśniczy spod Wołkowyska, mieszkający w Szombozierze, przynosił jakieś książki i rozmawiali z Ojcem o sprawach bieżących. Pan Korzeniowski charakteryzował się wysokim wzrostem i był człowiekiem uczynnym. Zasługuje on na moją wdzięczność, gdyż bardzo nam pomógł w biedzie, gdyśmy byli w Kazachstanie w 1942 r.
Również w Szombozierze mieszkał pan Labocha, z żoną i córką oraz rodzina Rozwadowskich. Wspominam o nich, gdyż spotkaliśmy się z nimi w Kazachstanie po opuszczeniu naszego posiołka. Labocha, który był z zawodu leśniczym, odwiedził mego Ojca na Katiszcu kilka razy. O panu Labosze opowiadano, że przed wojną wzbogacił się wygrywając proces ze szpitalem o odszkodowanie. Był on słabego zdrowia i gdy zachorował trafił do szpitala, gdzie stan jego zdrowia na tyle się pogorszył, że lekarz pomyłkowo stwierdził zgon pacjenta. Odstawiono go do kostnicy, ale pacjent nie umarł, odzyskał świadomość, wszczął alarm i z powrotem wzięto go na izbę chorych. Gdy wyzdrowiał, pozwał szpital o odszkodowanie za dodatkowe cierpienie i straty moralne związane z pobytem w kostnicy. Podobno zasądzono na rzecz niedoszłego nieboszczyka spore odszkodowanie. Labocha na posiołku prawie nie pracował, powołując się na zły stan zdrowia, ale też musiał mieć dużo rzeczy do sprzedania, bo w miarę dobrze się odżywiał i w dość dobrym stanie zdrowia znalazł się później razem z nami w Kazachstanie w mieście Dżambule.
Na Katiszczu mieszkał w jednym ze starych baraków człowiek o nazwisku Chajan. To ten, z którego synem często maszerowałem do szkoły w Szombozierze. W Polsce pracował on jako gajowy. Miał wygląd i zachowanie inteligenta. Człowiek ten opowiadał, że przed wojną był komunistą i skarżył się, że został wywieziony przez pomyłkę i miał o to wielki żal do władzy sowieckiej. Chajan chwalił się, że we wrześniu 1939 r. rozbrajał polskich żołnierzy, którzy byli w rozsypce, gdy Sowieci wkroczyli ze wschodu. Nasz nadzorca ze strony komendantury NKWD, Jewsiejew, gdy się dowiedział, że jest wśród nas człowiek deklarujący się jako komunista, kochający Związek Sowiecki, mianował go swoim pomocnikiem - konfidentem nadzorującym Polaków na Katiszczu. Do obowiązków Chajana należało częste odwiedzanie poszczególnych rodzin w barakach i meldowanie Jewsiejewowi o wypowiedziach, czy zachowaniach, które mogły być uznane za wrogie w stosunku do władzy sowieckiej czy ustroju komunistycznego. Chajan rozmawiał z Polakami po rosyjsku, a jego syn, Tolo, też mówił tylko po rosyjsku. Oprócz syna miał on jeszcze córkę, która nosiła rosyjskie imię Raisa i która chodziła do szkoły razem ze mną do tej samej klasy. Chajan często przychodził do nas do baraku, ubrany porządnie, w butach oficerkach i rozmawiał z Ojcem na bieżące tematy. Pamiętam jego częsty charakterystyczny zwrot: panie Bachmiński, ja wam skażu takuju wieszcz (panie Bachmiński, powiem panu taką rzecz). Były to rozmowy spokojne w tonie bez jakichś sporów politycznych. Ojciec wiedział, że ma do czynienia z człowiekiem, który poszedł na współpracę z władzą. Chajan zamiast chodzić do pracy w lesie i tracić zdrowie tak jak wszyscy mieszkańcy naszej osady, korzystał z przywileju niepracowania. Na pewno za swoje zajęcie musiał otrzymywać wynagrodzenie z Komendantury. To, że spośród mieszkańców Katiszcza zostało aresztowanych kilka osób, musiało być zasługą Chajana. Aresztowano Matiasa, a także naszych dwóch współlokatorów z baraku nr 1, z którymi razem mieszkaliśmy na samym początku po przyjeździe, to jest Stefana Kolanowskiego oraz Stanisława Chmielewskiego. Kolanowski dostał wyrok 10 lat pozbawienia wolności za kontrrewolucyjną propagandę i agitację4. Faktycznie Chmielewski był mocno pyskaty i łatwo było znaleźć dowody, że jest wrogiem władzy sowieckiej. Ludzie aresztowani zazwyczaj trafiali do więzienia w Archangielsku i tam czekali na proces i wyrok5.
Komendantura znajdowała się w Szombozierze, a komendantem był początkowo Popow, którego z kolei zastąpił Nikołajenko. Ale dla nas na Katiszczu najważniejszym przedstawicielem władzy był Jewsiejew, który miał pod swoim nadzorem naszą osadę. Był on jednym z dwóch pomocników komendanta specposiołka i miał pełną władzę nad mieszkańcami Katiszcza. Często robił on obchód wszystkich baraków i rozmawiał z mieszkańcami. Nosił mundur funkcjonariusza NKWD i miał rewolwer w kaburze. Był to człowiek dość młody, niezbyt wysoki blondyn, chociaż niektórzy mówili, chyba złośliwie, że jest ryży. Z moim Ojcem sporo rozmawiał w czasie odwiedzin na różne tematy. Ojciec biegle władał językiem rosyjskim, bowiem skończył w Sosnowcu, będącym pod zaborem rosyjskim, Realnoje Ucziliszcze (Średnią Szkołę Realną) z rosyjskim językiem nauczania. Jewsiejew nie ścigał mojej Mamy za to, że nie pracuje. Widocznie przyjął do wiadomości, że do stawiania metrów się ona nie nadaje, a poza tym musi się zajmować trójką dzieci, w tym sześcioletnią córką wymagającą bezpośredniej opieki.
W Mamy książeczce robotnika leśnego znalazłem tylko jeden wpis z maja 1940 roku potwierdzający pracę i wynagrodzenie za 9 dniówek roboczych. Udało nam się zabrać z Polski wysokiej klasy maszynę do szycia, nożną, marki Singer, więc Mama próbowała trochę zarabiać szyjąc coś na tej maszynie na zamówienie dla naszych ludzi. Ale widocznie krawcową nie była najlepszą i zamówienia szybko się skończyły. Jewsiejew pozytywnie ocenił to, że Mama szyje na zamówienie i spytał kiedyś:
- Bachminskaja, wy partnicha (Bachmińska, czy jesteście krawcową)?
- Niet, ja nie partnicha (nie, ja nie jestem krawcową). – odpowiedziała spontanicznie Mama.
Ale to zaprzeczenie wynikało stąd, że Mama nie znając jeszcze rosyjskiego, zrozumiała słowo partnicha jako partaczka i sądziła, że Jewsiejew sobie kpi z jej umiejętności krawieckich. Dopiero po odejściu Jewsiejewa wszystko się wyjaśniło i było trochę śmiechu. Mimo to Jewsiejew pozostał w przekonaniu, że Mama jest krawcową, wykonuje pożyteczną pracę i nie gonił jej do pracy w lesie lub przy sianokosach. Zresztą już w czerwcu 1940 r., po czterech miesiącach od przyjazdu, pojawiły się u Mamy symptomy puchliny głodowej, nastąpiła utrata sił i nie byłaby w stanie iść do żadnej pracy.
Mój Ojciec prowadził od dnia wywózki codzienny raport ważnych zdarzeń. Dzięki temu będę mógł przedstawić przebieg jego pracy od momentu przyjazdu do Katiszcza. Na samym początku otrzymał Książeczkę Rozrachunkową robotnika wydaną przez przedsiębiorstwo Onegales, w której jako miejsce zatrudnienia podano oddział przedsiębiorstwa w miejscowości Karamino. Karamino było wioską położoną nad dużą rzeką Onegą w odległości około 50 km od ujścia tej rzeki do Morza Białego. Przy ujściu rzeki do morza było położone powiatowe miasto Onega, w którym znajdował się rejonowy zarząd NKWD, a temu zarządowi była podporządkowana nasza posiołkowa Komendantura. Do Onegi było z Szomboziera około 55 km, a do Karamina około 20 km. Karamino było dla nas ważną miejscowością, ponieważ był tam urząd pocztowy, przez który otrzymywaliśmy listy, a niektórzy paczki żywnościowe z Polski. W Karaminie mieściła się również baza traktorowa obsługująca cały teren podległy oddziałowi prowadzącemu wycinkę lasu i transport drewna do punków odbioru. W rejonie Karamina znajdował się też odcinek robót zwany Bazą, gdzie odbywały się prace związane ze spławianiem drewna rzeką Onegą w kierunku Morza Białego. Płynące dłużyce drewna były wyciągane na brzeg w miejscowości Porog i tam szły do zakładu przeróbki drewna. Spławianie drewna rozpoczynało się po ustąpieniu lodów, czyli w maju i trwało do października, kiedy Onega zaczynała zamarzać. Ojciec na samym początku, po przyjeździe do Katiszcza, dostał pracę na miejscu: w pierwszym tygodniu przy ładowaniu kloców, w następnym tygodniu przy odgarnianiu śniegu na drodze przy barakach, a w kolejnych dniach przy wycince lasu. Ponieważ nie miał ocieplonych butów umożliwiających wielogodzinne przebywanie na mrozie, doszło do poważnego odmrożenia dużego palca u nogi, w wyniku czego dostał od felczerki zwolnienie od pracy na okres sześciu tygodni. W tym czasie przychodziła do Ojca kilkakrotnie felczerka i robiła mu opatrunki używając do odkażania rany nadmanganianu potasu, co zapamiętałem ze względu na fioletowy kolor tego preparatu. Po zakończeniu zwolnienia chorobowego został skierowany na początku maja 1940 r. do lżejszej pracy, a mianowicie do porządkowania terenu po wyrębie lasu i palenia gałęzi, a następnie pracował razem z trzynastoletnim synem, Zbyszkiem, przy czyszczeniu łąk. Był też okres na przełomie maja i czerwca, kiedy przez trzy tygodnie nie było dla niego roboty i przebywał w domu.
Ale lekka robota szybko się skończyła i w połowie czerwca 1940 r. Ojciec dostał skierowanie do pracy na Bazie, gdzie pracowało większe zgrupowanie Polaków przy spławianiu dłużyc drewna rzeką Onegą. Była to jedna z najcięższych prac i polegała ona na ściąganiu traktorem lub ręcznie wielkich dłużyc drewna na brzeg rzeki i wrzucaniu ich w nurt rzeki. Poza tym Ojciec wykonywał takie prace jak korowanie kloców brzozy i świerka, czyli usuwanie kory z kloców drewna przewidzianych do spławiania. Baza ta mieściła się w miejscowości Karamino odległej od Katiszcza o 20 km. Robotnicy zatrudnieni na Bazie byli zakwaterowani w barakach, na miejscu mieli stołówkę z bardzo nędznym wyżywieniem, a do domu, czyli do Szomboziera lub Katiszcza mogli wrócić w sobotę po robocie idąc pieszo 20 km, natomiast w niedzielę po południu musieli już wracać, by być w poniedziałek rano w pracy. Ojciec wracał do domu tylko raz na dwa tygodnie, bo była to duża odległość, której pokonanie po ciężkiej dniówce roboczej wymagało czterech godzin marszu, a w niedzielę po krótkim wypoczynku, należało przejść ten sam dystans z powrotem. W czasie pracy na Bazie trwającej trzy miesiące, Ojciec nas odwiedził na Katiszczu pięć razy. Pamiętam, że zawsze przychodził ledwie żywy ze zmęczenia. Opowiadał też, że pewnego dnia w stołówce bardzo się zdenerwował, gdy podano kolejny raz owsiankę bez okrasy i wtedy rzucił drewnianą łyżkę o stół i opuścił stołówkę głodny i wściekły. Gdy nas odwiedzał skarżył się, że ma zawroty głowy oraz objawy choroby zwanej po rosyjsku cyngą, czyli szkorbutu spowodowanego brakiem warzyw w pożywieniu.
Te trzy miesiące ciężkiej pracy przy braku w diecie mięsa, mleka, masła i warzyw spowodowały utratę sił i ogólną degradację zdrowia. A wynagrodzenie za tę pracę było niskie, zważywszy, że zarobione pieniądze powinny wystarczyć na utrzymanie rodziny. Jak wynika z zapisów Książeczki Obrachunkowej Stanisława Bachmińskiego, zarobił on w okresie od marca do października 1940 r. 570 rubli netto (jest to zarobek pomniejszony o 10% podatku potrącanego na pokrycie kosztów utrzymania komendantury NKWD). Za czas zwolnienia chorobowego w tym systemie wynagradzania nie przysługiwał żaden zasiłek. Średnio miesięcznie w okresie tych ośmiu miesięcy wynagrodzenie wynosiło 70 rubli, co nie wystarczało na wykup przydziału chleba i obiadów stołówkowych dla całej rodziny. Kilogram chleba kosztował 1 rubel i 20 kopiejek, porcja kaszy owsianej 35 kopiejek, a porcja zacierki 58 kopiejek. Pięcioosobowa rodzina musiała codziennie zapłacić za chleb i te dania stołówkowe 7 rubli 50 kopiejek, czyli w skali miesiąca trzeba było wydać 230 rubli.
Stachanowcy, tacy jak bracia Palińscy, przekraczający ustalone normy wydajności pracy i mający wysokie zarobki, mogli sobie pozwolić na zamówienie w stołówce w Szombozierze zupy mięsnej - sup miasnoj - która kosztowała 1 rubel i 5 kopiejek. Był w tej zupie niewielki kawałek mięsa, ale raczej nie było wielkiego popytu na tak wykwintne danie. Ja będąc często w stołówce w Szombozierze nigdy nie odważyłem się, by sobie zafundować sup miasnoj i dlatego nie mogę nic powiedzieć na temat smaku tej zupy. Tradycyjnie zamawiałem zacierkę lub owsiankę. W stołówce można było dostać także solone grzyby, ale były one paskudne w smaku i tylko raz je wziąłem na spróbowanie. W Szombozierze był sklepik, do którego czasami wstępowałem, by sprawdzić, czy nie przywieziono czegoś, co można by było kupić okazyjnie. Kiedyś spotkałem tam paru polskich stachanowców, którzy przyszli wykupić na specjalne kartki cukierki landrynki oraz cukier i byłem świadkiem następującej rozmowy:
- Jeść sachar, jeść kanfiety (czy jest cukier, czy są cukierki)?
- Sachara i kanfiet niet (cukru i cukierków nie ma). - odpowiedział sprzedawca.
- A paczemu niet (a dlaczego nie ma)?

- A patamu szto nie priwiezli (a dlatego, że nie przywieźli).
- A paczemu nie priwiezli (a dlaczego nie przywieźli)?
- A patamu szto łoszadiej niet (a dlatego, że nie ma koni).
Jak widać trudności transportowe też miały wpływ na brak towaru w sklepie. Jednak ci przodownicy pracy dostawali w końcu swój przydział słodyczy, łącznie z zaległościami, czasami parę kilogramów na raz.
Lato w 1940 roku było dość ciepłe i suche. Opady były niewielkie. Rzeczka Szombruczej przepływająca przez Katiszcze w odległości 50 metrów od naszego baraku, która w czasie roztopów zamieniała się w dużą rzekę, w lecie płynęła spokojnym nurtem, a ponieważ teren był bagnisty, w niektórych miejscach chowała się pod mchem i w rzeczywistości była niewidoczna. Z rzeczki tej mieszkańcy naszego baraku brali wodę dla celów spożywczych i do wszelkich innych celów. W lecie dzień był tu bardzo długi, a w lipcu słońce zachodziło tylko na trzy godziny - mieliśmy tak zwane „białe noce”, w czasie których można było nawet czytać nie używając lampy. Z kolei, gdy przyszła zima, słońce się pojawiało w grudniu i styczniu zaledwie na trzy - cztery godziny i szybko zapadała długa polarna noc. Było to związane z naszym położeniem geograficznym - do koła podbiegunowego było tylko trzysta kilometrów. Naszą osadę, Katiszcze, zamieszkiwało, po zbudowaniu trzeciego baraku, około 90 osób, a na głównym posiołku Szomboziero mieszkało około 400 osób. Dokładnej ilości osób, które przyjechały do obydwu naszych osad w marcu 1940 roku, nie jestem w stanie określić, choć mówiło się, że było to pięćset osób. Jak wynika ze spisu sporządzonego przez komendanturę na dzień 1 stycznia 1941 r. było nas łącznie 476 osób. Na ogólną ilość 476 osób do narodowości białoruskiej przyznawało się 51 osób, czyli 11 proc.6 Stan ilościowy po 10 miesiącach pobytu na zesłaniu zmniejszył się z około 500 osób do 476, gdyż ludzie zaczęli umierać. Po 1 stycznia 1941 r., czyli po dacie sporządzenia spisu, mieszkańcy naszych obydwu osad umierali w jeszcze szybszym tempie, głównie z powodu niedożywienia i chorób będących następstwem osłabienia organizmu. W połowie drogi między Szombozierem a Katiszczem, w lesie, przy drodze, zaczęto chować zmarłych. Ponieważ przez 10 miesięcy uczęszczałem do szkoły w Szombozierze i dwa razy dziennie mijałem ten cmentarz, to widziałem jak się liczba grobów w szybkim tempie powiększa. Mówiono, że tych grobów w końcowej fazie było około stu. Według moich szacunków dokonanych w oparciu imienny wykaz osób deportowanych do posiołka Szomboziero7, ilość zmarłych w ciągu 19 miesięcy w naszych obu posiołkach wyniosła około 65 osób, co stanowi 13 proc. stanu początkowego.
Nasi zesłańcy byli pod stałą obserwacją trzech funkcjonariuszy Komendantury, których zadaniem było nie tylko uzyskanie maksymalnego efektu z pracy przymusowej, przy minimalnym wynagrodzeniu za pracę, lecz również ważnym celem tych przedstawicieli władzy było wyłapywanie tych, którzy wypowiadali się krytycznie o Związku Sowieckim, o władzy NKWD, lub krytykowali system pracy przymusowej. Takich ludzi uznanych za niebezpiecznych dla władzy zaczęto represjonować, czego wyrazem były aresztowania. Aresztowanych odsyłano do Onegi na dalsze przesłuchania, następnie trafiali oni do aresztu w Archangielsku, gdzie byli z kolei sądzeni przez Kolegium Specjalne przy NKWD lub Sąd Obwodowy i zazwyczaj otrzymywali wyroki pięciu lub dziesięciu lat obozu pracy - łagru. Gdy Ojciec pracował na jesieni 1940 r. przy budowie linii kolejowej w rejonie stacji Głazanicha i ja po zakończeniu lekcji w szkole poszedłem go odwiedzić w robocie, a następnie szedłem z powrotem do Szomboziera, byłem świadkiem jak enkawudzista z rewolwerem w ręku prowadził w kierunku Głazanichy idącego kilka kroków przed nim skutego w kajdanki 25-letniego Anatola Rozwadowskiego, który został aresztowany. W tym samym dniu aresztowano również 19-letniego Stanisława Korzeniowskiego. Obydwaj byli sądzeni w Archangielsku i zostali skazani. Korzeniowski otrzymał pięć lat łagru za kontrrewolucyjną propagandę i agitację8. W Szmbozierze aresztowano jeszcze kilku młodych mężczyzn, których nazwisk nie znam. Można przyjąć, że w sumie zostało aresztowanych około dziesięciu osób z obu naszych osiedli. Anatol Rozwadowski po wyroku został skierowany do łagru w Kodinie, którego więźniowie pracowali przy budowie linii kolejowej Oboziersk-Biełomorsk, ale niestety nie doczekał amnestii i zmarł w tym łagrze w 1941 r.
Krótkie lato 1940 roku szybko minęło. Dużo chodziłem po tajdze poznając najbliższe tereny leśne. Przez naszą osadę przebiegała szeroką wycinką leśną droga idąca w kierunku miasta Onegi, choć obecnie nie używana do transportu drewna, ale dla mnie przydatna, gdyż mogłem się nią poruszać w linii prostej stąpając po ułożonych w poprzek drogi palach wzmacniających bagienne podłoże. Była to tak zwana „drewniana droga”. Przy tej drodze na podmokłym terenie pojawiły się jagody podobne do malin o nazwie moroszka, rosnące nisko przy ziemi, początkowo koloru czerwonego, a gdy dojrzały były koloru pomarańczowego - cenne jako źródło witamin, choć dość kwaśne i niezbyt smaczne. Najchętniej zbierałem czarne jagody, których było sporo, a na terenach bagiennych spotykałem cenną żurawinę, ale występowała ona w niewielkich ilościach. Były również w lesie grzyby podobne do naszych rydzów, lecz były one wyjątkowo niesmaczne i dlatego ich nie zbieraliśmy. Nie było niestety tam prawdziwków ani kozaków, ani maślaków znanych nam z Polski. W tajdze były zające, ale nikt na nie polował, bo nie mieliśmy broni palnej. Wiadomo, zające są szybkie i nie da ich się złapać. Ale był okres, kiedy niektórym się to udawało. Otóż wczesnym latem rodziły się młode zające i my chłopcy z baraku nr 5 urządzaliśmy grupowy pościg za tymi zajączkami. Gdy taki zając się pojawił w pobliżu baraku cała grupa chłopców rzucała się za nim w pogoń. Ponieważ w lesie były sterty gałęzi, taki zając wpadał na nie, co zmniejszało szybkość jego ucieczki, a często zaplątał się w gałęzie na dobre i wtedy był nasz. Niestety ani ja, ani mój brat Zbyszek, nie byliśmy zwycięzcami w tym polowaniu i inna rodzina miała ucztę. W rzeczce przepływającej koło naszego baraku na Katiszczu nie było ryb, które mogłyby być uzupełnieniem naszego wyżywienia. Próbowałem parę razy łowić ryby na wędkę w jeziorze Szomboziero, ale rezultaty moich połowów były bardzo skromne. Przede wszystkim nie miałem porządnej wędki. Haczyk zrobiłem z igły do szycia, którą rozhartowałem i odpowiednio wyprofilowałem, ale haczyk musiał mieć jakąś wadę, bo prawie nic nie złowiłem.
Przy naszym baraku na dość piaszczystym zboczu pagórka znaleźliśmy trochę terenu wykarczowanego, czyli pozbawionego korzeni ściętych drzew i na tej działce posadziliśmy wraz z paroma sąsiadami ziemniaki. Ale zbiory były całkiem nędzne, gdyż ziemia była, po zdjęciu warstwy ściółki leśnej, piaszczysta, bez składników organicznych. Natomiast jeden z mieszkańców naszego osiedla, pan Filik, zasadził w pobliżu naszej działki na płaskim terenie spory zagon ziemniaków i wyrosły mu wielkie wybujałe pędy jak również wkrótce wykopał wspaniałe bulwy. Zagadka jego sukcesu szybko się wyjaśniła. Otóż Filik, biegły w sprawach uprawy roli, zorientował się, że nieopodal naszego baraku jest miejsce, w którym przedtem była stajnia i pozostało tam sporo nawozu końskiego i w tym miejscu zasadził ziemniaki. A była to ziemia niczyja i kto pierwszy ją zajął uzyskiwał prawo do jej użytkowania. Procentowała tu wiedza rolnicza i dobre oko człowieka, który to wypatrzył. Trzeba tu dodać, że mieszkańcy naszych obu posiołków byli to w ogromnej większości rolnicy. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dostali oni ziemię jako zwykli osadnicy, bądź jako osadnicy wojskowi. Niedużą grupę w Szombozierze i na Katiszczu stanowili gajowi oraz leśniczowie (Walerian Wysocki w swoich Wspomnieniach podaje, że było tam zaledwie dziesięciu leśniczych).
W tajdze nie było wilków, były natomiast łosie i niedźwiedzie. Ja, mimo że sporo po tajdze chodziłem, jakoś żadnego niedźwiedzia nie napotkałem. Janek Czarniecki mieszkający w Szombozierze opowiadał, że napotkał w pobliżu ich osiedla niedźwiedzicę wraz z małymi, ale na szczęście niezauważony przez zwierzę szybko się wycofał. Paru ludzi również opowiadało o swoich spotkaniach z niedźwiedziem brunatnym, ale nikt z nich nie został przez niedźwiedzia zaatakowany. W zimie idąc drogą spotykało się liczne drzewa jarzębiny z czerwonymi pięknymi jagodami. Jednak owoce jarzębiny nie nadawały się do spożycia ze względu na cierpki smaki i nikt tych owoców nie zrywał. W zimie jechałem do szkoły zazwyczaj na nartach. Gdy w nocy padał śnieg, to rano jadąc do szkoły widziałem na śniegu dużo śladów zwierząt, które przebiegały w poprzek drogi. Ale nie były to ślady dużych zwierząt, tylko jakichś mniejszych takich jak zające, kuny, lisy i inne, których na podstawie śladów nie potrafiłem zidentyfikować.
Wszyscy mieszkańcy obu naszych osiedli cierpieli z powodu niedożywienia. Niektórzy, mający rodzinę pozostałą na terenach zajętych przez Sowietów, pisali do rodziny o pomoc i faktycznie zaczęły nadchodzić paczki żywnościowe zawierające słoninę, masło, olej, cukier. Dzięki tym paczkom ludzie na krótko mogli poprawić swoją kondycję fizyczną. Od kogoś, kto dostał paczkę żywnościową, Mama kupiła kostkę masła, ale było to masło zjełczałe i miało gorzki smak. Mimo to, masło szybko zjedliśmy i było to jedyne masło, jakie jadłem podczas całego pobytu na Katiszczu. Mieszkańcy naszych obu osiedli zaczęli również korespondować z rodziną, chociaż listy przychodzące miały ślady cenzury. Zdarzało się, że cenzor wycinał nożyczkami zdania, zawierające treść uznaną przez niego za szkodliwą. Faktycznie byliśmy odcięci od wiadomości politycznych związanych z toczącą się wojną w Europie. Niektórzy otrzymywali w listach zaszyfrowane informacje o bieżących wydarzeniach, które jednak nie były optymistyczne. Byłem świadkiem jak do jednej z rodzin z baraku nr 1 przyszedł list, który był czytany na głos wobec większej grupy sąsiadów. List zaczynał się od słów: „W pierwszych słowach tego listu niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. My jesteśmy zdrowi, czego i wam życzymy.” Była to formułka stosowana we wstępie listu dość powszechnie. W dalszej części listu była zaszyfrowana wiadomość dotycząca sytuacji politycznej na zachodzie Europy. Brzmiało to mniej więcej tak, że w naszej wiosce Nikodem miał zatarg z Bolkiem, Frankiem i Antkiem, doszło do bójki, która się zakończyła zwycięstwem Nikodema. Wszyscy się domyślali, że Nikodem - to Niemcy, Bolek – to Belgia, Franek – to Francja, Antek - to Anglia. List był cenzurowany, ale ta zaszyfrowana wiadomość została przepuszczona przez cenzora, bo była neutralna politycznie, natomiast cenzor w paru miejscach użył nożyczek. Wartość takich zaszyfrowanych informacji była niewielka, ale byłem świadkiem jak ludzie chłonęli te wiadomości, choć nie dawały one nadziei, że coś się może zmienić na lepsze tu u nas w tajdze. Faktycznie niewiele wiedzieliśmy, co się dzieje w Europie, a był to okres, kiedy Niemcy podbijali Danię, Norwegię, Belgię, Holandię i Francję, a pakt przyjaźni między Niemcami i ZSRR nadal obowiązywał.
My nie otrzymaliśmy żadnej paczki żywnościowej z Polski, nie mieliśmy bowiem nikogo z bliskich po stronie zajętej przez Sowietów, a z części kraju okupowanej przez Niemcy, gdzie mieliśmy rodzinę, paczek żywnościowych nie wolno było wysyłać. Otrzymaliśmy tylko jedną paczkę z rzeczami od siostry Mamy spod okupacji niemieckiej, z Suchedniowa (woj. kieleckie). Rzeczy te miały niewielką wartość handlową, ale nadawały się do sprzedaży Rosjanom. Żeby się ratować przed głodem zaczęliśmy sprzedawać różne rzeczy, które udało się wziąć ze sobą z Wołkowyska. Kupowali je Rosjanie przyjeżdżający do naszego osiedla na zakupy. Byli to oficerowie nadzorujący łagry, czasami jacyś urzędnicy z Onegi lub ludzie nadzorujący budowę linii kolejowej – często towarzyszyły im żony. Rzeczy, które mieliśmy na sprzedaż, były chętnie kupowane, gdyż były dobrej jakości i takich rzeczy nie było u nich nawet w dużych miastach. Chociaż była jedna Rosjanka z Leningradu, która coś kupowała od nas i która twierdziła, że w Leningradzie można kupić podobnie dobre rzeczy jak nasze. Najcenniejsze było jednak to, że w wielu przypadkach Rosjanie płacili za towar nie tylko rublami, ale także w naturze, na przykład oliwą, mąką, kaszą, a w zimie mrożonymi rybami.
Kupujący musieli mieć uzgodnione z komendantem wizyty handlowe w naszych barakach, gdyż Jewsiejew nie mieszał się do tych spraw i ani nas, ani kupujących nie ścigał za handel. Przywieźliśmy z Polski sporo cennych rzeczy i dzięki ich sprzedaży były pieniądze na zakup chleba i dań wydawanych przez stołówkę. Mam zachowany spis rzeczy, które sprzedaliśmy, a wśród nich najcenniejsza była nożna maszyna do szycia marki Singer, za którą zapłacono 1250 rubli i dodatkowo dostaliśmy 6 kg ryby, litr oleju i 6 kg mąki pszennej. Była jeszcze druga cenna transakcja opłacona gotówką i artykułami spożywczymi, a mianowicie za kostium „angielski” Mamy dostaliśmy 300 rubli oraz 10 kg ryby mrożonej, 15 kg chleba, 6 kg mąki pszennej, 4 kg grochu i 1 kg słoniny. Rybę przechowywaliśmy przez parę tygodni w ujemnej temperaturze na zewnątrz baraku, schowaną pod drewnem opałowym. Ryba wystarczyła na wiele posiłków, a szczególnie się przydała na Wigilię 24 grudnia 1940 r. Jak wynika z zapisków Ojca za wszystkie sprzedane rzeczy otrzymaliśmy 4900 rubli w gotówce, a otrzymane artykuły spożywcze miały wartość 430 rubli.
Mieszkańcy naszej osady byli skazani na nędzne odżywianie doprowadzające do utraty sił i pogorszenia stanu zdrowia. Można było kupić jedynie chleb na kartki tzw. pajok, czyli przydział w ilości 800 gramów na osobę pracującą i 400 gramów na niepracującą oraz w stołówce można było dostać zazwyczaj dwa dania to jest kaszę owsiankę oraz zupę mączną, tak zwaną zacierkę na wodzie, być może okraszoną paroma kroplami oliwy. Na początku złe odżywianie nie dawało objawów pogorszenia kondycji zdrowotnej, ale po kilku miesiącach ludzie zaczęli chorować z powodu słabego odżywiania. Pojawiły się również choroby zakaźne takie jak tyfus, dyzenteria, a także kurza ślepota objawiająca się tym, że człowiek dotknięty tą dolegliwością, o zmierzchu nic nie widział. Na tyfus ciężko chorowała pani Kolanowska, nasza dawna współlokatorka z baraku nr 1. Spotkałem ją idąc kiedyś do Szomboziera jak jechała na wołokuszkach do Katiszcza, z ogoloną głową, wracając ze szpitala. Ponadto ludzie zaczęli chorować na szkorbut, który miał swoją przyczynę, podobnie jak kurza ślepota, w braku jarzyn w pożywieniu. Pojawiła się również groźna choroba związana ze złym odżywianiem zwana obrzękiem głodowym lub chorobą głodową. Obrzęk zaczynał się od dolnych partii nóg i postępował w górę aż dochodziło do obrzęku brzucha, przy czym chory tracił siły. Według definicji medycznej „choroba głodowa jest zespołem objawów występujących w głodzeniu ze szczególnym niedoborem białka i witamin. Najbardziej charakterystycznym jej objawem są tzw. obrzęki głodowe takie jak puchlina kończyn dolnych i puchlina brzuszna".
Władzy sowieckiej można postawić zarzut, że stosowała metodę doprowadzania do śmierci wielu wywiezionych Polaków przez zmuszanie ich do ciężkiej pracy w tajdze przy głodowych racjach żywnościowych, przy braku mięsa, warzyw i tłuszczy.. Na naszym posiołku można było od funkcjonariuszy komendantury NKWD usłyszeć takie zdania:
- My was zdieś priwiezli sztoby wy padochli (przywieźliśmy was tu żebyście zdechli).
lub
- Niczewo, nie pamriosz, a kak pamriosz, pachoronim (nie martw się, nie umrzesz, a jak umrzesz, to pochowamy).
lub
- Kto nie rabotajet, tot nie kuszajet (kto nie pracuje, ten nie je).
Te ostatnie słowa były wzięte z Lenina. Tego typu wypowiedzi zdarzały się dość często. Również często przedstawiciele władzy powtarzali, że zostaliśmy tu deportowani na wsiegda, czyli na zawsze. Była to dla nas Polaków bardzo bolesna prawda, poparta przykładem deportowanych ukraińskich kułaków, którzy nie mogli wrócić na Ukrainę.
Jest w moim posiadaniu list napisany przez moją Mamę do swojej mamy i siostry mieszkających w województwie kieleckim, pod okupacją niemiecką, który stanowi swego rodzaju dokument opisujący naszą sytuację po czterech miesiącach pobytu na zesłaniu. Przedstawiam dosłowną treść pierwszej części tego listu:
„2 lipca 1940 r. Szóste Katiszcze. Rosja Sowiecka [...] Opiszę Wam smutne w życiu naszym chwile, które przeżyliśmy i obecnie przeżywamy. Otóż 10 lutego br. zabrano nas z mieszkania pod karabinem i wywieziono do Rosji Sowieckiej nad Białe Morze koło Archangielska. Z mieszkania pozwolono nam zabrać ubranie, bieliznę, pościel, trochę żywności kilka garnków, poza tym wszystko zostawiliśmy: meble, porcelanę, obrazy, 300 kilo mąki i inne rzeczy. Piszę już drugi list, gdyż na pewno pierwszy do Was nie doszedł. Mieszkamy w lesie 50 kilometrów od kolei w barakach po kilka rodzin razem, mieszkanie nasze jest 5 metrów długie i 3 metry szerokie. Odżywiamy się tylko chlebem, wodą i zacierką postną lub okraszoną olejem, żadnych tłuszczów tu dostać nie można, czasem jest kasza, mleka nigdy nie widzimy, ponieważ tu nie ma blisko wsi żadnej, jesteśmy w szczerym lesie sami wywiezieni. A jest tu kuchnia sowiecka, w której gotują dla nas jeść i nic prócz tego kupić do życia nie możemy. Za te potrawy musimy płacić drogo. Wszyscy tutaj pracują jako robotnicy leśni, ścinają drzewa, stawiają metry, ładują drzewo na traktory, spławiają itp. Henio pracował w lesie, a nawet ja ze Zbyszkiem i Kazikiem w zimie przy stawianiu metrów. Potem odmroził sobie Henio nogi tak, że przez miesiąc nie mógł chodzić na robotę. Teraz pracuje na Bazie 20 kilometrów od domu i przychodzi do domu co 2 tygodnie. Pracę ma ciężką, spuszcza drzewo do rzeki Onegi, całe bale, to jest robota akordowa. Na życie dla nas wszystkich zapracować nie może, toteż ja sprzedaję swoje sukienki, które przywiozłam, co tylko mam, aby wyżyć z dziećmi. Pracować sama nie mogę, bo nie mam siły. Nogi mi puchną z braku odżywiania i wilgotnego klimatu, powietrze jest tu niezdrowe, bagna same, jeziora. Bardzo nam ciężko żyć i smutno, oby Bóg dał powrócić w swoje strony. Kochana Mamo i Maniu taki ciężki los nas spotkał, może nas trochę poratujecie przesyłając nam paczkę żywnościową masła słoniny i cukru. Tutaj nadchodzą wszystkim paczki z Białorusi ośmiokilowe. Maniu, poinformuj się czy można od Was wysłać paczki do Rosji, bo tłuszczu już nie mam, wszystko wyszło co zabrałam z domu. Jesteśmy tak jak w więzieniu, nigdzie nie wolno nam wyjeżdżać ani oddalać się na krok, bo nas pilnują. Nie wiemy czy się stąd wydostaniemy sami i kiedy, może nigdy [...]”.
Ten list stanowi ważny dokument ilustrujący beznadziejną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. A jak przebiega obrzęk głodowy mogłem prześledzić z bliska, bowiem objawy tej choroby pojawiły się u mojej Mamy. Na początku zaczęły jej puchnąć nogi w okolicy kostek i wyglądało to niegroźnie, ale potem opuchlizna zaczęła obejmować całe nogi i z kolei zaczęła się posuwać coraz wyżej. Zadziwiające było to, że objawy choroby wystąpiły już w czerwcu 1940 r., czyli zaledwie po czterech miesiącach pobytu na posiołku. Mieliśmy tam jakąś opiekę medyczną w postaci Punktu Medycznego, który się znajdował w Szombozierze, obsługiwanego przez felczerkę, ale na chorobę głodową felczerka nie miała lekarstwa. Trzeba przyznać, że w razie cięższej choroby Punkt Medyczny kierował pacjenta do szpitala, który się znajdował w Czekujewie, wiosce położonej nad rzeką Onegą, w odległości 40 km od Katiszcza. I moja Mama we wrześniu 1940 roku dostała skierowanie do szpitala, gdy opuchlizna sięgała już do pasa i Mama była ogólnie bardzo słaba. W związku ze skierowaniem Mamy do szpitala, Ojciec, który pracował na Bazie, zaczął się starać o przeniesienie do pracy bliżej Katiszcza, by mógł się zaopiekować dziećmi w czasie nieobecności żony. Funkcjonariusz NKWD nadzorujący Bazę wyraził zgodę na przeniesienie Ojca do pracy bliżej miejsca zamieszkania. Była to praca przy budowie linii kolejowej w rejonie stacji Głazanicha, odległej o 5 km od Katiszcza. Jak wynika z zapisków Ojca, jego praca przy budowie linii kolejowej polegała na karczowaniu trasy, na której miały być układane tory kolejowe. By zbudować linię kolejową, trzeba było najpierw wyciąć tajgę tworząc trasę pozbawioną drzew, pnie ściętych drzew wykarczować, utwardzić podłoże, zrobić nasypy w miejscu obniżenia terenu albo przekopy w miejscu wzniesienia terenu i na koniec przystąpić do układania torów. Trasa linii kolejowej biegła w linii prostej i napotykała często na tereny bagniste, co wymagało dodatkowego wysiłku, by te bagna ustabilizować, a także należało zbudować niezbędne mosty.
Ojciec pracował przy budowie linii kolejowej krótko, ale spotkał go tam poważny kłopot związany z tym, że próbował kupić od jednego z pracujących tam więźniów walonki, czyli wysokie buty z twardego wojłoku, dobre na mrozy, które były mu potrzebne na zimę. W związku z tą transakcją został zadenuncjowany przez kogoś do komendanta. Taki handel z więźniami był zabroniony. O szczegółach tego incydentu Ojciec nie chciał opowiadać, ale trafił za to do aresztu w Szombozierze, jednak po kilku dniach został z niego zwolniony.
Linię kolejową łączącą Oboziersk z Biełomorskiem budowano w dużym tempie zatrudniając znaczną ilość zakluczonych, czyli więźniów. Więźniów do pracy dostarczał Główny Zarząd Obozów Pracy Kolei Północnej NKWD Sorokołag. Budowa kolei przez więźniów odbywała się w takim systemie, że co parę kilometrów organizowano obóz pracy, czyli łagier, zwany też kolonię karną, w której mieszkali więźniowie w prowizorycznych drewnianych barakach, otoczonych wysokim ogrodzeniem z dwiema wieżami strażniczymi, z których strażnicy - striełki, wyposażeni w karabiny mieli pod obserwacją cały teren kolonii. Te kolonie karne, po rosyjsku kałonny, były ponumerowane, a po zakończeniu wyznaczonego odcinka robót, więźniów przenoszono parę kilometrów dalej, gdzie organizowano nową siedzibę kolonii. Jedna z takich kolonii znajdowała się w rejonie stacji Głazanicha, a gdy więźniowie tę kolonię opuścili po zakończeniu robót, miałem okazję chodzić po opuszczonych barakach. Baraki były zbudowane z desek jako prowizoryczne obiekty służące do zamieszkania przez więźniów w bliskiej odległości od placu budowy. Chodziłem z nadzieją, że coś wartościowego tam znajdę. W lecie 1940 roku budowa była w pełnym toku w rejonie stacji Głazanichy i postępowała z dużą prędkością w kierunku miasta Onegi. W następnym roku 1941 już na tej trasie do Onegi kursowały pociągi osobowe. Pasażerom jednego z takich pociągów sprzedawałem pewnego dnia na stacji Głazanicha czarne jagody uzbierane w lesie. Jedna z pasażerek rozmawiała ze mną i wypytywała o los deportowanych Polaków, mieszkańców pobliskiego posiołka, a na koniec pochwaliła mnie, że sobie dobrze radzę ze sprzedażą wypowiadając słowa: Wot maładziec malczik! (Zuch chłopak!). Kolej z Obozierska do Biełomorska miała znaczenie strategiczne, dawała bowiem bezpieczne połączenie rejonu Moskwy z Murmańskiem, niezamarzającym portem na Półwyspie Kola. Budowa odbywała się równocześnie w różnych punktach wyznaczonej trasy, co zwiększało tempo budowy. Gdy 22 czerwca 1941 r. wybuchła wojna z Niemcami i Niemcy szybko, bo 8 września zamknęli Leningrad w okrążeniu, a w październiku 1941 r. zaczęła się bitwa o Moskwę, połączenie kolejowe z Murmańskiem, omijające rejon Leningradu, stało się bardzo ważne, ponieważ począwszy od grudnia 1941 r. zaczęły przypływać do Murmańska konwoje amerykańsko-brytyjskie ze sprzętem wojskowym. Sprzęt ten mógł bezkolizyjnie dotrzeć z Murmańska w kierunku zaplecza frontu nową trasą kolejową przez Biełomorsk do Obozierska i dalej na południe w kierunku Moskwy. Domyślam się, że Główny Zarząd Obozów Pracy Kolei Północnej NKWD dysponujący wielkimi zasobami łagierników, zmobilizował te zasoby, by kolej mogła być szybko oddana do użytku. Ale myśmy w październiku 1941 r. opuścili miejsce naszej zsyłki i nie mogliśmy być świadkami, czy z Biełomorska przez Głazanichę jadą transporty ze sprzętem wojskowym.
Trzeba wspomnieć, że władza sowiecka potrafiła mobilizować wielkie ilości więźniów do budowy ważnych obiektów. Tak było w latach 1931-1933, gdy budowano kanał Białomorsko-Bałtycki. Do budowy kanału łączącego Morze Białe z Morzem Bałtyckim zmobilizowano ponad 100 tysięcy więźniów i zbudowano ten wielki kanał w niecałe dwa lata.
W związku z tym, że Mama otrzymała skierowanie do szpitala w Czekujewie, Ojciec uzyskał w komendanturze zezwolenie, by ją tam odprowadzić, dlatego też przerwał pracę przy karczowaniu trasy kolejowej i musiał postarać się o jakiś środek transportu. Uzyskał w komendanturze podwodę w postaci tzw. wołokuszek z furmanem. Wołokuszki stanowiły rodzaj krótkich sań zaprzęgniętych w konia i na pewno nie były one zbyt wygodne do przewożenia osoby chorej, ale wóz na kołach na tych leśnych wąskich drogach nie byłby dużo lepszy. Wołokuszek używano tutaj zarówno w lecie jak i w zimie. Do Czekujewa było 40 km, a niewielkie to osiedle, w którym się znajdował szpital, było położone nad rzeką Onegą. Podróż do szpitala tą podwodą musiała trwać kilka godzin, a z powrotem Ojciec musiał iść pieszo. W sumie wyprawa do Czekujewa zabrała mu cztery dni.
W czasie pobytu Mamy w szpitalu, który trwał od 24 września do 24 października 1940 r., czyli cały miesiąc, Ojciec pracował gdzieś w pobliżu naszego posiołka, ale jego dziennik kończy się na dacie 30 września 1940 r. i jest tam tylko informacja, że po powrocie z Czekujewa pracował w ostatnich dniach września przy paleniu gałęzi pozostałych po wycince lasu. Podczas nieobecności Mamy, ja z bratem chodziłem do szkoły w Szombozierze, a sześcioletnia siostra zostawała sama w domu. Jak pamiętam, w tym czasie największy problem mieliśmy z wszami. Chcąc się ich pozbyć musiałem podjąć jakieś działanie. Wypada tu dodać, że 6 października 1940 r. skończyłem 12 lat i byłem dostatecznie dorosły, by samodzielnie rozwiązać ten trudny problem. Rozebrałem poszwę z kołdry i poszewki z poduszek oraz dołączyłem do tego prześcieradła i wszystko to zaniosłem do bani, czyli łaźni, wrzuciłem do wielkiego kotła z wodą, rozpaliłem pod kotłem ogień i gotowałem tę bieliznę pościelową przez dłuższy czas. Miałem nadzieję, że wszy się ugotują i będzie z nimi spokój raz na zawsze. Niestety! Po wysuszeniu bielizny pościelowej i zaścieleniu na noc naszego rodzinnego łoża wszy nadal okrutnie gryzły. Walka z wszami była beznadziejna i towarzyszyły nam one do końca naszego pobytu na Katiszczu, a także następnie w Kazachstanie, a nawet później w Iranie.
Leczenie Mamy w szpitalu przebiegało pomyślnie, o czym mieliśmy wiadomości od niej z nadesłanych dwóch kartek pocztowych. Oto treść pierwszej kartki z 1 października 1940 r.:
„Kochani Moi! Dzisiaj jestem szósty dzień w szpitalu. Stan mego zdrowia polepszył się, lecz opuchlizna jeszcze nie zeszła. Lekarz twierdzi, że po 14 dniach opuchlizna będzie spadać. Więc pobyt mój w szpitalu jest przewidziany dłuższy od 3 do 4 tygodni. By Bóg dał wyjść z tego. Odżywianie tutaj jest dobre - mleczne. Lekarstwa również przyjmuję. Ciekawa jestem czy Ty Heniu pracujesz na Głazanisze, czy też koło domu. Czy chłopcy chodzą do szkoły. Dzieci niech się ciepło ubierają. Hanusia niech ubiera rajtuzy i zimowy płaszcz. Zbysio i Kazio niech się zajmują porządkiem w domu. Grzyby niech solą. Jagody staraj się kupić i nasmażyć. Kiedy będę miała przyjechać zawiadomię kartką lub telefonicznie do Głazanichy. Tutaj można kupić kartofli, kapusty i cebuli, więc zabierz z sobą worki. Ja z powrotem będę musiała jechać, kiedy napiszę poproś komendanta o furmankę [...]”.
Po miesięcznym pobycie Mamy w szpitalu opuchlizna zniknęła, ale jak Mama pisze o sobie ze szpitala, jest słaba i musi dostać furmankę, by wrócić do domu. Ojciec postarał się o podwodę i pojechał do Czekujewa, by Mamę przywieźć. Po powrocie opowiadała, że miała bardzo sympatycznego lekarza. Gdy już była całkiem zdrowa, podał jej rękę i powiedział: Warszawa nasza! Mama się domyślała, że mógł on mieć jakieś powiązanie rodzinne z Polską, ale nie chciał się do tego przyznać.
Chciałbym opisać zdarzenie, które miało miejsce na Katiszczu późną jesienią 1940 r. Otóż starsza kobieta wybrała się sama w głąb tajgi z koszykiem na jagody i nie mogła trafić z powrotem do domu. Gdy zrobiło się ciemno, rodzina rozpoczęła poszukiwania, lecz nie dały one rezultatu, bo tajga we wszystkich kierunkach była bezkresna, pełna bagien, moczarów oraz powalonych drzew. Nawoływania pozostały bez odpowiedzi. Gdy nastał dzień nastąpiła mobilizacja mieszkańców Katiszcza i rozpoczęto poszukiwania na większą skalę. Cały dzień poszukiwań przy udziale znacznej liczby osób nie dał rezultatu i kolejną noc zaginiona kobieta spędziła gdzieś w tajdze, nie mając ciepłej odzieży, a temperatura w nocy już mogła być ujemna. W kolejnym dniu do organizacji poszukiwań włączył się Jewsiejew i duża ilość mieszkańców Katiszcza wzięła udział w akcji. Komuś z poszukujących udało się natrafić na tę kobietę, siedzącą pod drzewem, półprzytomną, przemarzniętą i bliską śmierci. Dzięki solidarnemu działaniu rodaków wszystko się zakończyło szczęśliwie.
Wspominałem już wcześniej, że uczęszczałem do szkoły.
Szkoła została uruchomiona w lipcu 1940 r. Ponieważ nie było wolnego baraku, w którym można by było prowadzić lekcje, wybudowano nowy barak przeznaczony na szkołę. Był to barak zbudowany, tak jak wszystkie inne, z długich okrągłych bali świerkowych, ale był niewielkich rozmiarów i miał jedną izbę lekcyjną. Barak został zlokalizowany blisko jeziora na terenie podmokłym. Barak ten został zbudowany na palach wbitych w podmokły grunt. Pale były smołowane, a smołę uzyskiwano ze smolarni. Aby otrzymać smołę, do wykopanego głębokiego dołu wrzucano wykarczowane pnie drzew, rozpalano ogień, nakrywano tlące się drewno warstwą ziemi i przy małym dostępie powietrza i przy wysokiej temperaturze zawarta w drewnie żywica zamieniała się w czarną smołę. Smoła zabezpieczała pale wbite w podmokły grunt przed szybkim gniciem.
Nauka w nowo wybudowanym baraku szkolnym rozpoczęła się we wrześniu 1940 r. Ja i mój starszy brat zostaliśmy zakwalifikowani do czwartej klasy szkoły podstawowej. Do tej klasy zostali włączeni ci, którzy przed wojną ukończyli czwartą lub piątą klasę, czyli mieli przeważnie dwanaście lub trzynaście lat - rocznik 1928 i 1927. Absolwenci klasy szóstej, zazwyczaj z rocznika 1926 już szli do roboty i nie było dla nich miejsca w szkole. Dla młodszych zorganizowano klasę trzecią. W izbie lekcyjnej nauczyciel prowadził równocześnie zajęcia z uczniami trzeciej i czwartej klasy. W jednym rzędzie siedzieli w ławkach uczniowie klasy trzeciej, a w drugim rzędzie – czwartej, przy czym, gdy nauczyciel prowadził z jedną klasą zajęcia „głośno”, to druga klasa wykonywała wtedy zadania pisemne, czyli „cicho”. Podobny system nauczania był praktykowany w Polsce po odzyskaniu niepodległości, o czym mi opowiadała moja Mama, która była nauczycielką. Gdy wprowadzono wówczas powszechny obowiązek szkolny, w wielu wioskach organizowano szkołę w ten sposób, że sołtys dawał nauczycielowi do dyspozycji izbę wynajętą od gospodarza i tam nauczyciel uczył równolegle w dwóch klasach. Naszym nauczycielem był Aleksandr Kasjanow, mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Nosił on mundur enkawudzisty, ale miał kwalifikacje nauczyciela i nieźle sobie radził z prowadzeniem zajęć z kilku przedmiotów. W mojej czwartej klasie prowadził on zajęcia z języka rosyjskiego, arytmetyki, historii, przyrodoznawstwa i rysunku. Na lekcji języka rosyjskiego śpiewaliśmy pieśni żołnierskie, sławiące czyny wojenne bohaterów z okresu wojny domowej, takich jak Czapajew czy Budionny, a także sławiące siłę bojową i uzbrojenie armii sowieckiej. Były też pieśni wychwalające Stalina i dowódców takich jak Timoszenko i Woroszyłow. Oto fragment jednej z tych pieśni: S nami Stalin radnoj, Timoszenko gieroj i k pabiedie wiediot Woroszyłow (Z nami ukochany Stalin, oraz bohater Timoszenko i do zwycięstwa prowadzi nas Woroszyłow). Trzeba przyznać, że śpiewaliśmy również jedną piosenkę nie związaną pod względem treści z wojną – była to Katiusza (Kasia), bardzo popularny przebój tamtych czasów. Kasjanow miał dobry głos i klasa chętnie śpiewała, chociaż bohaterowie tych pieśni nie byli naszymi bohaterami. W podręczniku szkolnym był wiersz, którego trzeba było się nauczyć na pamięć, a była w nim opowieść jak to uczniowie szkolni złapali szpiega, który przekroczył granicę państwa. Do dzisiaj pamiętam prawie cały ten wiersz. Była w nim zachęta dla młodych chłopców, by byli czujni i demaskowali wrogów państwa, tak jak to zrobili uczniowie w tym wierszu. Na lekcji języka rosyjskiego Aleksandr Kasjanow kazał się nauczyć na pamięć dwóch bajek Kryłowa, wielkiego rosyjskiego bajkopisarza. Bez trudu nauczyłem się tych bajek na pamięć i do dzisiaj potrafię je z głowy zarecytować. Pierwsza z nich miała tytuł: Zierkało i abiezjana (Lustro i małpa), a druga: Lebiedź, szczuka i rak (Łabędż, szczupak i rak). Oprócz naszych polskich uczniów mieliśmy w klasie czwartej Katię Szołochową, córkę Rosjanina zatrudnionego na etacie komendantury, który się zajmował końmi. Katia była bardzo dobrą uczennicą, że wszystkich przedmiotów miała otliczno, czyli bardzo dobrze i nie mieliśmy z nią w klasie konfliktów. Mówiła po rosyjsku ze śpiewnym akcentem, co mogło świadczyć, że pochodziła z jakiejś wioski, gdzie tak mówiono.
Z Katiszcza do szkoły chodziło kilku chłopców, a także Irenka Wróblewska, o rok ode mnie młodsza, sąsiadka zza ściany naszego baraku. Do Szomboziera mieliśmy dwa kilometry - jesienią i wiosną maszerowało się leśną drogą całkiem dobrze, ale w zimie roku 1940/1941 było znacznie gorzej, bo mrozy były wielkie, a śnieg ciągle padał i trzeba było od nowa przecierać szlak. Ja i mój brat Zbyszek mieliśmy w zimie dojście do szkoły ułatwione, gdyż poruszaliśmy się na nartach. Zbyszek, który miał talent do prac ręcznych, wyciosał ze ściętej brzozy narty, takie krótkie biegówki, które świetnie zdawały egzamin jako środek szybkiego poruszania się po śniegu. Przed nastaniem zimy do szkoły szliśmy zazwyczaj w grupie. Z mojego baraku szedł Gojlik, któremu zazdrościłem dorosłości, gdy zakomunikował, że skończył piętnaście lat. Również szedł z nami często Tolo Chajan, syn tego etatowego współpracownika komendantury, o którym szerzej pisałem poprzednio. Tolo w czasie naszego marszu snuł długie opowieści o czynach wojennych swego ojca z okresu pierwszej wojny światowej. Po czyjej stronie Chajan walczył trudno było się zorientować, w każdym razie, w tej opowieści syna, był on zawsze dowódcą kilkuosobowego oddziału i wykonywał ważne zadania bojowe.
Z naszym nauczycielem na samym początku doszło do spięcia. Znalazł on u któregoś z uczniów notatnik harcerski, w którym zainteresowała go strona z zestawem symboli harcerskich mających zastosowanie przy rozgrywkach harcerskich w terenie, w tak zwanych podchodach. Jednym z takich symboli harcerskich była swastyka, która miała znaczenie: „Uwaga Niebezpieczeństwo!”. Aleksandr Kasjanow, nauczyciel i równocześnie funkcjonariusz NKWD, wykazał rewolucyjną czujność i zaczął robić dochodzenie w sprawie znaczenia tej swastyki zadając pytanie: Szto eto takoje? (Co to jest?)
Nikt z nas nie znał jeszcze na tyle dobrze rosyjskiego, by mu wytłumaczyć, że ten symbol nie służy jako zachęta do zwalczania rewolucji. Nauczyciel długo robił dochodzenie w tej sprawie głośno krzycząc i ciągle wypowiadając słowa: Eto kontrrewolucja! Ale w końcu się uspokoił, widząc, że się nie da z tego zrobić afery o charakterze politycznym. Drugie zdarzenie ze szkoły dotyczyło mnie i mojego brata i miało podłoże polityczne. Aleksandr Kasjanow rozpoczął lekcję przyrodoznawstwa. Wziął do ręki kredę i na tablicy napisał: PISZCZA (pożywienie) i powiedział, że będzie to temat dzisiejszej lekcji. Następnie zadał pytanie:
- Szto eto takoje piszcza (co to jest pożywienie)?
- Owsianka! – wykrzyknąłem
- Zacierka! – dodał mój brat
Nauczyciel dobrze odczytał nasze intencje, że chcemy wyrazić niezadowolenie z jakości pożywienia, którym jesteśmy karmieni i uznał naszą wypowiedź za prowokację polityczną. Faktycznie chcieliśmy mu dogryźć jako przedstawicielowi tej władzy, która głodzi ludzi ciężko pracujących nie zapewniając im właściwych składników pożywienia. W rezultacie Aleksandr Kasjanow wpadł w wielką złość i zaczął pokrzykiwać wymyślając nam od kontrrewolucjonistów Dość długo trwała spora awantura. Skończyło się tym, że kazał nam przyjść do szkoły następnego dnia z ojcem lub matką. Ale rodzice się w szkole nie stawili ignorując to wezwanie, a nauczyciel już do tej sprawy nie wracał, bo faktycznie niewiele mógł nam zrobić. Jednak zapamiętał mi moje kontrrewolucyjne odezwanie i na świadectwie ukończenia czwartej klasy dał mi ze sprawowania stopień dostateczny. W ten sposób zostałem napiętnowany. Nauka w szkole zakończyła się 30 maja 1941 r. Po zakończeniu nauki ja i brat poszliśmy do pracy. Była to lekka praca polegająca na tym, że porządkowaliśmy teren wzdłuż drogi z Katiszcza do Szomboziera, zbieraliśmy na kupy gałęzie zaśmiecające las, robiliśmy stos i paliliśmy te gałęzie. Praca nam się podobała, bo był czerwiec i ładna słoneczna pogoda. I pewnego dnia gdyśmy pracowali przy drodze, nadszedł od strony Szomboziera nasz nauczyciel Aleksandr Kasjanow. Zauważył nas, podszedł i powiedział:

- Zdrastwujtie malczyki (dzień dobry chłopcy)! Szto wy zdieś diełajetie (co wy tu robicie)?
- Tieriebim galio (uprzątamy gałęzie) - odpowiedzieliśmy.
- Wot charaszo (to dobrze) - odpowiedział Kasjanow i dodał - Adnako wy dołżny jechć w Oniegu, uczitsia dalsze w szkole, akonczyć siem kłas i tagda wy budietie kwalificyrowannymi rabotczykami (jednak powinniście jechać do Onegi, by się uczyć dalej w szkole, ukończyć siedem klas i wtedy będziecie wykwalifikowanymi robotnikami).
Rozstaliśmy się z naszym nauczycielem przyjaźnie, ale jego życzenie dotyczące naszej przyszłej kariery zawodowej jako wykwalifikowanych robotników pracujących w tajdze, nie spełniło się. W dniu 22 czerwca 1941 r. Niemcy uderzyli na Rosję Sowiecką i wkrótce specpieresielency stali się ludźmi wolnymi, a ja i mój brat straciliśmy okazję zdobycia zawodu wykwalifikowanych lesorubów (drwali).
Gdy nas wywożono 10 lutego 1940 r. Ojciec, który był zatrudniony na stanowisku leśniczego w Wołkowysku, nie otrzymał jeszcze pensji za styczeń 1940 r. Będąc już na posiołku, Ojciec niezwłocznie wysłał pismo do swego pracodawcy w Wołkowysku z żądaniem wypłaty wynagrodzenia. Niestety pieniądze nie nadchodziły, w związku z czym Ojciec napisał skargę do Rejonowej komendantury NKWD w Onedze z prośbą o interwencję. Interwencja okazała się skuteczna i przyszło zawiadomienie z poczty w Karaminie, że nadeszły pieniądze w wysokości 808 rubli. Pójście na pocztę do Karamina, odległego o 20 km, wymagało uzyskania od komendanta przepustki na opuszczenie posiołka. Komendant wydał przepustkę o następującym brzmieniu: „Niniejsza przepustka została wydana specprzesiedleńcowi Specposiołka nr 68 Bachmińskiemu Stanisławowi. Zezwala mu się udać na pocztę do Karamina. Termin ważności do 24.11.1940 r.” Podstemplowano pieczątką trójkątną z napisem w środku: Delegatura Nr 68, a w otoku: NKWD ZSRR, Zarząd w Archangielsku.
Pieniądze przysłane z Wołkowyska były dla nas bardzo cenne. Była to pensja za styczeń i 9 dni lutego 1940 r. Pensja leśniczego wynosiła 600 rubli miesięcznie, a tu robotnik leśny mógł zarobić od 100 do 150 rubli, co świadczy o skali degradacji człowieka. Pieniądze te bardzo się przydały, gdyż Ojciec już od listopada 1940 r. nie zarabiał, bo był na ciągłych zwolnieniach chorobowych, jego stan zdrowia systematycznie się pogarszał, odnowiło się w zimie odmrożenie palca u nogi. Stan zdrowia był na tyle zły, że 12 sierpnia 1941 r. Wraczebnaja Komisja, czyli Komisja Lekarska, którą powoływano stosownie do potrzeb w Szombozierze, w składzie przewodniczący i felczer, wydała postanowienie (zdjęcie zachowanego dokumentu poniżej), że Bachmiński Stanisław Iwanowicz lat 49, jest chory na serce, nie nadaje się do pracy i zostaje mu przyznana druga grupa inwalidztwa. Wkrótce, bo w trzeciej dekadzie sierpnia, znalazł się w szpitalu w Czekujewie z objawami obrzęku głodowego, chociaż felczer w zaświadczeniu o pobycie w szpitalu określił tę chorobę jako chroniczne zapalenie mięśnia sercowego. Oni te wszystkie choroby związane z głodem określali jako wadę serca - parok sierdca lub zapalenie mięśnia sercowego. Niestety pobyt w szpitalu trwał tylko 10 dni i Ojciec został ze szpitala wypisany, lecz nie wyleczony. Przyczyną przedwczesnego wypisania Ojca ze szpitala była decyzja władz, by szpital opróżnić i zrobić miejsca rezerwowe dla żołnierzy rannych na froncie. Był to już trzeci miesiąc wojny Sowietów z Niemcami i miejsca w szpitalu na dalekim zapleczu stały się pilnie potrzebne.

Przypisy
- Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 65. ↩
- Deportacje obywateli polskich z Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w 1940 roku, Warszawa/Moskwa 2003, s. 289. ↩
- Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 41. ↩
- Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 359. ↩
- Chmielewski przeżył łagier i po amnestii resztkami sił dotarł do Uzbekistanu, gdzie spotkał się z rodziną. Pisze o tym Walerian Wysocki we Wspomnieniach z 1940-1944. W tajdze i na stepie. ↩
- Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 71 ↩
- Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 103-739 ↩
- Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 370 ↩