Przejdź do tekstu
Wspomnienia Kazimierza Bachmińskiego
  1. Wstęp
  2. Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
  3. Rozdział II: Deportacja
  4. Rozdział III: Amnestia
  5. Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
  6. Rozdział V: Pobyt w Dżambule
  7. Rozdział VI: W Iranie
  8. Epilog

Rozdział II

Deportacja

Szomboziero i Katiszcze, obwód archangielski, 1940–1941

Ok. 65 min czytania Czytaj ten fragment w PDF (od s. 24)

Depor­ta­cja osad­ni­ków i leśni­ków nastą­piła 10 lutego 1940 r. O tym, że władze sowiec­kie przy­go­to­wują depor­ta­cję oby­wa­teli pol­skich, miesz­kańcy Woł­ko­wy­ska nie wie­dzieli. Było to trzy­mane w tajem­nicy, żeby ludzie wpi­sani na listę nie zdą­żyli uciec przed wywózką. W naszym domu wcze­snym ran­kiem 10 lutego 1940 r., gdy jesz­cze byli­śmy w łóż­kach, zja­wiło się czte­rech przed­sta­wi­cieli władzy, w tym jeden umun­du­ro­wany i uzbro­jony w pisto­let funk­cjo­na­riusz NKWD (Ludo­wego Komi­sa­riatu Spraw Wewnętrz­nych), jeden cywil i dwóch kra­sno­ar­miej­ców z kara­bi­nami wypo­sa­żo­nymi w bagnety nało­żone na sztorc. Ojciec ich wpu­ścił do miesz­ka­nia i wtedy usły­szał:

- Sabie­raj­tieś s wiesz­czami w dwa czasa! (Zbie­raj­cie się z rze­czami w ciągu dwóch godzin!)

- A kuda my paje­diem? (Dokąd poje­dziemy?) - zapy­tał Ojciec enka­wu­dzi­stę, ale nie otrzy­mał żadnej kon­kret­nej infor­ma­cji.

Pozwo­lono nam wziąć zapasy żyw­no­ści, ubra­nia, pościel i inne rzeczy oso­bi­ste. Przed domem na ulicy stało dwoje sań, na które mie­li­śmy się zała­do­wać. Rodzice zaczęli się pako­wać, udało się wziąć sporo rzeczy, a między innymi nożną maszynę do szycia. Zdą­ży­li­śmy zjeść śnia­da­nie i nasi “goście” też coś prze­ką­sili. Fak­tycz­nie prze­kro­czy­li­śmy usta­lony limit czasu na pako­wa­nie wyno­szący dwie godziny, ale zapa­ko­wać się nie było łatwo, ponie­waż nie mie­li­śmy odpo­wied­niej ilości wali­zek, więc trzeba było robić tłu­moki. Ja i mój brat chcie­li­śmy pójść do ustępu znaj­du­ją­cego się na zewnątrz. Ojciec nasze wyj­ście musiał uzgod­nić z przed­sta­wi­cie­lem władzy, ale gdyśmy wycho­dzili towa­rzy­szyli nam dwaj kra­sno­ar­miejcy z kara­bi­nami. Widocz­nie była obawa, że uciek­niemy, cho­ciaż było to nie­praw­do­po­dobne, gdyż mróz na zewnątrz sięgał chyba minus 25 stopni. Tem­pe­ra­tury nie dało się odczy­tać, ponie­waż szyby były pokryte grubą war­stwą lodu i szronu. Zima w lutym 1940 r. była jedną z naj­cięż­szych, a mrozy były trudne do znie­sie­nia, nawet zaję­cia w szkole były przez dłuż­szy czas zawie­szone.

Pozo­sta­wi­li­śmy całe ume­blo­wa­nie trzech pokoi i kuchni jak rów­nież różne urzą­dze­nia i przy­bory kuchenne oraz cen­niej­sze przed­mioty takie jak rower, dubel­tówka, brau­ning (rewol­wer), aparat radiowy, bogaty zbiór ksią­żek w biblio­tece Ojca, w tym nie­które książki opra­wione w skórę. W gabi­ne­cie Ojca pozo­stał wiszący na ścia­nie piękny, wypchany głu­szec sta­no­wiący tro­feum z jakie­goś polo­wa­nia. Z ubra­nia pozo­sta­wi­li­śmy nie­wiele - wypada tylko wymie­nić okrą­głe pudło z pię­cioma dam­skimi kape­lu­szami Mamy, które zostało w szafie. Rów­nież nie udało się wziąć wszyst­kiej żyw­no­ści. Ze szcze­gó­ło­wych nota­tek Ojca spo­rzą­dzo­nych z pamięci już w miej­scu depor­ta­cji wynika, że pozo­sta­wi­li­śmy w domu: 700 kg ziem­nia­ków, 300 kg mąki żyt­niej, 80 kg kapu­sty kiszo­nej, 35 kg bura­ków, 25 kg mar­chwi, 10 kg cebuli, 20 kon­serw jarzy­no­wych, 5 litrów miodu, 4 litry wina. Wino było wła­snej pro­duk­cji z czar­nych jagód i Ojciec w czasie pako­wa­nia naszych rzeczy pozwo­lił czę­sto­wać się winem wszyst­kim obec­nym. Nawet ja, chło­piec jede­na­sto­letni, dosta­łem zezwo­le­nie na parę łyków, ale nie wyszło mi to na zdro­wie - być może łyków było więcej niż parę - w rezul­ta­cie wkrótce zaczą­łem „odda­wać” to co wypi­łem. Ponie­waż Ojciec pro­wa­dził w domu biuro zwią­zane z funk­cją leśni­czego jak rów­nież miał gotówkę służ­bową, więc spo­rzą­dził odpo­wiedni pro­to­kół, który prze­ka­zał ofi­ce­rowi NKWD wraz z kwotą 1612 rubli i uzy­skał od niego pokwi­to­wa­nie.

To co pozo­sta­wi­li­śmy z wypo­sa­że­nia domu sta­no­wiło doro­bek życia rodziny i zostało to przez najeźdź­ców ze wschodu skon­fi­sko­wane. Rów­nież pozo­sta­wione arty­kuły spo­żyw­cze były bardzo cenne w tych cza­sach, kiedy sklepy po przy­by­ciu Rosjan były puste, a w mie­ście poja­wiły się długie kolejki po sól, cukier i inne arty­kuły. Depor­ta­cje wią­zały się ze zor­ga­ni­zo­wa­nym rabun­kiem mienia ludzi wysie­dlo­nych i mienie to wpadło w ręce osob­ni­ków, którzy się boga­cili w ramach sto­so­wa­nego bez­pra­wia. Co się stało z naszymi rze­czami pozo­sta­wio­nymi w domu nie wia­domo. Pan Cie­płow­ski, sąsiad z ulicy Wileń­skiej, z którym Ojciec kore­spon­do­wał pod­czas naszego pobytu w rejo­nie Morza Bia­łego, nie był w stanie nic kon­kret­nego na ten temat powie­dzieć.

Przed wojną Ojciec loko­wał oszczęd­no­ści głów­nie na ksią­żecz­kach PKO. Przed­sta­wi­ciel władzy doko­nu­jący naszej wywózki nie pozwo­lił ojcu wziąć żad­nych doku­men­tów i w ten sposób pozo­stało w biurku pięć ksią­że­czek PKO na łączną kwotę 11500 zł oraz akcje, czeki i weksle na kwotę 2500 zł (w sumie sta­no­wiło to rów­no­war­tość czte­rech rocz­nych pensji leśni­czego). Władze powo­jenne nie zwró­ciły oszczęd­no­ści zde­po­no­wa­nych w Powszech­nej Kasie Oszczęd­no­ści, także w wyniku wojny doro­bek całego życia Ojca prze­padł, z wyjąt­kiem działki budow­la­nej kupio­nej w 1936 r. w Skar­ży­sku Kamien­nej, która wyszła obronną ręką z zawie­ru­chy wojen­nej.

Pako­wa­nie rzeczy się zakoń­czyło i Ojciec zaczął nosić więk­sze pakunki na sto­jące przed domem sanie, a inne drob­niej­sze rzeczy nosi­li­śmy razem z Mamą. Sanie ruszyły o godzi­nie 12. w kie­runku miasta, a następ­nie w kie­runku Dworca Cen­tral­nego odle­głego od naszej ulicy Wileń­skiej około trzech kilo­me­trów. Na dworcu zoba­czy­li­śmy sto­jący pociąg towa­rowy skła­da­jący się z dużej ilości wago­nów. Pociąg był obsta­wiony woj­skiem i do poszcze­gól­nych wago­nów łado­wano ludzi z baga­żami. Były to pol­skie wagony kole­jowe wypo­sa­żone w pię­trowe prycze z desek, które umoż­li­wiały spanie więk­szej ilości osób. Zała­do­wa­li­śmy się do jed­nego z wago­nów, gdzie byli już jacyś ludzie. Na środku wagonu był żela­zny piecyk, z boku był zro­biony otwór w pod­ło­dze z obu­dową z drewna i to miał być ustęp. Wagon miał wiel­kie drzwi prze­su­wane, które były od zewnątrz zamy­kane i ryglo­wane przez kon­wo­jen­tów - od wewnątrz nie można było ich otwo­rzyć. Przez pro­sto­kątne okna wen­ty­la­cyjne, umiesz­czone blisko dachu, można było z górnej pryczy spo­glą­dać w dół i wtedy widziało się skra­wek ziemi obej­mu­jący zale­d­wie kilka metrów od wagonu. Do wagonu zała­do­wano około 30 osób. Jak się oka­zało wielki pro­blem był z tym ustę­pem, bo gdy ludzie zaczęli się tam zała­twiać, to przy 25-stop­nio­wym mrozie wszystko zamar­zło na kamień. Ale zaradni miesz­kańcy naszego wagonu pró­bo­wali to wszystko ode­tkać roz­grze­wa­jąc na ogniu w pie­cyku jakiś długi pręt żela­zny i tym prętem uda­wało się trochę udroż­nić ważne urzą­dze­nie sani­tarne.

Przez dwa dni pociąg jesz­cze stał na stacji i w tym czasie praw­do­po­dob­nie doła­do­wy­wano kolej­nych ludzi zwo­żo­nych z powiatu woł­ko­wy­skiego. Dopiero 12 lutego pociąg ruszył, a w naszym wago­nie nikt nie miał poję­cia, dokąd jedziemy. Następ­nego dnia doje­cha­li­śmy do Bara­no­wicz, miasta poło­żo­nego około 120 km na wschód od Woł­ko­wy­ska. W Bara­no­wi­czach skoń­czyła się nasza podróż pol­skim wago­nem towa­ro­wym i dalsza podróż miała się odby­wać sowiec­kim pocią­giem towa­ro­wym po sze­ro­kich torach, które już zostały prze­dłu­żone do Bara­no­wicz od dawnej gra­nicy ze Związ­kiem Sowiec­kim. W naszym wago­nie była star­sza pani w wieku około 70 lat, po którą przy­je­chał ktoś z rodziny do Bara­no­wicz, gdyż uzy­skał zgodę na wyco­fa­nie krew­nej z depor­ta­cji, ale pani ta nie wyra­ziła na to zgody, gdyż wolała pozo­stać przy naj­bliż­szej rodzi­nie, z którą została zabrana z domu. Po przy­jeź­dzie na miej­sce zesła­nia ta star­sza pani szybko zmarła.

Postój w Bara­no­wi­czach trwał aż pięć dni i dopiero 18 lutego prze­sie­dli­śmy się do esze­lonu sowiec­kiego, bar­dziej przy­go­to­wa­nego do prze­wozu ludzi i pociąg ruszył na wschód. Zaletą tych sowiec­kich wago­nów towa­ro­wych było to, że wagony były wypo­sa­żone w dwa małe oszklone okna, które można było prze­su­wać i wyglą­dać przez nie na zewnątrz i które oświe­tlały wnę­trze wagonu. Środek wagonu na sze­ro­ko­ści prze­su­wa­nych drzwi sta­no­wił wspólną prze­strzeń, na której znaj­do­wał się żela­zny piec. Przez okna mogli wyglą­dać tylko loka­to­rzy zaj­mu­jący górne prycze, a ci z dolnej pryczy musieli sie­dzieć w pół­mroku, ale mieli za to cie­plej, bo żela­zny piecyk stał na pod­ło­dze wagonu i inten­syw­niej ich grzał. Myśmy tra­fili na górną pryczę z oknem, dzięki czemu mie­li­śmy lepszy kon­takt ze świa­tem zewnętrz­nym. Z pie­cyka, który miał jedną fajerkę i w związku z czym można było na nim posta­wić tylko jeden garnek, korzy­stały w kolej­no­ści poszcze­gólne rodziny. Przy pie­cyku był ciągły ścisk, gdyż trzeba było goto­wać dla 30 osób zupę lub kaszę, a także wodę na her­batę. Mój brat, Zby­szek, wpadł na dobry pomysł, by poza kolej­no­ścią korzy­stać z pie­cyka, a mia­no­wi­cie roz­ra­biał nie­zbyt gęste ciasto i przy­kle­jał do zewnętrz­nej obu­dowy roz­grza­nego pie­cyka i wypie­kał poza obo­wią­zu­jącą kolej­no­ścią bardzo dobre placki.

Tego typu żelazne piecyki były umieszczone w wagonach
Tego typu żelazne piecyki były umieszczone w wagonach s. 28 w PDF

W naszym trans­por­cie z Woł­ko­wy­ska znaj­do­wało się według ofi­cjal­nych danych 1818 osób1. Przyj­mu­jąc, że norma zagęsz­cze­nia w jednym wago­nie wyno­siła 30 osób, można osza­co­wać, że pociąg skła­dał się, łącz­nie z wago­nami kon­wo­jen­tów, z około 65 wago­nów. Kon­wo­jo­wani byli­śmy przez żoł­nie­rzy Wojsk Kon­wo­jo­wych NKWD. Wagony były zamy­kane przez kon­wo­jen­tów od zewnątrz, a w czasie postoju pociągu były po kolei otwie­rane, by ludzie mogli zała­twić swoje potrzeby fizjo­lo­giczne. Padała wtedy komenda: Dawaj pod wagon! Co ozna­czało, że należy wyjść z wagonu i się na zewnątrz zała­twić. Choć dosłow­nie tłu­ma­cząc komendę, “pod wagon!” ozna­czało, że nale­żało się zała­twiać pod wago­nem. To jednak mogło być ryzy­kowne, gdyby pociąg nagle ruszył, ale i miej­sca pod wago­nem dla kuca­ją­cego tam czło­wieka doro­słego było za mało. Prak­tycz­nie wszystko odby­wało się obok wagonu. W podróży od czasu do czasu otrzy­my­wa­li­śmy przy­dział chleba, co miało miej­sce na więk­szych sta­cjach i wów­czas kon­wo­jent wołał: Dawaj dwa cze­ło­wieka za chle­bom (dawaj­cie dwóch ludzi po chleb)! Rów­nież często padała komenda: Dawaj dwa cze­ło­wieka za wadoj (dawaj­cie dwóch ludzi po wodę)! Oprócz chleba i wody dosta­li­śmy rów­nież w czasie naszej podróży parę razy ciepłą zupę.

Jecha­li­śmy na wschód zatrzy­mu­jąc się na nieco dłuż­szy postój w Mińsku, Orszy, Smo­leń­sku, Wiaź­mie, Możaj­sku i dotar­li­śmy do Moskwy. W Moskwie padła komenda: Dawaj pad wagon!, ale pociąg zatrzy­mał się gdzieś z dala od cen­trum i gdy wyszli­śmy z wagonu, sto­licy potęż­nego impe­rium prawie nie widzie­li­śmy. W Moskwie zmie­ni­li­śmy kie­ru­nek na pół­nocny i poje­cha­li­śmy przez Jaro­sław, Wołogdę, w kie­runku Archan­giel­ska. Zatrzy­ma­li­śmy się na stacji Obo­ziersk, gdzie linia kole­jowa miała odga­łę­zie­nie w kie­runku pół­nocno-zachod­nim. W Obo­zier­sku na stacji stał esze­lon pełen wojska. Żoł­nie­rze pytani przez naszych Pola­ków, gdzie oni jadą, nie chcieli odpo­wia­dać. Nic dziw­nego - obo­wią­zy­wała ich tajem­nica woj­skowa. Z pew­no­ścią były to ruchy wojska zwią­zane z fron­tem fiń­skim. Wojna ZSRR z Fin­lan­dią toczyła się od 30 listo­pada 1939 r. do 13 marca 1940 r., a nasze spo­tka­nie z tym woj­sko­wym esze­lo­nem miało miej­sce około 27 lutego. Potwier­dze­nie tego, że w tym czasie tą linią kole­jową trans­por­to­wano wojsko zna­la­złem w Mel­dunku z 27.02.1940 r. prze­sła­nym do Ludo­wego Komi­sa­rza Spraw Wewnętrz­nych tow. Berii. Mel­du­nek ten brzmiał: „Trans­port nr 4082 zatrzy­mano po drodze ran­kiem 26.02.1940 r. na stacji Jemca, około 80 km od miej­sca prze­zna­cze­nia ze względu na brak moż­li­wo­ści roz­ła­dunku na stacji Obo­zier­skaja zaję­tej przez esze­lony woj­skowe”2. Z Obo­zier­ska nasz trans­port poje­chał w kie­runku pół­nocno-zachod­nim jesz­cze około 50 km do koń­co­wej stacji Kodino. Tu linia kole­jowa się koń­czyła i tu rów­nież skoń­czyła się nasza jazda koleją, cho­ciaż nie był to koniec podróży. Jak sobie przy­po­mi­nam, Kodino było sporą osadą poło­żoną wśród tajgi, o zabu­do­wie roz­rzu­co­nej na prze­strzeni kil­ku­set metrów, oto­czoną wokół zaśnie­żo­nym lasem świer­ko­wym. W Kodi­nie koń­czył się pierw­szy już zbu­do­wany odci­nek linii kole­jo­wej, która miała połą­czyć główną linię Moskwa - Archan­gielsk z odle­głym o 400 km Bie­ło­mor­skiem, a ten miał dalsze połą­cze­nie kole­jowe z nie­za­ma­rza­ją­cym portem na Pół­wy­spie Kola - Mur­mań­skiem. Wów­czas nie wie­dzie­li­śmy, że w Kodi­nie znaj­duje się duży łagier, któ­rego więź­nio­wie, gdy znik­nie śnieg, przy­stą­pią do dal­szej budowy linii kole­jo­wej do Bie­ło­mor­ska.

W takich wagonach jechali ludzie deportowani w głąb Związku Sowieckiego.
W takich wagonach jechali ludzie deportowani w głąb Związku Sowieckiego. s. 30 w PDF

W Kodi­nie pozo­sta­wa­li­śmy w wago­nach przez dwa dni. Dopiero dru­giego dnia wie­czo­rem kazali nam się wyła­do­wy­wać. Nad­je­chała spora ilość sań zaprzę­żo­nych w konie, powo­żo­nych przez fur­ma­nów, na które zaczę­li­śmy w kolej­no­ści wsia­dać. I następ­nie poje­cha­li­śmy na noc w nie­zna­nym kie­runku. Nasz izwosz­czik spraw­nie powo­ził saniami, ale - jak pamię­tam - miał nie­wy­czer­pany zasób prze­kleństw, któ­rymi zachę­cał konia do szyb­kiej jazdy. Koń był dość inte­li­gentny i wła­ści­wie rozu­miał treść rzu­ca­nych wią­za­nek. Po pół­nocy, po prze­je­cha­niu około 35 km, doje­cha­li­śmy do wsi, w której mie­li­śmy zano­co­wać. Wieś się nazy­wała Wier­chowje, gdzie się zatrzy­ma­li­śmy i gdzie nas wszyst­kich roz­lo­ko­wano rodzi­nami w wiej­skich cha­tach. Były to chaty drew­niane, jed­no­izbowe. Izba miesz­kalna była usy­tu­owana na pię­trze, wcho­dziło się do niej się po scho­dach, a na par­te­rze były jakieś pomiesz­cze­nia gospo­dar­cze. Nasza cha­ziajka (gospo­dyni) była kobietą w śred­nim wieku, była dla nas sym­pa­tyczna, czę­sto­wała nas her­batą z leśnych suszo­nych jagód. Bardzo jej sma­ko­wały nasze kon­fi­tury z wiśni jako doda­tek do her­baty. Owszem, miała rów­nież cukier do zagry­za­nia, to znaczy cukier łupany, w twar­dych nie­fo­rem­nych kawał­kach, którym się nie sło­dziło, ale zagry­zało pity czaj, czyli her­batę. W związku z tym, że miesz­kańcy wsi zostali zobo­wią­zani do przy­ję­cia na kwa­terę Pola­ków otrzy­mali oni jako zapłatę od władz jeden litr nafty do oświe­tle­nia cha­łupy oraz nie­wielki przy­dział cukru. Były to ostat­nie dni lutego, zima mocno trzy­mała, wioska była pokryta ponad metrową war­stwą śniegu. Przez wioskę prze­pły­wała spora rzeka Mudiuga skuta grubą war­stwą lodu. Ale duża część rzeki w rejo­nie wsi była odśnie­żona i były tam zro­bione prze­rę­ble, z któ­rych ludzie brali wodę. Po trzech tygo­dniach zamknię­cia w wago­nie z wielką przy­jem­no­ścią śli­zga­łem się na lodzie w części rzeki, gdzie śnieg został odgar­nięty.

We wsi Wier­chowje byli­śmy trzy dni i czwar­tego dnia, a był to dzień 4 marca 1940 r., pod­sta­wiono sanie - pod­wody, na które zała­do­wa­li­śmy się z rze­czami i poje­cha­li­śmy w dalszą drogę. A koniec naszej podróży był bliski, bo zale­d­wie kil­ka­na­ście kilo­me­trów przez tajgę dzie­liło nas od miej­sca sta­łego pobytu. Dotar­li­śmy do osady leśnej zwanej w ofi­cjal­nej ter­mi­no­lo­gii władz NKWD spec­po­sioł­kiem Nr 68 (spe­cjalną osadą) o nazwie Szom­bo­ziero, a nas nazwano spec­pie­re­sie­len­cami, czyli spe­cjal­nymi prze­sie­dleń­cami. Osada ta była poło­żona nad jezio­rem Szom­bo­ziero i swoją nazwę zapo­ży­czyła od nazwy jeziora. A jezioro było dość duże, gdyż miało dłu­gość około kilo­me­tra, a sze­ro­kość do trzy­stu metrów i było poło­żone wśród tajgi. W momen­cie naszego przy­jazdu jezioro było zamar­z­nięte i pokryte grubą war­stwą śniegu, a po zachod­niej stro­nie jeziora wzdłuż brzegu stało w rzę­dzie kil­ka­na­ście bara­ków, a w tej licz­bie kilka bara­ków mniej­szych roz­mia­rów, w któ­rych mie­ściły się sto­łówka, bania, czyli łaźnia, sklep i pie­kar­nia. Był też na uboczu barak, w którym miesz­kał komen­dant spec­po­siołka i dwaj jego pomoc­nicy (mili­cjanci) jak rów­nież sprze­dawca zatrud­niony w skle­pie oraz kilku innych pra­cow­ni­ków. W odręb­nym obiek­cie mie­ściła się staj­nia dla koni. Z naszej grupy pię­ciu­set osób, które przy­je­chały saniami z Wier­chowja, znaczna część wyła­do­wała się w Szom­bo­zie­rze, ale nie wszy­scy, gdyż mniej­sza część w licz­bie kil­ku­dzie­się­ciu osób poje­chała dalej jesz­cze dwa kilo­me­try i zna­la­zła się w małej osa­dzie o nazwie Szes­toje Katisz­cze. Nazwę tę można prze­tłu­ma­czyć: Punkt Zała­dunku Drewna Nr 6 i nazwa ta miała zwią­zek z wcze­śniej­szym wyrę­bem lasu w tym rejo­nie i skła­do­wa­niem drewna przy­go­to­wa­nego do wywózki w tym punk­cie. Tak się zło­żyło, że moja rodzina zna­la­zła się w grupie skie­ro­wa­nej do Szó­stego Katisz­cza i tam zosta­li­śmy dowie­zieni przez naszego prze­woź­nika. W naszej osa­dzie - na Katisz­czu - jak się przy­jęło w skró­cie nazy­wać tę miej­sco­wość - były tylko dwa baraki miesz­kalne oraz dwa mniej­sze baraki, z któ­rych w jednym mie­ściła się bania, czyli łaźnia, a w drugim sto­łówka. Przy jednym z bara­ków znaj­do­wała się rampa będąca kon­struk­cją drew­nianą, która przed naszym przy­by­ciem do Katisz­cza słu­żyła do zała­dunku kloców drewna. Po przy­by­ciu na miej­sce wyła­do­wa­li­śmy rzeczy z sań i następ­nie zaję­li­śmy wska­zane nam miej­sce w jednej z izb baraku nr 1 (nume­ra­cja bara­ków na mapie, str. 34). Wraz z nami do tej izby dostały przy­dział jesz­cze dwie rodziny. Izba ta miała jeden piec tzw. chle­bowy oraz trzy łóżka z sien­ni­kami, po jednym łóżku dla każdej rodziny. W tej izbie zna­la­zło się nas czter­na­ście osób: moja rodzina pię­cio­oso­bowa, rów­nież pię­cio­oso­bowa rodzina Ste­fana Kola­now­skiego, leśni­czego spod Woł­ko­wy­ska, z żoną i dwoma synami - pięt­na­sto­let­nim Ire­ne­uszem i czter­na­sto­let­nim Janem oraz dzie­się­cio­let­nią córką i trze­cia rodzina p. Chmie­lew­skiego z żoną, dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nią córką i osiem­na­sto­let­nim synem. Chmie­lew­ski był osad­ni­kiem woj­sko­wym i podob­nie jak mój Ojciec byłym legio­ni­stą. Warunki egzy­sten­cji przy tak dużym zagęsz­cze­niu były trudne, ale do ścisku zdą­ży­li­śmy się przy­zwy­czaić pod­czas dwu­dzie­stu dni prze­by­wa­nia w zamknię­tym wago­nie. A pano­wie przy piecu ostro dys­ku­to­wali na tematy poli­tyczne, przy czym naj­bar­dziej rady­kalny w dys­ku­sji był Chmie­lew­ski. Z Bach­miń­skiego oby­dwaj pano­wie się często śmiali, że nie umie rąbać drewna do pale­nia w piecu i przy rąba­niu wyko­nuje jakieś nad­mierne dziwne ruchy ciałem. Wyraź­nie nie miał talentu do pracy fizycz­nej. Ale obo­wią­zy­wała zasada, że męż­czyźni na zmianę zaj­mują się pale­niem w piecu i każdy musiał swoją porcję drewna narą­bać.

Plan osady sporządzony przeze mnie na miejscu w 1940 r. Barak nr 5 - nasz barak mieszkalny, barak nr 2- łaźnia, barak nr 3- stołówka, barak nr 1 i 4 to pozostałe baraki mieszkalne. Brązowym kolorem zaznaczony jest las, zielonym łąka, linią przerywaną drogi. Przed barakiem nr 1 zaznaczono rampę załadunkową drewna. Przez łąkę idzie trasa traktorowa, która przechodzi przez dwa mosty.
Plan osady sporządzony przeze mnie na miejscu w 1940 r. Barak nr 5 - nasz barak mieszkalny, barak nr 2- łaźnia, barak nr 3- stołówka, barak nr 1 i 4 to pozostałe baraki mieszkalne. Brązowym kolorem zaznaczony jest las, zielonym łąka, linią przerywaną drogi. Przed barakiem nr 1 zaznaczono rampę załadunkową drewna. Przez łąkę idzie trasa traktorowa, która przechodzi przez dwa mosty. s. 34 w PDF

Baraki, w któ­rych zamiesz­kali Polacy, zarówno na Katisz­czu jak i w Szom­bo­zie­rze były zbu­do­wane przez Ukra­iń­ców depor­to­wa­nych w okre­sie repre­sji sto­so­wa­nych przez władzę sowiecką wobec kuła­ków i innych wrogów ludu w latach trzy­dzie­stych. Ukra­ińcy opu­ścili te baraki przed naszym przy­jaz­dem, ale co się z tymi ludźmi stało nie można było się dowie­dzieć - gdzieś się roz­pro­szyli. Nie znaczy to, że tych Ukra­iń­ców wyco­fano cał­ko­wi­cie z tego rejonu. Z danych sta­ty­stycz­nych wynika, że w obwo­dzie archan­giel­skim według stanu na dzień 1 paź­dzier­nika 1940 r. prze­by­wało 40130 tzw. trud­po­sie­len­ców, czyli ludzi przy­mu­sowo prze­sie­dlo­nych do pracy w ramach repre­sji sto­so­wa­nych wobec wła­snych oby­wa­teli. Było tych ukra­iń­skich osie­dleń­ców nieco mniej niż ilość depor­to­wa­nych oby­wa­teli pol­skich osie­dlo­nych w obwo­dzie archan­giel­skim, któ­rych liczba w roku 1940 wynio­sła około 55 tysięcy osób3.

Z moich obser­wa­cji wynika, że wśród nas, ludzi depor­to­wa­nych, nie wszy­scy byli zamożni i dobrze sytu­owani. W naszym baraku miesz­kała rodzina, w której było dwóch chłop­ców nieco młod­szych ode mnie i chłopcy ci nie mieli butów, a cho­dzili w łap­ciach. Łapcie były to zro­bione z kory drzewa, coś jakby san­dały, odpo­wied­nio sple­cione. W łap­ciach w przed­wo­jen­nej Polsce cho­dzili naj­bied­niejsi ludzie miesz­ka­jący na Pole­siu. W marcu 1940 roku na Katisz­czu były jesz­cze silne mrozy, a moi kole­dzy cho­dzący w łap­ciach jednak sobie nóg nie odmro­zili. Ludziom zamoż­nym łatwiej było tu prze­trwać, gdyż mogli ze sobą wziąć w czasie wywózki rzeczy oso­bi­ste, które można było tu sprze­dać i uzy­skać pie­nią­dze nie­zbędne do prze­ży­cia. Nato­miast ci bied­niejsi, którzy nie mieli co sprze­dać, a żyli tylko z niskich zarob­ków zazwy­czaj jednej osoby pra­cu­ją­cej w wie­lo­oso­bo­wej rodzi­nie, szybko znaj­do­wali się w sytu­acji kry­tycz­nej. Zaro­bek nie wystar­czał na fizyczne prze­ży­cie rodziny.

Po przy­jeź­dzie do Katisz­cza, po paru dniach wszy­scy doro­śli zostali zmo­bi­li­zo­wani do pracy. W pobliżu naszego baraku znaj­do­wał się obszar, gdzie roz­po­częto wycinkę lasu. Duża grupa męż­czyzn została przy­dzie­lona do tej pracy i była pod­po­rząd­ko­wana Rosja­ni­nowi - dzie­sięt­ni­kowi, wykwa­li­fi­ko­wa­nemu leso­ru­bowi (robot­ni­kowi leśnemu). Dostali oni piły i sie­kiery, a Rosja­nin poka­zy­wał im jak się ścina drzewa. Uczest­ni­czy­łem w tej robo­cie jako obser­wa­tor przez kilka dni i zauwa­ży­łem, że nie­któ­rzy Polacy robili szyb­kie postępy w zdo­by­wa­niu kwa­li­fi­ka­cji robot­nika leśnego. Ale mistrzem w tej robo­cie był ten die­siat­nik, który piłą kabłą­kową w poje­dynkę za jednym podej­ściem ścinał wielki świerk. Część naszych ludzi uczyła się ści­na­nia, a inni zaj­mo­wali się obci­na­niem gałęzi, cię­ciem ścię­tych świer­ków na krót­sze odcinki, a także sta­wia­niem metrów. Sta­wia­nie metrów pole­gało na tym, że dwie osoby piłą dwu­ręczną cięły ścięte drzewo na odcinki o dłu­go­ści jed­nego metra, a następ­nie te metrowe kloce ukła­dały jeden na drugim do wyso­ko­ści jed­nego metra two­rząc zespoły dłu­go­ści od jed­nego do kilku metrów. To drewno słu­żyło na opał, a długie odcinki były trans­por­to­wane do zakła­dów prze­my­słu drzew­nego do dal­szej prze­róbki, lub też na miej­scu mogły być wyko­rzy­stane do budowy bara­ków miesz­kal­nych. Nasi ludzie nie mieli odpo­wied­nich ubrań robo­czych ani cie­płych butów do pracy pod gołym niebem na mrozie i przy często pada­ją­cym śniegu. A Rosja­nin, ten die­siat­nik, był ubrany wzo­rowo: miał na głowie czapkę uszatkę, nosił wato­waną fufajkę i wato­wane spodnie, na nogach miał walonki z twar­dego woj­łoku a na dło­niach ciepłe ręka­wice. Wielu naszych, nie mając cie­płych ubrań i butów, odmro­ziło sobie ręce i nogi i było potem nie­zdol­nych do dal­szej pracy.

Rysunek autorstwa sybiraczki Marii Gostylli przedstawiający stawianie metrów w tajdzie.
Rysunek autorstwa sybiraczki Marii Gostylli przedstawiający stawianie metrów w tajdzie. s. 37 w PDF

Wszy­scy doro­śli i mło­dzież powy­żej szes­na­stu lat mieli obo­wią­zek pra­co­wać fizyczne. Spec­po­sio­łek był obozem pracy przy­mu­so­wej. Z obo­wiązku pracy mogli być zwol­nieni tylko chorzy lub kobiety mające pod swoją opieką więk­szą liczbę dzieci. Mie­li­śmy w Szom­bo­zie­rze punkt medyczny, gdzie zwol­nie­nia cho­ro­bowe dawała pra­cow­nica tego punktu field­sze­rica (fel­czerka). Zwol­nie­nia były wypi­sy­wane na małym świstku papieru odręcz­nie, ale opie­czę­to­wane pie­czę­cią okrą­głą z napi­sem: Archan­giel­skaja Obłast Oneż­skij Rajon. Mied­punkt Nr 1. Polak uchy­la­jący się od pracy, a nie mający zwol­nie­nia z Punktu Medycz­nego, mógł być sądzony za proguł (za absen­cję nie­uspra­wie­dli­wioną). Sąd się odby­wał na Bazie, to jest na odcinku robót nad rzeką Onegą w odle­gło­ści 20 km od Szom­bo­ziera, gdzie pra­co­wało więk­sze zgru­po­wa­nie naszych roda­ków przy spła­wia­niu drzewa. Był to sąd rejo­nowy (powia­towy), który przy­jeż­dżał z odle­głego o 35 km miasta Onegi i na sesji wyjaz­do­wej roz­pa­try­wał wnio­sek o uka­ra­nie, zło­żony przez komen­danta posiołka i ska­zy­wał oskar­żo­nego w opar­ciu o prze­pisy Dekretu Pre­zy­dium Rady Naj­wyż­szej. Taki sąd odbył się nad Jadwigą Wró­blew­ską, której zarzu­cono nie­sta­wie­nie się do pracy bez odpo­wied­niego uspra­wie­dli­wie­nia. Ale wyszła ona z tego pro­cesu obronną ręką, gdyż sąd uwzględ­nił zaświad­cze­nie od fel­czerki stwier­dza­jące, że córka pani Wró­blew­skiej była chora i matka musiała się nią opie­ko­wać. Zgod­nie z Dekre­tem za nie­obec­ność w pracy oraz uchy­la­nie się od pracy gro­ziło 6 mie­sięcy robót popraw­czych w miej­scu zatrud­nie­nia z potrą­ce­niem 25 proc. zarobku lub 2 do 6 mie­sięcy wię­zie­nia.

Dys­cy­pliny pracy pil­no­wał u nas komen­dant Popow, a gdy Popowa odwo­łano - jego następca Niko­ła­jenko wraz z dwoma umun­du­ro­wa­nymi pomoc­ni­kami: Jew­sie­je­wem i Gusie­wem, którzy cho­dzili po bara­kach i spraw­dzali czy wszy­scy wyszli do roboty. Warto dodać, że byli oni mate­rial­nie zain­te­re­so­wani w wyci­ska­niu dys­cy­pliny pracy, bowiem koszty utrzy­ma­nia Komen­dan­tury posioł­ko­wej oraz Komen­dan­tury Rejo­no­wej znaj­du­ją­cej się w mie­ście Onedze były pokry­wane z comie­sięcz­nych potrą­ceń 10 proc. zarob­ków ludzi depor­to­wa­nych. Potwier­dze­nie tej zasady znaj­duję w Ksią­żeczce Obra­chun­ko­wej mojego Ojca, gdzie od każdej wypłaty wyna­gro­dze­nia potrą­cono te 10 proc.

Miesz­kańcy posiołka nie mieli prawa bez zezwo­le­nia opusz­czać swego miej­sca zamiesz­ka­nia lub miej­sca pracy. Jeśli zaszła taka potrzeba nie­zbędna była prze­pustka wysta­wiona przez Komen­dan­turę lub przez przed­sta­wi­ciela rejo­no­wego NKWD, gdy zain­te­re­so­wany pra­co­wał poza posioł­kiem. Ale w rze­czy­wi­sto­ści mogli­śmy się prze­miesz­czać bez prze­pustki między naszymi dwoma posioł­kami Szom­bo­zie­rem i Katisz­czem, a także do stacji kole­jo­wej Gła­za­ni­cha jak rów­nież cho­dzić po lesie i zbie­rać jagody. By pójść do naj­bliż­szej wioski Wier­chowje, odle­głej od Katisz­cza o 15 km, gdzie można było kupić ziem­niaki i inne warzywa, konieczna była prze­pustka, ale prze­pustki takiej komen­dant nie dawał.

Zima 1940 r. szła ku koń­cowi, a śnieg, który miał gru­bość pół­tora metra zaczął wolno top­nieć i osia­dać. Po takim osia­da­ją­cym śniegu można było cho­dzić po powierzchni nie zapa­da­jąc się, gdyż śnieg osia­da­jąc był coraz bar­dziej zagęsz­czony i utrzy­my­wał ciężar ciała czło­wieka. Ale wkrótce, gdzieś w poło­wie kwiet­nia, ruszyły roz­topy. Mała rzeczka wypły­wa­jąca z jeziora Szom­bo­ziera, nosząca nazwę Szom­bru­czej, a prze­pły­wa­jąca przez Katisz­cze, zamie­niła się w czasie roz­to­pów w rwącą rzekę zasi­laną wodą z top­nie­ją­cego śniegu.

Gdy zima ustą­piła ludzie z Szom­bo­ziera i Katisz­cza byli kie­ro­wani do róż­nych prac zwią­za­nych z wyrę­bem lasu, spła­wia­niem dłużyc drewna rzeką Onegą w kie­runku Morza Bia­łego, a także ruszyły w wiel­kim tempie roboty zwią­zane z budową linii kole­jo­wej z Kodina do Bie­ło­mor­ska i część naszych roda­ków zna­la­zła zatrud­nie­nie przy budo­wie tej linii. W 1940 r. zbu­do­wano odci­nek 50-kilo­me­trowy z Obo­zier­ska do Kodina i pozo­stało do wyko­na­nia jesz­cze 350 km do Bie­ło­mor­ska. Gdy wyro­sła trawa na łąkach, ludzie nasi znaj­do­wali zaję­cie przy sia­no­ko­sach. Ta praca była uwa­żana za naj­lżej­szą, nie wyma­ga­jącą dużego wysiłku i dla­tego kie­ro­wano do niej ludzi star­szych i kobiety. Ale była to praca sezo­nowa i można było ją szybko stra­cić, a rów­no­cze­śnie praca ta była słabo wyna­gra­dzana, bo się otrzy­my­wało 3 ruble za dniówkę.

A na Katisz­czu przy­stą­piono do budowy trze­ciego baraku miesz­kal­nego. Widocz­nie komen­dant uznał, że zagęsz­cze­nie w ist­nie­ją­cych bara­kach jest nad­mierne i odbiega od obo­wią­zu­ją­cej normy 3 metrów kwa­dra­to­wych na osobę. Budowa ruszyła w dużym tempie. Mie­li­śmy wśród naszych ludzi z Katisz­cza takich, którzy się znali na tej robo­cie, więc barak rósł w oczach i gdzieś w maju 1940 roku był gotowy do zamiesz­ka­nia. Barak był wybu­do­wany w takim stylu jak stare baraki, to jest z okrą­głych bali świer­ko­wych, oko­ro­wa­nych, ukła­da­nych jeden na drugim. Bale były na styku ocio­sane na płasko, by mogły przy­le­gać do siebie na całej dłu­go­ści, a miej­sca przy­le­ga­nia uty­kano mchem, tak by nie było prze­świtu, co też dawało lepszą izo­la­cję cieplną. Barak miał dach dwu­spa­dzi­sty i nie­wiel­kie okna z szy­bami. Do tego baraku prze­nie­siono część ludzi z ist­nie­ją­cych dwóch sta­rych bara­ków, w któ­rych było naj­więk­sze zagęsz­cze­nie jak rów­nież prze­rzu­cono na Katisz­cze trochę ludzi z Szom­bo­ziera, bo tam w ist­nie­ją­cych bara­kach też było ciasno.

Tak się zło­żyło, że moja rodzina uzy­skała przy­dział na zamiesz­ka­nie w tym nowym baraku, a Kola­now­scy i Chmie­lew­scy pozo­stali na starym miej­scu, czyli w baraku nr 1. Nasz nowy barak miał jedno wej­ście środ­kowe i dwa wej­ścia boczne do izb miesz­kal­nych. W sumie w baraku było dwa­na­ście izb miesz­kal­nych. Na sąsia­du­jące ze sobą trzy izby przy­pa­dał wspólny piec usy­tu­owany we wspól­nej sieni, słu­żący do ogrze­wa­nia i do goto­wa­nia. Goto­wało się wsta­wia­jąc garnek na pale­ni­sku na roz­ża­rzo­nych węglach. Ale przy goto­wa­niu nie było ścisku, bowiem zapasy żyw­no­ściowe przy­wie­zione z Polski szybko się wyczer­pały i nie było co goto­wać, a w skle­pie znaj­du­ją­cym się w Szom­bo­zie­rze można było kupić tylko chleb na kartki, sól i naftę do oświe­tle­nia. Nie można było dostać tam ani kaszy, ani mąki, ani oliwy i trzeba było się zdać na posiłki ze sto­łówki.

Nasza izba była oddzie­lona od izb sąsied­nich prze­pie­rze­niem z cien­kich desek się­ga­ją­cym do wyso­ko­ści około dwóch metrów, a powy­żej była prze­strzeń nie­za­bu­do­wana na odle­głość pół metra, nad którą był sufit z desek, a powy­żej sufitu był spa­dzi­sty dach. Przez cien­kie prze­pie­rze­nie było wszystko sły­chać, co się dzieje i mówi u sąsia­dów, a co było naj­gor­sze, że w tym wspól­nym prze­pie­rze­niu znaj­do­wały się plu­skwy, które były nie do znie­sie­nia w nocy. W naszej izbie, która miała powierzch­nię około 15 metrów kwa­dra­to­wych było małe okno z wido­kiem na rzeczkę i na trasę trak­to­rową wyko­naną z uło­żo­nych na mokrym pod­łożu w poprzek drogi cien­kich pali. W czasie naszego tam pobytu trasa trak­to­rowa była nie­czynna, ponie­waż eks­plo­ata­cja tajgi w tym rejo­nie została zakoń­czona.

W naszej izbie był pry­mi­tywny drew­niany stół, ława do sie­dze­nia oraz w rogu było miej­sce do spania, gdzie na noc ukła­dało się z desek pryczę, na której ukła­dało się sien­nik wypchany sianem i cała rodzina kładła się obok siebie. Oprócz tego była mała ławeczka przy ścia­nie słu­żąca do sie­dze­nia dla jednej osoby, na której zazwy­czaj sie­dział Tato, w okre­sie, gdy był nie­zdolny do pracy i prze­by­wał w domu. Obok nas miesz­kali Teresz­ko­wie. On, blisko sześć­dzie­siątki, wysoki i bardzo szczu­pły czło­wiek, z zawodu - jak się przed­sta­wił - gorze­lan, czyli pra­cow­nik gorzelni. Żona była znacz­nie młod­sza od niego i mieli sie­dem­na­sto­let­nią córkę. Gdy minęła zima 1940 r., wszy­scy troje cho­dzili do pracy, prze­waż­nie na sia­no­kosy. Często pra­co­wali razem we trójkę lub matka razem z córką, a ojciec oddziel­nie. Praca przy sia­no­ko­sach nie była ciężka, ale wyma­gała spe­cjal­nego zabez­pie­cze­nia głowy przed mesz­kami, które na tych pod­mo­kłych łąkach okrut­nie cięły po odkry­tych czę­ściach ciała. Tereszko często wracał z pracy wcze­śniej niż żona z córką. Ponie­waż był głodny, to wsta­wiał do naszego wspól­nego pieca spory garnek z wodą, zago­to­wy­wał wodę i do wrzątku wrzu­cał pokro­jone kostki chleba. To danie nazy­wał kapłun­kiem. Jako pra­cu­jący otrzy­my­wał 800 gramów chleba, więc z części przy­działu chleba robił taki posi­łek rege­ne­ra­cyjny. Kalo­rycz­ność takiego kapłunka była nie­wielka i nie wyrów­ny­wał on utra­co­nych w pracy kalo­rii. Gdyśmy szli spać na roz­ło­żo­nej pryczy, nasze głowy przy­le­gały do prze­pie­rze­nia, za którym były głowy Teresz­ków. Nie było dużej zgody między nimi, często okła­dali się podusz­kami. Zazwy­czaj była koali­cja matki z córką prze­ciwko ojcu. Naj­gor­sze było to, że w naszym wspól­nym prze­pie­rze­niu roiło się od plu­skiew i trudno było zasnąć. Często przed zaśnię­ciem zapa­la­li­śmy lampę naf­tową i zaczy­nało się polo­wa­nie na plu­skwy, które przy świe­tle były widoczne i Mama przy pomocy meta­lo­wego szy­dełka je uśmier­cała. Plu­skwy były rów­nież między deskami sufitu i gdy ludzie spali, plu­skwy spa­dały z góry na śpią­cych. Ja tych spa­da­ją­cych plu­skiew nie widzia­łem, ale wszy­scy mówili, że fak­tycz­nie plu­skwy przy­swo­iły sobie takie umie­jęt­no­ści.

W trze­cim pomiesz­cze­niu obok Teresz­ków zamiesz­kała rodzina Paliń­skich. Była to rodzina z dużą ilo­ścią dzieci - wów­czas nie potra­fi­łem ich wszyst­kich poli­czyć. Fak­tycz­nie było ich tam dzie­wię­cioro, to jest rodzice i siedem córek w wieku od dwóch do trzy­na­stu lat. Ponie­waż Paliń­ski sam pra­co­wał, a żona zaj­mo­wała się dziećmi, nie mógł on zaro­bić tyle, żeby przy­naj­mniej wyku­pić przy­dział chleba i kaszę lub zacierkę w sto­łówce, więc dzieci zaczęły umie­rać. Z głodu umarło pięć córek. Pamię­tam śmierć jednej z nich, jede­na­sto­let­niej, którą uło­żono w naszej sieni w odkry­tej trum­nie zbitej z desek, a mocno przy­kuły moją uwagę wszy cho­dzące po twarzy mar­twego dziecka. Taki obraz nie ulega szybko zatar­ciu w pamięci. Trzeba dodać, że Paliń­scy na zsyłce spło­dzili jesz­cze jedną córkę. W Szom­bo­zie­rze miesz­kało jesz­cze troje doro­słych dzieci Paliń­skiego z pierw­szego mał­żeń­stwa, a mia­no­wi­cie doro­sła dziew­czyna i dwóch chło­pa­ków w wieku 18 i 20 lat. Ci dwaj mło­dzieńcy pra­co­wali w lesie bardzo wydaj­nie i zdo­byli sławę jako „sta­cha­nowcy”, czyli przo­dow­nicy pracy. Dobrze zara­biali i przy­słu­gi­wały im spe­cjalne przy­działy żyw­no­ściowe takich arty­ku­łów jak: cukier, cukierki, olej i może coś jesz­cze. Komen­dant posiołka sta­wiał ich za wzór innym jak należy pra­co­wać, ale nie mieli oni wielu naśla­dow­ców.

Chciał­bym wspo­mnieć o jesz­cze jednej rodzi­nie miesz­ka­ją­cej w naszym baraku. Była to rodzina Matia­sów. Zostali oni wywie­zieni z osady Koby­laki poło­żo­nej kil­ka­na­ście kilo­me­trów od Woł­ko­wy­ska. On był gajo­wym w Nad­le­śnic­twie Woł­ko­wy­skim. Rodzina Matia­sów skła­dała się z sied­miu osób, a między innymi był tam dzie­się­cio­letni chło­piec Bolek, z którym miałem kon­takty kole­żeń­skie oraz dwie ośmio­let­nie bliź­niaczki, które się bawiły z moją sze­ścio­let­nią sio­strą Hanią. Bolek zmarł na dyzen­te­rię w pociągu w paź­dzier­niku 1941 r. w czasie naszej podróży do Kazach­stanu. Matias często roz­ma­wiał z moim Ojcem i ja się tym roz­mo­wom przy­słu­chi­wa­łem. Jedna z tych rozmów była taka: - Panie leśni­czy, powin­ni­śmy spró­bo­wać stąd uciec do Polski. Weź­miemy ze sobą kosze z jakimś jedze­niem i pój­dziemy w las aż doj­dziemy do naszych domów w Polsce. Nie wiem, czy mówił serio czy tylko chciał usły­szeć opinię mego Ojca na ten temat. Ojciec oczy­wi­ście ocenił ten pomysł jako nie­moż­liwy do zre­ali­zo­wa­nia, bowiem do Woł­ko­wy­ska było 2000 km. Ale Matias widocz­nie z tym pomy­słem ucieczki sze­rzej się obno­sił i musiało to dotrzeć do Komen­dan­tury, bo Matias został aresz­to­wany. Matiasa aresz­to­wano, ale nie został on ska­zany i wrócił po jakimś czasie do domu.

W naszym baraku zamiesz­kało rów­nież mał­żeń­stwo Peresz­cza­ków. Byli to ludzie w pode­szłym wieku i nie nada­wali się abso­lut­nie do cięż­kiej pracy fizycz­nej w lesie, a nie pra­cu­jąc nie mieli pie­nię­dzy na życie i była per­spek­tywa, że szybko umrą z głodu. Komen­dant, by się pozbyć kło­potu, zała­twił dla Peresz­cza­ków miej­sce w pri­ju­tie, czyli przy­tułku. Peresz­cza­ko­wie poje­chali do tego pri­jutu, a jak długo tam prze­żyli nikt nie wie, bo nie było od nich żad­nych wia­do­mo­ści. Praw­do­po­dob­nie zostali oni umiesz­czeni w spe­cjal­nym Domu Inwa­li­dów w rejo­nie pine­skim, 200 km na wschód od Archan­giel­ska, dokąd kie­ro­wano ludzi sta­rych i inwa­li­dów z całego obwodu archan­giel­skiego.

Po wyjeź­dzie Peresz­cza­ków, do izby opusz­czo­nej przez nich wpro­wa­dziła się pani Jadwiga Wró­blew­ska, którą prze­nie­siono z Szom­bo­ziera do Katisz­cza. Moja Mama zaprzy­jaź­niła się z panią Jadwigą, która miała dwoje dzieci - dzie­się­cio­let­nią córkę Irenkę i pię­cio­let­niego syna Mariana. Pani Jadwiga pocho­dziła spod Woł­ko­wy­ska z miej­sco­wo­ści Józe­fowo, gdzie miała z mężem spore gospo­dar­stwo rolne, z pięk­nym sadem. Wró­blew­scy wyróż­niali się w oko­licy wiel­ko­ścią gospo­dar­stwa i zasob­no­ścią domu. Mąż pani Jadwigi był nie­obecny w domu w czasie depor­ta­cji, gdyż miał infor­ma­cję o pla­no­wa­nej wywózce i wyje­chał do Wilna, by tam prze­cze­kać aż zagro­że­nie minie. Unik­nął depor­ta­cji, ale w 1943 r., gdy prze­by­wał u siebie w Józe­fo­wie został zamor­do­wany w polu przez kogoś z miej­sco­wych, o czym pani Jadwiga dowie­działa się po wojnie, po powro­cie do Kraju. Pani Jadwiga często przy­cho­dziła do nas, zazwy­czaj z syn­kiem Maria­nem, na poga­wędkę. Marian już umiał nieźle czytać i popi­sy­wał się czy­ta­niem z Ele­men­ta­rza dla pierw­szej klasy, a także dekla­mo­wał wier­sze. Jego mama była zachwy­cona, że synek jest taki uta­len­to­wany. Córka, Irenka, po roz­po­czę­ciu roku szkol­nego zaczęła cho­dzić do szkoły do Szom­bo­ziera.

Kilka razy odwie­dzał nas na Katisz­czu pan Józef Korze­niow­ski, leśni­czy spod Woł­ko­wy­ska, miesz­ka­jący w Szom­bo­zie­rze, przy­no­sił jakieś książki i roz­ma­wiali z Ojcem o spra­wach bie­żą­cych. Pan Korze­niow­ski cha­rak­te­ry­zo­wał się wyso­kim wzro­stem i był czło­wie­kiem uczyn­nym. Zasłu­guje on na moją wdzięcz­ność, gdyż bardzo nam pomógł w bie­dzie, gdyśmy byli w Kazach­sta­nie w 1942 r.

Rów­nież w Szom­bo­zie­rze miesz­kał pan Labo­cha, z żoną i córką oraz rodzina Roz­wa­dow­skich. Wspo­mi­nam o nich, gdyż spo­tka­li­śmy się z nimi w Kazach­sta­nie po opusz­cze­niu naszego posiołka. Labo­cha, który był z zawodu leśni­czym, odwie­dził mego Ojca na Katiszcu kilka razy. O panu Labo­sze opo­wia­dano, że przed wojną wzbo­ga­cił się wygry­wa­jąc proces ze szpi­ta­lem o odszko­do­wa­nie. Był on sła­bego zdro­wia i gdy zacho­ro­wał trafił do szpi­tala, gdzie stan jego zdro­wia na tyle się pogor­szył, że lekarz pomył­kowo stwier­dził zgon pacjenta. Odsta­wiono go do kost­nicy, ale pacjent nie umarł, odzy­skał świa­do­mość, wsz­czął alarm i z powro­tem wzięto go na izbę cho­rych. Gdy wyzdro­wiał, pozwał szpi­tal o odszko­do­wa­nie za dodat­kowe cier­pie­nie i straty moralne zwią­zane z poby­tem w kost­nicy. Podobno zasą­dzono na rzecz nie­do­szłego nie­bosz­czyka spore odszko­do­wa­nie. Labo­cha na posiołku prawie nie pra­co­wał, powo­łu­jąc się na zły stan zdro­wia, ale też musiał mieć dużo rzeczy do sprze­da­nia, bo w miarę dobrze się odży­wiał i w dość dobrym stanie zdro­wia zna­lazł się póź­niej razem z nami w Kazach­sta­nie w mie­ście Dżam­bule.

Na Katisz­czu miesz­kał w jednym ze sta­rych bara­ków czło­wiek o nazwi­sku Chajan. To ten, z któ­rego synem często masze­ro­wa­łem do szkoły w Szom­bo­zie­rze. W Polsce pra­co­wał on jako gajowy. Miał wygląd i zacho­wa­nie inte­li­genta. Czło­wiek ten opo­wia­dał, że przed wojną był komu­ni­stą i skar­żył się, że został wywie­ziony przez pomyłkę i miał o to wielki żal do władzy sowiec­kiej. Chajan chwa­lił się, że we wrze­śniu 1939 r. roz­bra­jał pol­skich żoł­nie­rzy, którzy byli w roz­sypce, gdy Sowieci wkro­czyli ze wschodu. Nasz nad­zorca ze strony komen­dan­tury NKWD, Jew­sie­jew, gdy się dowie­dział, że jest wśród nas czło­wiek dekla­ru­jący się jako komu­ni­sta, kocha­jący Zwią­zek Sowiecki, mia­no­wał go swoim pomoc­ni­kiem - kon­fi­den­tem nad­zo­ru­ją­cym Pola­ków na Katisz­czu. Do obo­wiąz­ków Cha­jana nale­żało częste odwie­dza­nie poszcze­gól­nych rodzin w bara­kach i mel­do­wa­nie Jew­sie­je­wowi o wypo­wie­dziach, czy zacho­wa­niach, które mogły być uznane za wrogie w sto­sunku do władzy sowiec­kiej czy ustroju komu­ni­stycz­nego. Chajan roz­ma­wiał z Pola­kami po rosyj­sku, a jego syn, Tolo, też mówił tylko po rosyj­sku. Oprócz syna miał on jesz­cze córkę, która nosiła rosyj­skie imię Raisa i która cho­dziła do szkoły razem ze mną do tej samej klasy. Chajan często przy­cho­dził do nas do baraku, ubrany porząd­nie, w butach ofi­cer­kach i roz­ma­wiał z Ojcem na bie­żące tematy. Pamię­tam jego częsty cha­rak­te­ry­styczny zwrot: panie Bach­miń­ski, ja wam skażu takuju wieszcz (panie Bach­miń­ski, powiem panu taką rzecz). Były to roz­mowy spo­kojne w tonie bez jakichś sporów poli­tycz­nych. Ojciec wie­dział, że ma do czy­nie­nia z czło­wie­kiem, który poszedł na współ­pracę z władzą. Chajan zamiast cho­dzić do pracy w lesie i tracić zdro­wie tak jak wszy­scy miesz­kańcy naszej osady, korzy­stał z przy­wi­leju nie­pra­co­wa­nia. Na pewno za swoje zaję­cie musiał otrzy­my­wać wyna­gro­dze­nie z Komen­dan­tury. To, że spo­śród miesz­kań­ców Katisz­cza zostało aresz­to­wa­nych kilka osób, musiało być zasługą Cha­jana. Aresz­to­wano Matiasa, a także naszych dwóch współ­lo­ka­to­rów z baraku nr 1, z któ­rymi razem miesz­ka­li­śmy na samym początku po przy­jeź­dzie, to jest Ste­fana Kola­now­skiego oraz Sta­ni­sława Chmie­lew­skiego. Kola­now­ski dostał wyrok 10 lat pozba­wie­nia wol­no­ści za kontr­re­wo­lu­cyjną pro­pa­gandę i agi­ta­cję4. Fak­tycz­nie Chmie­lew­ski był mocno pyskaty i łatwo było zna­leźć dowody, że jest wro­giem władzy sowiec­kiej. Ludzie aresz­to­wani zazwy­czaj tra­fiali do wię­zie­nia w Archan­giel­sku i tam cze­kali na proces i wyrok5.

Komen­dan­tura znaj­do­wała się w Szom­bo­zie­rze, a komen­dan­tem był począt­kowo Popow, któ­rego z kolei zastą­pił Niko­ła­jenko. Ale dla nas na Katisz­czu naj­waż­niej­szym przed­sta­wi­cie­lem władzy był Jew­sie­jew, który miał pod swoim nad­zo­rem naszą osadę. Był on jednym z dwóch pomoc­ni­ków komen­danta spec­po­siołka i miał pełną władzę nad miesz­kań­cami Katisz­cza. Często robił on obchód wszyst­kich bara­ków i roz­ma­wiał z miesz­kań­cami. Nosił mundur funk­cjo­na­riu­sza NKWD i miał rewol­wer w kabu­rze. Był to czło­wiek dość młody, nie­zbyt wysoki blon­dyn, cho­ciaż nie­któ­rzy mówili, chyba zło­śli­wie, że jest ryży. Z moim Ojcem sporo roz­ma­wiał w czasie odwie­dzin na różne tematy. Ojciec biegle władał języ­kiem rosyj­skim, bowiem skoń­czył w Sosnowcu, będą­cym pod zabo­rem rosyj­skim, Real­noje Uczi­lisz­cze (Śred­nią Szkołę Realną) z rosyj­skim języ­kiem naucza­nia. Jew­sie­jew nie ścigał mojej Mamy za to, że nie pra­cuje. Widocz­nie przy­jął do wia­do­mo­ści, że do sta­wia­nia metrów się ona nie nadaje, a poza tym musi się zaj­mo­wać trójką dzieci, w tym sze­ścio­let­nią córką wyma­ga­jącą bez­po­śred­niej opieki.

W Mamy ksią­żeczce robot­nika leśnego zna­la­złem tylko jeden wpis z maja 1940 roku potwier­dza­jący pracę i wyna­gro­dze­nie za 9 dnió­wek robo­czych. Udało nam się zabrać z Polski wyso­kiej klasy maszynę do szycia, nożną, marki Singer, więc Mama pró­bo­wała trochę zara­biać szyjąc coś na tej maszy­nie na zamó­wie­nie dla naszych ludzi. Ale widocz­nie kraw­cową nie była naj­lep­szą i zamó­wie­nia szybko się skoń­czyły. Jew­sie­jew pozy­tyw­nie ocenił to, że Mama szyje na zamó­wie­nie i spytał kiedyś:

- Bach­min­skaja, wy part­ni­cha (Bach­miń­ska, czy jeste­ście kraw­cową)?

- Niet, ja nie part­ni­cha (nie, ja nie jestem kraw­cową). – odpo­wie­działa spon­ta­nicz­nie Mama.

Ale to zaprze­cze­nie wyni­kało stąd, że Mama nie znając jesz­cze rosyj­skiego, zro­zu­miała słowo part­ni­cha jako par­taczka i sądziła, że Jew­sie­jew sobie kpi z jej umie­jęt­no­ści kra­wiec­kich. Dopiero po odej­ściu Jew­sie­jewa wszystko się wyja­śniło i było trochę śmie­chu. Mimo to Jew­sie­jew pozo­stał w prze­ko­na­niu, że Mama jest kraw­cową, wyko­nuje poży­teczną pracę i nie gonił jej do pracy w lesie lub przy sia­no­ko­sach. Zresztą już w czerwcu 1940 r., po czte­rech mie­sią­cach od przy­jazdu, poja­wiły się u Mamy symp­tomy puchliny gło­do­wej, nastą­piła utrata sił i nie byłaby w stanie iść do żadnej pracy.

Mój Ojciec pro­wa­dził od dnia wywózki codzienny raport waż­nych zda­rzeń. Dzięki temu będę mógł przed­sta­wić prze­bieg jego pracy od momentu przy­jazdu do Katisz­cza. Na samym początku otrzy­mał Ksią­żeczkę Roz­ra­chun­kową robot­nika wydaną przez przed­się­bior­stwo One­ga­les, w której jako miej­sce zatrud­nie­nia podano oddział przed­się­bior­stwa w miej­sco­wo­ści Kara­mino. Kara­mino było wioską poło­żoną nad dużą rzeką Onegą w odle­gło­ści około 50 km od ujścia tej rzeki do Morza Bia­łego. Przy ujściu rzeki do morza było poło­żone powia­towe miasto Onega, w którym znaj­do­wał się rejo­nowy zarząd NKWD, a temu zarzą­dowi była pod­po­rząd­ko­wana nasza posioł­kowa Komen­dan­tura. Do Onegi było z Szom­bo­ziera około 55 km, a do Kara­mina około 20 km. Kara­mino było dla nas ważną miej­sco­wo­ścią, ponie­waż był tam urząd pocz­towy, przez który otrzy­my­wa­li­śmy listy, a nie­któ­rzy paczki żyw­no­ściowe z Polski. W Kara­mi­nie mie­ściła się rów­nież baza trak­to­rowa obsłu­gu­jąca cały teren pod­le­gły oddzia­łowi pro­wa­dzą­cemu wycinkę lasu i trans­port drewna do punków odbioru. W rejo­nie Kara­mina znaj­do­wał się też odci­nek robót zwany Bazą, gdzie odby­wały się prace zwią­zane ze spła­wia­niem drewna rzeką Onegą w kie­runku Morza Bia­łego. Pły­nące dłu­życe drewna były wycią­gane na brzeg w miej­sco­wo­ści Porog i tam szły do zakładu prze­róbki drewna. Spła­wia­nie drewna roz­po­czy­nało się po ustą­pie­niu lodów, czyli w maju i trwało do paź­dzier­nika, kiedy Onega zaczy­nała zama­rzać. Ojciec na samym początku, po przy­jeź­dzie do Katisz­cza, dostał pracę na miej­scu: w pierw­szym tygo­dniu przy łado­wa­niu kloców, w następ­nym tygo­dniu przy odgar­nia­niu śniegu na drodze przy bara­kach, a w kolej­nych dniach przy wycince lasu. Ponie­waż nie miał ocie­plo­nych butów umoż­li­wia­ją­cych wie­lo­go­dzinne prze­by­wa­nie na mrozie, doszło do poważ­nego odmro­że­nia dużego palca u nogi, w wyniku czego dostał od fel­czerki zwol­nie­nie od pracy na okres sze­ściu tygo­dni. W tym czasie przy­cho­dziła do Ojca kil­ka­krot­nie fel­czerka i robiła mu opa­trunki uży­wa­jąc do odka­ża­nia rany nad­man­ga­nianu potasu, co zapa­mię­ta­łem ze względu na fio­le­towy kolor tego pre­pa­ratu. Po zakoń­cze­niu zwol­nie­nia cho­ro­bo­wego został skie­ro­wany na początku maja 1940 r. do lżej­szej pracy, a mia­no­wi­cie do porząd­ko­wa­nia terenu po wyrę­bie lasu i pale­nia gałęzi, a następ­nie pra­co­wał razem z trzy­na­sto­let­nim synem, Zbysz­kiem, przy czysz­cze­niu łąk. Był też okres na prze­ło­mie maja i czerwca, kiedy przez trzy tygo­dnie nie było dla niego roboty i prze­by­wał w domu.

Ale lekka robota szybko się skoń­czyła i w poło­wie czerwca 1940 r. Ojciec dostał skie­ro­wa­nie do pracy na Bazie, gdzie pra­co­wało więk­sze zgru­po­wa­nie Pola­ków przy spła­wia­niu dłużyc drewna rzeką Onegą. Była to jedna z naj­cięż­szych prac i pole­gała ona na ścią­ga­niu trak­to­rem lub ręcz­nie wiel­kich dłużyc drewna na brzeg rzeki i wrzu­ca­niu ich w nurt rzeki. Poza tym Ojciec wyko­ny­wał takie prace jak koro­wa­nie kloców brzozy i świerka, czyli usu­wa­nie kory z kloców drewna prze­wi­dzia­nych do spła­wia­nia. Baza ta mie­ściła się w miej­sco­wo­ści Kara­mino odle­głej od Katisz­cza o 20 km. Robot­nicy zatrud­nieni na Bazie byli zakwa­te­ro­wani w bara­kach, na miej­scu mieli sto­łówkę z bardzo nędz­nym wyży­wie­niem, a do domu, czyli do Szom­bo­ziera lub Katisz­cza mogli wrócić w sobotę po robo­cie idąc pieszo 20 km, nato­miast w nie­dzielę po połu­dniu musieli już wracać, by być w ponie­dzia­łek rano w pracy. Ojciec wracał do domu tylko raz na dwa tygo­dnie, bo była to duża odle­głość, której poko­na­nie po cięż­kiej dniówce robo­czej wyma­gało czte­rech godzin marszu, a w nie­dzielę po krót­kim wypo­czynku, nale­żało przejść ten sam dystans z powro­tem. W czasie pracy na Bazie trwa­ją­cej trzy mie­siące, Ojciec nas odwie­dził na Katisz­czu pięć razy. Pamię­tam, że zawsze przy­cho­dził ledwie żywy ze zmę­cze­nia. Opo­wia­dał też, że pew­nego dnia w sto­łówce bardzo się zde­ner­wo­wał, gdy podano kolejny raz owsiankę bez okrasy i wtedy rzucił drew­nianą łyżkę o stół i opu­ścił sto­łówkę głodny i wście­kły. Gdy nas odwie­dzał skar­żył się, że ma zawroty głowy oraz objawy cho­roby zwanej po rosyj­sku cyngą, czyli szkor­butu spo­wo­do­wa­nego bra­kiem warzyw w poży­wie­niu.

Te trzy mie­siące cięż­kiej pracy przy braku w diecie mięsa, mleka, masła i warzyw spo­wo­do­wały utratę sił i ogólną degra­da­cję zdro­wia. A wyna­gro­dze­nie za tę pracę było niskie, zwa­żyw­szy, że zaro­bione pie­nią­dze powinny wystar­czyć na utrzy­ma­nie rodziny. Jak wynika z zapi­sów Ksią­żeczki Obra­chun­ko­wej Sta­ni­sława Bach­miń­skiego, zaro­bił on w okre­sie od marca do paź­dzier­nika 1940 r. 570 rubli netto (jest to zaro­bek pomniej­szony o 10% podatku potrą­ca­nego na pokry­cie kosz­tów utrzy­ma­nia komen­dan­tury NKWD). Za czas zwol­nie­nia cho­ro­bo­wego w tym sys­te­mie wyna­gra­dza­nia nie przy­słu­gi­wał żaden zasi­łek. Śred­nio mie­sięcz­nie w okre­sie tych ośmiu mie­sięcy wyna­gro­dze­nie wyno­siło 70 rubli, co nie wystar­czało na wykup przy­działu chleba i obia­dów sto­łów­ko­wych dla całej rodziny. Kilo­gram chleba kosz­to­wał 1 rubel i 20 kopie­jek, porcja kaszy owsia­nej 35 kopie­jek, a porcja zacierki 58 kopie­jek. Pię­cio­oso­bowa rodzina musiała codzien­nie zapła­cić za chleb i te dania sto­łów­kowe 7 rubli 50 kopie­jek, czyli w skali mie­siąca trzeba było wydać 230 rubli.

Sta­cha­nowcy, tacy jak bracia Paliń­scy, prze­kra­cza­jący usta­lone normy wydaj­no­ści pracy i mający wyso­kie zarobki, mogli sobie pozwo­lić na zamó­wie­nie w sto­łówce w Szom­bo­zie­rze zupy mię­snej - sup mia­snoj - która kosz­to­wała 1 rubel i 5 kopie­jek. Był w tej zupie nie­wielki kawa­łek mięsa, ale raczej nie było wiel­kiego popytu na tak wykwintne danie. Ja będąc często w sto­łówce w Szom­bo­zie­rze nigdy nie odwa­ży­łem się, by sobie zafun­do­wać sup mia­snoj i dla­tego nie mogę nic powie­dzieć na temat smaku tej zupy. Tra­dy­cyj­nie zama­wia­łem zacierkę lub owsiankę. W sto­łówce można było dostać także solone grzyby, ale były one paskudne w smaku i tylko raz je wzią­łem na spró­bo­wa­nie. W Szom­bo­zie­rze był skle­pik, do któ­rego cza­sami wstę­po­wa­łem, by spraw­dzić, czy nie przy­wie­ziono czegoś, co można by było kupić oka­zyj­nie. Kiedyś spo­tka­łem tam paru pol­skich sta­cha­now­ców, którzy przy­szli wyku­pić na spe­cjalne kartki cukierki lan­drynki oraz cukier i byłem świad­kiem nastę­pu­ją­cej roz­mowy:

- Jeść sachar, jeść kan­fiety (czy jest cukier, czy są cukierki)?

- Sachara i kan­fiet niet (cukru i cukier­ków nie ma). - odpo­wie­dział sprze­dawca.

- A paczemu niet (a dla­czego nie ma)?

Książeczka Obrachunkowa Stanisława Bachmińskiego
Książeczka Obrachunkowa Stanisława Bachmińskiego s. 52 w PDF

- A patamu szto nie pri­wie­zli (a dla­tego, że nie przy­wieźli).

- A paczemu nie pri­wie­zli (a dla­czego nie przy­wieźli)?

- A patamu szto łosza­diej niet (a dla­tego, że nie ma koni).

Jak widać trud­no­ści trans­por­towe też miały wpływ na brak towaru w skle­pie. Jednak ci przo­dow­nicy pracy dosta­wali w końcu swój przy­dział sło­dy­czy, łącz­nie z zale­gło­ściami, cza­sami parę kilo­gra­mów na raz.

Lato w 1940 roku było dość ciepłe i suche. Opady były nie­wiel­kie. Rzeczka Szom­bru­czej prze­pły­wa­jąca przez Katisz­cze w odle­gło­ści 50 metrów od naszego baraku, która w czasie roz­to­pów zamie­niała się w dużą rzekę, w lecie pły­nęła spo­koj­nym nurtem, a ponie­waż teren był bagni­sty, w nie­któ­rych miej­scach cho­wała się pod mchem i w rze­czy­wi­sto­ści była nie­wi­doczna. Z rzeczki tej miesz­kańcy naszego baraku brali wodę dla celów spo­żyw­czych i do wszel­kich innych celów. W lecie dzień był tu bardzo długi, a w lipcu słońce zacho­dziło tylko na trzy godziny - mie­li­śmy tak zwane „białe noce”, w czasie któ­rych można było nawet czytać nie uży­wa­jąc lampy. Z kolei, gdy przy­szła zima, słońce się poja­wiało w grud­niu i stycz­niu zale­d­wie na trzy - cztery godziny i szybko zapa­dała długa polarna noc. Było to zwią­zane z naszym poło­że­niem geo­gra­ficz­nym - do koła pod­bie­gu­no­wego było tylko trzy­sta kilo­me­trów. Naszą osadę, Katisz­cze, zamiesz­ki­wało, po zbu­do­wa­niu trze­ciego baraku, około 90 osób, a na głów­nym posiołku Szom­bo­ziero miesz­kało około 400 osób. Dokład­nej ilości osób, które przy­je­chały do obydwu naszych osad w marcu 1940 roku, nie jestem w stanie okre­ślić, choć mówiło się, że było to pięć­set osób. Jak wynika ze spisu spo­rzą­dzo­nego przez komen­dan­turę na dzień 1 stycz­nia 1941 r. było nas łącz­nie 476 osób. Na ogólną ilość 476 osób do naro­do­wo­ści bia­ło­ru­skiej przy­zna­wało się 51 osób, czyli 11 proc.6 Stan ilo­ściowy po 10 mie­sią­cach pobytu na zesła­niu zmniej­szył się z około 500 osób do 476, gdyż ludzie zaczęli umie­rać. Po 1 stycz­nia 1941 r., czyli po dacie spo­rzą­dze­nia spisu, miesz­kańcy naszych obydwu osad umie­rali w jesz­cze szyb­szym tempie, głów­nie z powodu nie­do­ży­wie­nia i chorób będą­cych następ­stwem osła­bie­nia orga­ni­zmu. W poło­wie drogi między Szom­bo­zie­rem a Katisz­czem, w lesie, przy drodze, zaczęto chować zmar­łych. Ponie­waż przez 10 mie­sięcy uczęsz­cza­łem do szkoły w Szom­bo­zie­rze i dwa razy dzien­nie mija­łem ten cmen­tarz, to widzia­łem jak się liczba grobów w szyb­kim tempie powięk­sza. Mówiono, że tych grobów w koń­co­wej fazie było około stu. Według moich sza­cun­ków doko­na­nych w opar­ciu imienny wykaz osób depor­to­wa­nych do posiołka Szom­bo­ziero7, ilość zmar­łych w ciągu 19 mie­sięcy w naszych obu posioł­kach wynio­sła około 65 osób, co sta­nowi 13 proc. stanu począt­ko­wego.

Nasi zesłańcy byli pod stałą obser­wa­cją trzech funk­cjo­na­riu­szy Komen­dan­tury, któ­rych zada­niem było nie tylko uzy­ska­nie mak­sy­mal­nego efektu z pracy przy­mu­so­wej, przy mini­mal­nym wyna­gro­dze­niu za pracę, lecz rów­nież ważnym celem tych przed­sta­wi­cieli władzy było wyła­py­wa­nie tych, którzy wypo­wia­dali się kry­tycz­nie o Związku Sowiec­kim, o władzy NKWD, lub kry­ty­ko­wali system pracy przy­mu­so­wej. Takich ludzi uzna­nych za nie­bez­piecz­nych dla władzy zaczęto repre­sjo­no­wać, czego wyra­zem były aresz­to­wa­nia. Aresz­to­wa­nych odsy­łano do Onegi na dalsze prze­słu­cha­nia, następ­nie tra­fiali oni do aresztu w Archan­giel­sku, gdzie byli z kolei sądzeni przez Kole­gium Spe­cjalne przy NKWD lub Sąd Obwo­dowy i zazwy­czaj otrzy­my­wali wyroki pięciu lub dzie­się­ciu lat obozu pracy - łagru. Gdy Ojciec pra­co­wał na jesieni 1940 r. przy budo­wie linii kole­jo­wej w rejo­nie stacji Gła­za­ni­cha i ja po zakoń­cze­niu lekcji w szkole posze­dłem go odwie­dzić w robo­cie, a następ­nie sze­dłem z powro­tem do Szom­bo­ziera, byłem świad­kiem jak enka­wu­dzi­sta z rewol­we­rem w ręku pro­wa­dził w kie­runku Gła­za­ni­chy idą­cego kilka kroków przed nim sku­tego w kaj­danki 25-let­niego Ana­tola Roz­wa­dow­skiego, który został aresz­to­wany. W tym samym dniu aresz­to­wano rów­nież 19-let­niego Sta­ni­sława Korze­niow­skiego. Oby­dwaj byli sądzeni w Archan­giel­sku i zostali ska­zani. Korze­niow­ski otrzy­mał pięć lat łagru za kontr­re­wo­lu­cyjną pro­pa­gandę i agi­ta­cję8. W Szm­bo­zie­rze aresz­to­wano jesz­cze kilku mło­dych męż­czyzn, któ­rych nazwisk nie znam. Można przy­jąć, że w sumie zostało aresz­to­wa­nych około dzie­się­ciu osób z obu naszych osie­dli. Anatol Roz­wa­dow­ski po wyroku został skie­ro­wany do łagru w Kodi­nie, któ­rego więź­nio­wie pra­co­wali przy budo­wie linii kole­jo­wej Obo­ziersk-Bie­ło­morsk, ale nie­stety nie docze­kał amne­stii i zmarł w tym łagrze w 1941 r.

Krót­kie lato 1940 roku szybko minęło. Dużo cho­dzi­łem po tajdze pozna­jąc naj­bliż­sze tereny leśne. Przez naszą osadę prze­bie­gała sze­roką wycinką leśną droga idąca w kie­runku miasta Onegi, choć obec­nie nie uży­wana do trans­portu drewna, ale dla mnie przy­datna, gdyż mogłem się nią poru­szać w linii pro­stej stą­pa­jąc po uło­żo­nych w poprzek drogi palach wzmac­nia­ją­cych bagienne pod­łoże. Była to tak zwana „drew­niana droga”. Przy tej drodze na pod­mo­kłym tere­nie poja­wiły się jagody podobne do malin o nazwie moroszka, rosnące nisko przy ziemi, począt­kowo koloru czer­wo­nego, a gdy doj­rzały były koloru poma­rań­czo­wego - cenne jako źródło wita­min, choć dość kwaśne i nie­zbyt smaczne. Naj­chęt­niej zbie­ra­łem czarne jagody, któ­rych było sporo, a na tere­nach bagien­nych spo­ty­ka­łem cenną żura­winę, ale wystę­po­wała ona w nie­wiel­kich ilo­ściach. Były rów­nież w lesie grzyby podobne do naszych rydzów, lecz były one wyjąt­kowo nie­smaczne i dla­tego ich nie zbie­ra­li­śmy. Nie było nie­stety tam praw­dziw­ków ani koza­ków, ani maśla­ków zna­nych nam z Polski. W tajdze były zające, ale nikt na nie polo­wał, bo nie mie­li­śmy broni palnej. Wia­domo, zające są szyb­kie i nie da ich się złapać. Ale był okres, kiedy nie­któ­rym się to uda­wało. Otóż wcze­snym latem rodziły się młode zające i my chłopcy z baraku nr 5 urzą­dza­li­śmy gru­powy pościg za tymi zającz­kami. Gdy taki zając się poja­wił w pobliżu baraku cała grupa chłop­ców rzu­cała się za nim w pogoń. Ponie­waż w lesie były sterty gałęzi, taki zając wpadał na nie, co zmniej­szało szyb­kość jego ucieczki, a często zaplą­tał się w gałę­zie na dobre i wtedy był nasz. Nie­stety ani ja, ani mój brat Zby­szek, nie byli­śmy zwy­cięz­cami w tym polo­wa­niu i inna rodzina miała ucztę. W rzeczce prze­pły­wa­ją­cej koło naszego baraku na Katisz­czu nie było ryb, które mogłyby być uzu­peł­nie­niem naszego wyży­wie­nia. Pró­bo­wa­łem parę razy łowić ryby na wędkę w jezio­rze Szom­bo­ziero, ale rezul­taty moich poło­wów były bardzo skromne. Przede wszyst­kim nie miałem porząd­nej wędki. Haczyk zro­bi­łem z igły do szycia, którą roz­har­to­wa­łem i odpo­wied­nio wypro­fi­lo­wa­łem, ale haczyk musiał mieć jakąś wadę, bo prawie nic nie zło­wi­łem.

Przy naszym baraku na dość piasz­czy­stym zboczu pagórka zna­leź­li­śmy trochę terenu wykar­czo­wa­nego, czyli pozba­wio­nego korzeni ścię­tych drzew i na tej działce posa­dzi­li­śmy wraz z paroma sąsia­dami ziem­niaki. Ale zbiory były cał­kiem nędzne, gdyż ziemia była, po zdję­ciu war­stwy ściółki leśnej, piasz­czy­sta, bez skład­ni­ków orga­nicz­nych. Nato­miast jeden z miesz­kań­ców naszego osie­dla, pan Filik, zasa­dził w pobliżu naszej działki na pła­skim tere­nie spory zagon ziem­nia­ków i wyro­sły mu wiel­kie wybu­jałe pędy jak rów­nież wkrótce wyko­pał wspa­niałe bulwy. Zagadka jego suk­cesu szybko się wyja­śniła. Otóż Filik, biegły w spra­wach uprawy roli, zorien­to­wał się, że nie­opo­dal naszego baraku jest miej­sce, w którym przed­tem była staj­nia i pozo­stało tam sporo nawozu koń­skiego i w tym miej­scu zasa­dził ziem­niaki. A była to ziemia niczyja i kto pierw­szy ją zajął uzy­ski­wał prawo do jej użyt­ko­wa­nia. Pro­cen­to­wała tu wiedza rol­ni­cza i dobre oko czło­wieka, który to wypa­trzył. Trzeba tu dodać, że miesz­kańcy naszych obu posioł­ków byli to w ogrom­nej więk­szo­ści rol­nicy. Po odzy­ska­niu przez Polskę nie­pod­le­gło­ści dostali oni ziemię jako zwykli osad­nicy, bądź jako osad­nicy woj­skowi. Nie­dużą grupę w Szom­bo­zie­rze i na Katisz­czu sta­no­wili gajowi oraz leśni­czo­wie (Wale­rian Wysocki w swoich Wspo­mnie­niach podaje, że było tam zale­d­wie dzie­się­ciu leśni­czych).

W tajdze nie było wilków, były nato­miast łosie i niedź­wie­dzie. Ja, mimo że sporo po tajdze cho­dzi­łem, jakoś żad­nego niedź­wie­dzia nie napo­tka­łem. Janek Czar­niecki miesz­ka­jący w Szom­bo­zie­rze opo­wia­dał, że napo­tkał w pobliżu ich osie­dla niedź­wie­dzicę wraz z małymi, ale na szczę­ście nie­zau­wa­żony przez zwie­rzę szybko się wyco­fał. Paru ludzi rów­nież opo­wia­dało o swoich spo­tka­niach z niedź­wie­dziem bru­nat­nym, ale nikt z nich nie został przez niedź­wie­dzia zaata­ko­wany. W zimie idąc drogą spo­ty­kało się liczne drzewa jarzę­biny z czer­wo­nymi pięk­nymi jago­dami. Jednak owoce jarzę­biny nie nada­wały się do spo­ży­cia ze względu na cierpki smaki i nikt tych owoców nie zrywał. W zimie jecha­łem do szkoły zazwy­czaj na nar­tach. Gdy w nocy padał śnieg, to rano jadąc do szkoły widzia­łem na śniegu dużo śladów zwie­rząt, które prze­bie­gały w poprzek drogi. Ale nie były to ślady dużych zwie­rząt, tylko jakichś mniej­szych takich jak zające, kuny, lisy i inne, któ­rych na pod­sta­wie śladów nie potra­fi­łem ziden­ty­fi­ko­wać.

Wszy­scy miesz­kańcy obu naszych osie­dli cier­pieli z powodu nie­do­ży­wie­nia. Nie­któ­rzy, mający rodzinę pozo­stałą na tere­nach zaję­tych przez Sowie­tów, pisali do rodziny o pomoc i fak­tycz­nie zaczęły nad­cho­dzić paczki żyw­no­ściowe zawie­ra­jące sło­ninę, masło, olej, cukier. Dzięki tym pacz­kom ludzie na krótko mogli popra­wić swoją kon­dy­cję fizyczną. Od kogoś, kto dostał paczkę żyw­no­ściową, Mama kupiła kostkę masła, ale było to masło zjeł­czałe i miało gorzki smak. Mimo to, masło szybko zje­dli­śmy i było to jedyne masło, jakie jadłem pod­czas całego pobytu na Katisz­czu. Miesz­kańcy naszych obu osie­dli zaczęli rów­nież kore­spon­do­wać z rodziną, cho­ciaż listy przy­cho­dzące miały ślady cen­zury. Zda­rzało się, że cenzor wyci­nał nożycz­kami zdania, zawie­ra­jące treść uznaną przez niego za szko­dliwą. Fak­tycz­nie byli­śmy odcięci od wia­do­mo­ści poli­tycz­nych zwią­za­nych z toczącą się wojną w Euro­pie. Nie­któ­rzy otrzy­my­wali w listach zaszy­fro­wane infor­ma­cje o bie­żą­cych wyda­rze­niach, które jednak nie były opty­mi­styczne. Byłem świad­kiem jak do jednej z rodzin z baraku nr 1 przy­szedł list, który był czy­tany na głos wobec więk­szej grupy sąsia­dów. List zaczy­nał się od słów: „W pierw­szych sło­wach tego listu niech będzie pochwa­lony Jezus Chry­stus. My jeste­śmy zdrowi, czego i wam życzymy.” Była to for­mułka sto­so­wana we wstę­pie listu dość powszech­nie. W dal­szej części listu była zaszy­fro­wana wia­do­mość doty­cząca sytu­acji poli­tycz­nej na zacho­dzie Europy. Brzmiało to mniej więcej tak, że w naszej wiosce Niko­dem miał zatarg z Bol­kiem, Fran­kiem i Ant­kiem, doszło do bójki, która się zakoń­czyła zwy­cię­stwem Niko­dema. Wszy­scy się domy­ślali, że Niko­dem - to Niemcy, Bolek – to Belgia, Franek – to Fran­cja, Antek - to Anglia. List był cen­zu­ro­wany, ale ta zaszy­fro­wana wia­do­mość została prze­pusz­czona przez cen­zora, bo była neu­tralna poli­tycz­nie, nato­miast cenzor w paru miej­scach użył noży­czek. War­tość takich zaszy­fro­wa­nych infor­ma­cji była nie­wielka, ale byłem świad­kiem jak ludzie chło­nęli te wia­do­mo­ści, choć nie dawały one nadziei, że coś się może zmie­nić na lepsze tu u nas w tajdze. Fak­tycz­nie nie­wiele wie­dzie­li­śmy, co się dzieje w Euro­pie, a był to okres, kiedy Niemcy pod­bi­jali Danię, Nor­we­gię, Belgię, Holan­dię i Fran­cję, a pakt przy­jaźni między Niem­cami i ZSRR nadal obo­wią­zy­wał.

My nie otrzy­ma­li­śmy żadnej paczki żyw­no­ścio­wej z Polski, nie mie­li­śmy bowiem nikogo z bli­skich po stro­nie zaję­tej przez Sowie­tów, a z części kraju oku­po­wa­nej przez Niemcy, gdzie mie­li­śmy rodzinę, paczek żyw­no­ścio­wych nie wolno było wysy­łać. Otrzy­ma­li­śmy tylko jedną paczkę z rze­czami od sio­stry Mamy spod oku­pa­cji nie­miec­kiej, z Suche­dniowa (woj. kie­lec­kie). Rzeczy te miały nie­wielką war­tość han­dlową, ale nada­wały się do sprze­daży Rosja­nom. Żeby się rato­wać przed głodem zaczę­li­śmy sprze­da­wać różne rzeczy, które udało się wziąć ze sobą z Woł­ko­wy­ska. Kupo­wali je Rosja­nie przy­jeż­dża­jący do naszego osie­dla na zakupy. Byli to ofi­ce­ro­wie nad­zo­ru­jący łagry, cza­sami jacyś urzęd­nicy z Onegi lub ludzie nad­zo­ru­jący budowę linii kole­jo­wej – często towa­rzy­szyły im żony. Rzeczy, które mie­li­śmy na sprze­daż, były chęt­nie kupo­wane, gdyż były dobrej jako­ści i takich rzeczy nie było u nich nawet w dużych mia­stach. Cho­ciaż była jedna Rosjanka z Lenin­gradu, która coś kupo­wała od nas i która twier­dziła, że w Lenin­gra­dzie można kupić podob­nie dobre rzeczy jak nasze. Naj­cen­niej­sze było jednak to, że w wielu przy­pad­kach Rosja­nie pła­cili za towar nie tylko rublami, ale także w natu­rze, na przy­kład oliwą, mąką, kaszą, a w zimie mro­żo­nymi rybami.

Kupu­jący musieli mieć uzgod­nione z komen­dan­tem wizyty han­dlowe w naszych bara­kach, gdyż Jew­sie­jew nie mie­szał się do tych spraw i ani nas, ani kupu­ją­cych nie ścigał za handel. Przy­wieź­li­śmy z Polski sporo cen­nych rzeczy i dzięki ich sprze­daży były pie­nią­dze na zakup chleba i dań wyda­wa­nych przez sto­łówkę. Mam zacho­wany spis rzeczy, które sprze­da­li­śmy, a wśród nich naj­cen­niej­sza była nożna maszyna do szycia marki Singer, za którą zapła­cono 1250 rubli i dodat­kowo dosta­li­śmy 6 kg ryby, litr oleju i 6 kg mąki pszen­nej. Była jesz­cze druga cenna trans­ak­cja opła­cona gotówką i arty­ku­łami spo­żyw­czymi, a mia­no­wi­cie za kostium „angiel­ski” Mamy dosta­li­śmy 300 rubli oraz 10 kg ryby mro­żo­nej, 15 kg chleba, 6 kg mąki pszen­nej, 4 kg grochu i 1 kg sło­niny. Rybę prze­cho­wy­wa­li­śmy przez parę tygo­dni w ujem­nej tem­pe­ra­tu­rze na zewnątrz baraku, scho­waną pod drew­nem opa­ło­wym. Ryba wystar­czyła na wiele posił­ków, a szcze­gól­nie się przy­dała na Wigi­lię 24 grud­nia 1940 r. Jak wynika z zapi­sków Ojca za wszyst­kie sprze­dane rzeczy otrzy­ma­li­śmy 4900 rubli w gotówce, a otrzy­mane arty­kuły spo­żyw­cze miały war­tość 430 rubli.

Miesz­kańcy naszej osady byli ska­zani na nędzne odży­wia­nie dopro­wa­dza­jące do utraty sił i pogor­sze­nia stanu zdro­wia. Można było kupić jedy­nie chleb na kartki tzw. pajok, czyli przy­dział w ilości 800 gramów na osobę pra­cu­jącą i 400 gramów na nie­pra­cu­jącą oraz w sto­łówce można było dostać zazwy­czaj dwa dania to jest kaszę owsiankę oraz zupę mączną, tak zwaną zacierkę na wodzie, być może okra­szoną paroma kro­plami oliwy. Na początku złe odży­wia­nie nie dawało obja­wów pogor­sze­nia kon­dy­cji zdro­wot­nej, ale po kilku mie­sią­cach ludzie zaczęli cho­ro­wać z powodu sła­bego odży­wia­nia. Poja­wiły się rów­nież cho­roby zakaźne takie jak tyfus, dyzen­te­ria, a także kurza śle­pota obja­wia­jąca się tym, że czło­wiek dotknięty tą dole­gli­wo­ścią, o zmierz­chu nic nie widział. Na tyfus ciężko cho­ro­wała pani Kola­now­ska, nasza dawna współ­lo­ka­torka z baraku nr 1. Spo­tka­łem ją idąc kiedyś do Szom­bo­ziera jak jechała na woło­kusz­kach do Katisz­cza, z ogo­loną głową, wra­ca­jąc ze szpi­tala. Ponadto ludzie zaczęli cho­ro­wać na szkor­but, który miał swoją przy­czynę, podob­nie jak kurza śle­pota, w braku jarzyn w poży­wie­niu. Poja­wiła się rów­nież groźna cho­roba zwią­zana ze złym odży­wia­niem zwana obrzę­kiem gło­do­wym lub cho­robą gło­dową. Obrzęk zaczy­nał się od dol­nych partii nóg i postę­po­wał w górę aż docho­dziło do obrzęku brzu­cha, przy czym chory tracił siły. Według defi­ni­cji medycz­nej „cho­roba gło­dowa jest zespo­łem obja­wów wystę­pu­ją­cych w gło­dze­niu ze szcze­gól­nym nie­do­bo­rem białka i wita­min. Naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym jej obja­wem są tzw. obrzęki gło­dowe takie jak puchlina koń­czyn dol­nych i puchlina brzuszna".

Władzy sowiec­kiej można posta­wić zarzut, że sto­so­wała metodę dopro­wa­dza­nia do śmierci wielu wywie­zio­nych Pola­ków przez zmu­sza­nie ich do cięż­kiej pracy w tajdze przy gło­do­wych racjach żyw­no­ścio­wych, przy braku mięsa, warzyw i tłusz­czy.. Na naszym posiołku można było od funk­cjo­na­riu­szy komen­dan­tury NKWD usły­szeć takie zdania:

- My was zdieś pri­wie­zli sztoby wy pado­chli (przy­wieź­li­śmy was tu żeby­ście zde­chli).

lub

- Niczewo, nie pam­riosz, a kak pam­riosz, pacho­ro­nim (nie martw się, nie umrzesz, a jak umrzesz, to pocho­wamy).

lub

- Kto nie rabo­ta­jet, tot nie kusza­jet (kto nie pra­cuje, ten nie je).

Te ostat­nie słowa były wzięte z Lenina. Tego typu wypo­wie­dzi zda­rzały się dość często. Rów­nież często przed­sta­wi­ciele władzy powta­rzali, że zosta­li­śmy tu depor­to­wani na wsiegda, czyli na zawsze. Była to dla nas Pola­ków bardzo bole­sna prawda, poparta przy­kła­dem depor­to­wa­nych ukra­iń­skich kuła­ków, którzy nie mogli wrócić na Ukra­inę.

Jest w moim posia­da­niu list napi­sany przez moją Mamę do swojej mamy i sio­stry miesz­ka­ją­cych w woje­wódz­twie kie­lec­kim, pod oku­pa­cją nie­miecką, który sta­nowi swego rodzaju doku­ment opi­su­jący naszą sytu­ację po czte­rech mie­sią­cach pobytu na zesła­niu. Przed­sta­wiam dosłowną treść pierw­szej części tego listu:

„2 lipca 1940 r. Szóste Katisz­cze. Rosja Sowiecka [...] Opiszę Wam smutne w życiu naszym chwile, które prze­ży­li­śmy i obec­nie prze­ży­wamy. Otóż 10 lutego br. zabrano nas z miesz­ka­nia pod kara­bi­nem i wywie­ziono do Rosji Sowiec­kiej nad Białe Morze koło Archan­giel­ska. Z miesz­ka­nia pozwo­lono nam zabrać ubra­nie, bie­li­znę, pościel, trochę żyw­no­ści kilka garn­ków, poza tym wszystko zosta­wi­li­śmy: meble, por­ce­lanę, obrazy, 300 kilo mąki i inne rzeczy. Piszę już drugi list, gdyż na pewno pierw­szy do Was nie doszedł. Miesz­kamy w lesie 50 kilo­me­trów od kolei w bara­kach po kilka rodzin razem, miesz­ka­nie nasze jest 5 metrów długie i 3 metry sze­ro­kie. Odży­wiamy się tylko chle­bem, wodą i zacierką postną lub okra­szoną olejem, żad­nych tłusz­czów tu dostać nie można, czasem jest kasza, mleka nigdy nie widzimy, ponie­waż tu nie ma blisko wsi żadnej, jeste­śmy w szcze­rym lesie sami wywie­zieni. A jest tu kuch­nia sowiecka, w której gotują dla nas jeść i nic prócz tego kupić do życia nie możemy. Za te potrawy musimy płacić drogo. Wszy­scy tutaj pra­cują jako robot­nicy leśni, ści­nają drzewa, sta­wiają metry, ładują drzewo na trak­tory, spła­wiają itp. Henio pra­co­wał w lesie, a nawet ja ze Zbysz­kiem i Kazi­kiem w zimie przy sta­wia­niu metrów. Potem odmro­ził sobie Henio nogi tak, że przez mie­siąc nie mógł cho­dzić na robotę. Teraz pra­cuje na Bazie 20 kilo­me­trów od domu i przy­cho­dzi do domu co 2 tygo­dnie. Pracę ma ciężką, spusz­cza drzewo do rzeki Onegi, całe bale, to jest robota akor­dowa. Na życie dla nas wszyst­kich zapra­co­wać nie może, toteż ja sprze­daję swoje sukienki, które przy­wio­złam, co tylko mam, aby wyżyć z dziećmi. Pra­co­wać sama nie mogę, bo nie mam siły. Nogi mi puchną z braku odży­wia­nia i wil­got­nego kli­matu, powie­trze jest tu nie­zdrowe, bagna same, jeziora. Bardzo nam ciężko żyć i smutno, oby Bóg dał powró­cić w swoje strony. Kochana Mamo i Maniu taki ciężki los nas spo­tkał, może nas trochę pora­tu­je­cie prze­sy­ła­jąc nam paczkę żyw­no­ściową masła sło­niny i cukru. Tutaj nad­cho­dzą wszyst­kim paczki z Bia­ło­rusi ośmio­ki­lowe. Maniu, poin­for­muj się czy można od Was wysłać paczki do Rosji, bo tłusz­czu już nie mam, wszystko wyszło co zabra­łam z domu. Jeste­śmy tak jak w wię­zie­niu, nig­dzie nie wolno nam wyjeż­dżać ani odda­lać się na krok, bo nas pil­nują. Nie wiemy czy się stąd wydo­sta­niemy sami i kiedy, może nigdy [...]”.

Ten list sta­nowi ważny doku­ment ilu­stru­jący bez­na­dziejną sytu­ację, w jakiej się zna­leź­li­śmy. A jak prze­biega obrzęk gło­dowy mogłem prze­śle­dzić z bliska, bowiem objawy tej cho­roby poja­wiły się u mojej Mamy. Na początku zaczęły jej puch­nąć nogi w oko­licy kostek i wyglą­dało to nie­groź­nie, ale potem opu­chli­zna zaczęła obej­mo­wać całe nogi i z kolei zaczęła się posu­wać coraz wyżej. Zadzi­wia­jące było to, że objawy cho­roby wystą­piły już w czerwcu 1940 r., czyli zale­d­wie po czte­rech mie­sią­cach pobytu na posiołku. Mie­li­śmy tam jakąś opiekę medyczną w postaci Punktu Medycz­nego, który się znaj­do­wał w Szom­bo­zie­rze, obsłu­gi­wa­nego przez fel­czerkę, ale na cho­robę gło­dową fel­czerka nie miała lekar­stwa. Trzeba przy­znać, że w razie cięż­szej cho­roby Punkt Medyczny kie­ro­wał pacjenta do szpi­tala, który się znaj­do­wał w Cze­ku­je­wie, wiosce poło­żo­nej nad rzeką Onegą, w odle­gło­ści 40 km od Katisz­cza. I moja Mama we wrze­śniu 1940 roku dostała skie­ro­wa­nie do szpi­tala, gdy opu­chli­zna się­gała już do pasa i Mama była ogól­nie bardzo słaba. W związku ze skie­ro­wa­niem Mamy do szpi­tala, Ojciec, który pra­co­wał na Bazie, zaczął się starać o prze­nie­sie­nie do pracy bliżej Katisz­cza, by mógł się zaopie­ko­wać dziećmi w czasie nie­obec­no­ści żony. Funk­cjo­na­riusz NKWD nad­zo­ru­jący Bazę wyra­ził zgodę na prze­nie­sie­nie Ojca do pracy bliżej miej­sca zamiesz­ka­nia. Była to praca przy budo­wie linii kole­jo­wej w rejo­nie stacji Gła­za­ni­cha, odle­głej o 5 km od Katisz­cza. Jak wynika z zapi­sków Ojca, jego praca przy budo­wie linii kole­jo­wej pole­gała na kar­czo­wa­niu trasy, na której miały być ukła­dane tory kole­jowe. By zbu­do­wać linię kole­jową, trzeba było naj­pierw wyciąć tajgę two­rząc trasę pozba­wioną drzew, pnie ścię­tych drzew wykar­czo­wać, utwar­dzić pod­łoże, zrobić nasypy w miej­scu obni­że­nia terenu albo prze­kopy w miej­scu wznie­sie­nia terenu i na koniec przy­stą­pić do ukła­da­nia torów. Trasa linii kole­jo­wej biegła w linii pro­stej i napo­ty­kała często na tereny bagni­ste, co wyma­gało dodat­ko­wego wysiłku, by te bagna usta­bi­li­zo­wać, a także nale­żało zbu­do­wać nie­zbędne mosty.

Ojciec pra­co­wał przy budo­wie linii kole­jo­wej krótko, ale spo­tkał go tam poważny kłopot zwią­zany z tym, że pró­bo­wał kupić od jed­nego z pra­cu­ją­cych tam więź­niów walonki, czyli wyso­kie buty z twar­dego woj­łoku, dobre na mrozy, które były mu potrzebne na zimę. W związku z tą trans­ak­cją został zade­nun­cjo­wany przez kogoś do komen­danta. Taki handel z więź­niami był zabro­niony. O szcze­gó­łach tego incy­dentu Ojciec nie chciał opo­wia­dać, ale trafił za to do aresztu w Szom­bo­zie­rze, jednak po kilku dniach został z niego zwol­niony.

Linię kole­jową łączącą Obo­ziersk z Bie­ło­mor­skiem budo­wano w dużym tempie zatrud­nia­jąc znaczną ilość zaklu­czo­nych, czyli więź­niów. Więź­niów do pracy dostar­czał Główny Zarząd Obozów Pracy Kolei Pół­noc­nej NKWD Soro­ko­łag. Budowa kolei przez więź­niów odby­wała się w takim sys­te­mie, że co parę kilo­me­trów orga­ni­zo­wano obóz pracy, czyli łagier, zwany też kolo­nię karną, w której miesz­kali więź­nio­wie w pro­wi­zo­rycz­nych drew­nia­nych bara­kach, oto­czo­nych wyso­kim ogro­dze­niem z dwiema wie­żami straż­ni­czymi, z któ­rych straż­nicy - striełki, wypo­sa­żeni w kara­biny mieli pod obser­wa­cją cały teren kolo­nii. Te kolo­nie karne, po rosyj­sku kałonny, były ponu­me­ro­wane, a po zakoń­cze­niu wyzna­czo­nego odcinka robót, więź­niów prze­no­szono parę kilo­me­trów dalej, gdzie orga­ni­zo­wano nową sie­dzibę kolo­nii. Jedna z takich kolo­nii znaj­do­wała się w rejo­nie stacji Gła­za­ni­cha, a gdy więź­nio­wie tę kolo­nię opu­ścili po zakoń­cze­niu robót, miałem okazję cho­dzić po opusz­czo­nych bara­kach. Baraki były zbu­do­wane z desek jako pro­wi­zo­ryczne obiekty słu­żące do zamiesz­ka­nia przez więź­niów w bli­skiej odle­gło­ści od placu budowy. Cho­dzi­łem z nadzieją, że coś war­to­ścio­wego tam znajdę. W lecie 1940 roku budowa była w pełnym toku w rejo­nie stacji Gła­za­ni­chy i postę­po­wała z dużą pręd­ko­ścią w kie­runku miasta Onegi. W następ­nym roku 1941 już na tej trasie do Onegi kur­so­wały pociągi oso­bowe. Pasa­że­rom jed­nego z takich pocią­gów sprze­da­wa­łem pew­nego dnia na stacji Gła­za­ni­cha czarne jagody uzbie­rane w lesie. Jedna z pasa­że­rek roz­ma­wiała ze mną i wypy­ty­wała o los depor­to­wa­nych Pola­ków, miesz­kań­ców pobli­skiego posiołka, a na koniec pochwa­liła mnie, że sobie dobrze radzę ze sprze­dażą wypo­wia­da­jąc słowa: Wot mała­dziec mal­czik! (Zuch chło­pak!). Kolej z Obo­zier­ska do Bie­ło­mor­ska miała zna­cze­nie stra­te­giczne, dawała bowiem bez­pieczne połą­cze­nie rejonu Moskwy z Mur­mań­skiem, nie­za­ma­rza­ją­cym portem na Pół­wy­spie Kola. Budowa odby­wała się rów­no­cze­śnie w róż­nych punk­tach wyzna­czo­nej trasy, co zwięk­szało tempo budowy. Gdy 22 czerwca 1941 r. wybu­chła wojna z Niem­cami i Niemcy szybko, bo 8 wrze­śnia zamknęli Lenin­grad w okrą­że­niu, a w paź­dzier­niku 1941 r. zaczęła się bitwa o Moskwę, połą­cze­nie kole­jowe z Mur­mań­skiem, omi­ja­jące rejon Lenin­gradu, stało się bardzo ważne, ponie­waż począw­szy od grud­nia 1941 r. zaczęły przy­pły­wać do Mur­mań­ska kon­woje ame­ry­kań­sko-bry­tyj­skie ze sprzę­tem woj­sko­wym. Sprzęt ten mógł bez­ko­li­zyj­nie dotrzeć z Mur­mań­ska w kie­runku zaple­cza frontu nową trasą kole­jową przez Bie­ło­morsk do Obo­zier­ska i dalej na połu­dnie w kie­runku Moskwy. Domy­ślam się, że Główny Zarząd Obozów Pracy Kolei Pół­noc­nej NKWD dys­po­nu­jący wiel­kimi zaso­bami łagier­ni­ków, zmo­bi­li­zo­wał te zasoby, by kolej mogła być szybko oddana do użytku. Ale myśmy w paź­dzier­niku 1941 r. opu­ścili miej­sce naszej zsyłki i nie mogli­śmy być świad­kami, czy z Bie­ło­mor­ska przez Gła­za­ni­chę jadą trans­porty ze sprzę­tem woj­sko­wym.

Trzeba wspo­mnieć, że władza sowiecka potra­fiła mobi­li­zo­wać wiel­kie ilości więź­niów do budowy waż­nych obiek­tów. Tak było w latach 1931-1933, gdy budo­wano kanał Bia­ło­mor­sko-Bał­tycki. Do budowy kanału łączą­cego Morze Białe z Morzem Bał­tyc­kim zmo­bi­li­zo­wano ponad 100 tysięcy więź­niów i zbu­do­wano ten wielki kanał w nie­całe dwa lata.

W związku z tym, że Mama otrzy­mała skie­ro­wa­nie do szpi­tala w Cze­ku­je­wie, Ojciec uzy­skał w komen­dan­tu­rze zezwo­le­nie, by ją tam odpro­wa­dzić, dla­tego też prze­rwał pracę przy kar­czo­wa­niu trasy kole­jo­wej i musiał posta­rać się o jakiś środek trans­portu. Uzy­skał w komen­dan­tu­rze pod­wodę w postaci tzw. woło­ku­szek z fur­ma­nem. Woło­kuszki sta­no­wiły rodzaj krót­kich sań zaprzę­gnię­tych w konia i na pewno nie były one zbyt wygodne do prze­wo­że­nia osoby chorej, ale wóz na kołach na tych leśnych wąskich dro­gach nie byłby dużo lepszy. Woło­ku­szek uży­wano tutaj zarówno w lecie jak i w zimie. Do Cze­ku­jewa było 40 km, a nie­wiel­kie to osie­dle, w którym się znaj­do­wał szpi­tal, było poło­żone nad rzeką Onegą. Podróż do szpi­tala tą pod­wodą musiała trwać kilka godzin, a z powro­tem Ojciec musiał iść pieszo. W sumie wyprawa do Cze­ku­jewa zabrała mu cztery dni.

W czasie pobytu Mamy w szpi­talu, który trwał od 24 wrze­śnia do 24 paź­dzier­nika 1940 r., czyli cały mie­siąc, Ojciec pra­co­wał gdzieś w pobliżu naszego posiołka, ale jego dzien­nik kończy się na dacie 30 wrze­śnia 1940 r. i jest tam tylko infor­ma­cja, że po powro­cie z Cze­ku­jewa pra­co­wał w ostat­nich dniach wrze­śnia przy pale­niu gałęzi pozo­sta­łych po wycince lasu. Pod­czas nie­obec­no­ści Mamy, ja z bratem cho­dzi­łem do szkoły w Szom­bo­zie­rze, a sze­ścio­let­nia sio­stra zosta­wała sama w domu. Jak pamię­tam, w tym czasie naj­więk­szy pro­blem mie­li­śmy z wszami. Chcąc się ich pozbyć musia­łem podjąć jakieś dzia­ła­nie. Wypada tu dodać, że 6 paź­dzier­nika 1940 r. skoń­czy­łem 12 lat i byłem dosta­tecz­nie doro­sły, by samo­dziel­nie roz­wią­zać ten trudny pro­blem. Roze­bra­łem poszwę z kołdry i poszewki z podu­szek oraz dołą­czy­łem do tego prze­ście­ra­dła i wszystko to zanio­słem do bani, czyli łaźni, wrzu­ci­łem do wiel­kiego kotła z wodą, roz­pa­li­łem pod kotłem ogień i goto­wa­łem tę bie­li­znę poście­lową przez dłuż­szy czas. Miałem nadzieję, że wszy się ugo­tują i będzie z nimi spokój raz na zawsze. Nie­stety! Po wysu­sze­niu bie­li­zny poście­lo­wej i zaście­le­niu na noc naszego rodzin­nego łoża wszy nadal okrut­nie gryzły. Walka z wszami była bez­na­dziejna i towa­rzy­szyły nam one do końca naszego pobytu na Katisz­czu, a także następ­nie w Kazach­sta­nie, a nawet póź­niej w Iranie.

Lecze­nie Mamy w szpi­talu prze­bie­gało pomyśl­nie, o czym mie­li­śmy wia­do­mo­ści od niej z nade­sła­nych dwóch kartek pocz­to­wych. Oto treść pierw­szej kartki z 1 paź­dzier­nika 1940 r.:

„Kochani Moi! Dzi­siaj jestem szósty dzień w szpi­talu. Stan mego zdro­wia polep­szył się, lecz opu­chli­zna jesz­cze nie zeszła. Lekarz twier­dzi, że po 14 dniach opu­chli­zna będzie spadać. Więc pobyt mój w szpi­talu jest prze­wi­dziany dłuż­szy od 3 do 4 tygo­dni. By Bóg dał wyjść z tego. Odży­wia­nie tutaj jest dobre - mleczne. Lekar­stwa rów­nież przyj­muję. Cie­kawa jestem czy Ty Heniu pra­cu­jesz na Gła­za­ni­sze, czy też koło domu. Czy chłopcy chodzą do szkoły. Dzieci niech się ciepło ubie­rają. Hanu­sia niech ubiera raj­tuzy i zimowy płaszcz. Zbysio i Kazio niech się zaj­mują porząd­kiem w domu. Grzyby niech solą. Jagody staraj się kupić i nasma­żyć. Kiedy będę miała przy­je­chać zawia­do­mię kartką lub tele­fo­nicz­nie do Gła­za­ni­chy. Tutaj można kupić kar­to­fli, kapu­sty i cebuli, więc zabierz z sobą worki. Ja z powro­tem będę musiała jechać, kiedy napi­szę poproś komen­danta o fur­mankę [...]”.

Po mie­sięcz­nym poby­cie Mamy w szpi­talu opu­chli­zna znik­nęła, ale jak Mama pisze o sobie ze szpi­tala, jest słaba i musi dostać fur­mankę, by wrócić do domu. Ojciec posta­rał się o pod­wodę i poje­chał do Cze­ku­jewa, by Mamę przy­wieźć. Po powro­cie opo­wia­dała, że miała bardzo sym­pa­tycz­nego leka­rza. Gdy już była cał­kiem zdrowa, podał jej rękę i powie­dział: War­szawa nasza! Mama się domy­ślała, że mógł on mieć jakieś powią­za­nie rodzinne z Polską, ale nie chciał się do tego przy­znać.

Chciał­bym opisać zda­rze­nie, które miało miej­sce na Katisz­czu późną jesie­nią 1940 r. Otóż star­sza kobieta wybrała się sama w głąb tajgi z koszy­kiem na jagody i nie mogła trafić z powro­tem do domu. Gdy zro­biło się ciemno, rodzina roz­po­częła poszu­ki­wa­nia, lecz nie dały one rezul­tatu, bo tajga we wszyst­kich kie­run­kach była bez­kre­sna, pełna bagien, mocza­rów oraz powa­lo­nych drzew. Nawo­ły­wa­nia pozo­stały bez odpo­wie­dzi. Gdy nastał dzień nastą­piła mobi­li­za­cja miesz­kań­ców Katisz­cza i roz­po­częto poszu­ki­wa­nia na więk­szą skalę. Cały dzień poszu­ki­wań przy udziale znacz­nej liczby osób nie dał rezul­tatu i kolejną noc zagi­niona kobieta spę­dziła gdzieś w tajdze, nie mając cie­płej odzieży, a tem­pe­ra­tura w nocy już mogła być ujemna. W kolej­nym dniu do orga­ni­za­cji poszu­ki­wań włą­czył się Jew­sie­jew i duża ilość miesz­kań­ców Katisz­cza wzięła udział w akcji. Komuś z poszu­ku­ją­cych udało się natra­fić na tę kobietę, sie­dzącą pod drze­wem, pół­przy­tomną, prze­mar­z­niętą i bliską śmierci. Dzięki soli­dar­nemu dzia­ła­niu roda­ków wszystko się zakoń­czyło szczę­śli­wie.

Wspo­mi­na­łem już wcze­śniej, że uczęsz­cza­łem do szkoły.

Szkoła została uru­cho­miona w lipcu 1940 r. Ponie­waż nie było wol­nego baraku, w którym można by było pro­wa­dzić lekcje, wybu­do­wano nowy barak prze­zna­czony na szkołę. Był to barak zbu­do­wany, tak jak wszyst­kie inne, z dłu­gich okrą­głych bali świer­ko­wych, ale był nie­wiel­kich roz­mia­rów i miał jedną izbę lek­cyjną. Barak został zlo­ka­li­zo­wany blisko jeziora na tere­nie pod­mo­kłym. Barak ten został zbu­do­wany na palach wbi­tych w pod­mo­kły grunt. Pale były smo­ło­wane, a smołę uzy­ski­wano ze smo­larni. Aby otrzy­mać smołę, do wyko­pa­nego głę­bo­kiego dołu wrzu­cano wykar­czo­wane pnie drzew, roz­pa­lano ogień, nakry­wano tlące się drewno war­stwą ziemi i przy małym dostę­pie powie­trza i przy wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze zawarta w drew­nie żywica zamie­niała się w czarną smołę. Smoła zabez­pie­czała pale wbite w pod­mo­kły grunt przed szyb­kim gni­ciem.

Nauka w nowo wybu­do­wa­nym baraku szkol­nym roz­po­częła się we wrze­śniu 1940 r. Ja i mój star­szy brat zosta­li­śmy zakwa­li­fi­ko­wani do czwar­tej klasy szkoły pod­sta­wo­wej. Do tej klasy zostali włą­czeni ci, którzy przed wojną ukoń­czyli czwartą lub piątą klasę, czyli mieli prze­waż­nie dwa­na­ście lub trzy­na­ście lat - rocz­nik 1928 i 1927. Absol­wenci klasy szó­stej, zazwy­czaj z rocz­nika 1926 już szli do roboty i nie było dla nich miej­sca w szkole. Dla młod­szych zor­ga­ni­zo­wano klasę trze­cią. W izbie lek­cyj­nej nauczy­ciel pro­wa­dził rów­no­cze­śnie zaję­cia z uczniami trze­ciej i czwar­tej klasy. W jednym rzę­dzie sie­dzieli w ław­kach ucznio­wie klasy trze­ciej, a w drugim rzę­dzie – czwar­tej, przy czym, gdy nauczy­ciel pro­wa­dził z jedną klasą zaję­cia „głośno”, to druga klasa wyko­ny­wała wtedy zada­nia pisemne, czyli „cicho”. Podobny system naucza­nia był prak­ty­ko­wany w Polsce po odzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści, o czym mi opo­wia­dała moja Mama, która była nauczy­cielką. Gdy wpro­wa­dzono wów­czas powszechny obo­wią­zek szkolny, w wielu wio­skach orga­ni­zo­wano szkołę w ten sposób, że sołtys dawał nauczy­cie­lowi do dys­po­zy­cji izbę wyna­jętą od gospo­da­rza i tam nauczy­ciel uczył rów­no­le­gle w dwóch kla­sach. Naszym nauczy­cie­lem był Alek­sandr Kasja­now, męż­czy­zna w wieku około trzy­dzie­stu lat. Nosił on mundur enka­wu­dzi­sty, ale miał kwa­li­fi­ka­cje nauczy­ciela i nieźle sobie radził z pro­wa­dze­niem zajęć z kilku przed­mio­tów. W mojej czwar­tej klasie pro­wa­dził on zaję­cia z języka rosyj­skiego, aryt­me­tyki, histo­rii, przy­ro­do­znaw­stwa i rysunku. Na lekcji języka rosyj­skiego śpie­wa­li­śmy pieśni żoł­nier­skie, sła­wiące czyny wojenne boha­te­rów z okresu wojny domo­wej, takich jak Cza­pa­jew czy Budionny, a także sła­wiące siłę bojową i uzbro­je­nie armii sowiec­kiej. Były też pieśni wychwa­la­jące Sta­lina i dowód­ców takich jak Timo­szenko i Woro­szy­łow. Oto frag­ment jednej z tych pieśni: S nami Stalin radnoj, Timo­szenko gieroj i k pabie­die wie­diot Woro­szy­łow (Z nami uko­chany Stalin, oraz boha­ter Timo­szenko i do zwy­cię­stwa pro­wa­dzi nas Woro­szy­łow). Trzeba przy­znać, że śpie­wa­li­śmy rów­nież jedną pio­senkę nie zwią­zaną pod wzglę­dem treści z wojną – była to Katiu­sza (Kasia), bardzo popu­larny prze­bój tam­tych czasów. Kasja­now miał dobry głos i klasa chęt­nie śpie­wała, cho­ciaż boha­te­ro­wie tych pieśni nie byli naszymi boha­te­rami. W pod­ręcz­niku szkol­nym był wiersz, któ­rego trzeba było się nauczyć na pamięć, a była w nim opo­wieść jak to ucznio­wie szkolni zła­pali szpiega, który prze­kro­czył gra­nicę pań­stwa. Do dzi­siaj pamię­tam prawie cały ten wiersz. Była w nim zachęta dla mło­dych chłop­ców, by byli czujni i dema­sko­wali wrogów pań­stwa, tak jak to zro­bili ucznio­wie w tym wier­szu. Na lekcji języka rosyj­skiego Alek­sandr Kasja­now kazał się nauczyć na pamięć dwóch bajek Kry­łowa, wiel­kiego rosyj­skiego baj­ko­pi­sa­rza. Bez trudu nauczy­łem się tych bajek na pamięć i do dzi­siaj potra­fię je z głowy zare­cy­to­wać. Pierw­sza z nich miała tytuł: Zier­kało i abie­zjana (Lustro i małpa), a druga: Lebiedź, szczuka i rak (Łabędż, szczu­pak i rak). Oprócz naszych pol­skich uczniów mie­li­śmy w klasie czwar­tej Katię Szo­ło­chową, córkę Rosja­nina zatrud­nio­nego na etacie komen­dan­tury, który się zaj­mo­wał końmi. Katia była bardzo dobrą uczen­nicą, że wszyst­kich przed­mio­tów miała otliczno, czyli bardzo dobrze i nie mie­li­śmy z nią w klasie kon­flik­tów. Mówiła po rosyj­sku ze śpiew­nym akcen­tem, co mogło świad­czyć, że pocho­dziła z jakiejś wioski, gdzie tak mówiono.

Z Katisz­cza do szkoły cho­dziło kilku chłop­ców, a także Irenka Wró­blew­ska, o rok ode mnie młod­sza, sąsiadka zza ściany naszego baraku. Do Szom­bo­ziera mie­li­śmy dwa kilo­me­try - jesie­nią i wiosną masze­ro­wało się leśną drogą cał­kiem dobrze, ale w zimie roku 1940/1941 było znacz­nie gorzej, bo mrozy były wiel­kie, a śnieg ciągle padał i trzeba było od nowa prze­cie­rać szlak. Ja i mój brat Zby­szek mie­li­śmy w zimie doj­ście do szkoły uła­twione, gdyż poru­sza­li­śmy się na nar­tach. Zby­szek, który miał talent do prac ręcz­nych, wycio­sał ze ścię­tej brzozy narty, takie krót­kie bie­gówki, które świet­nie zda­wały egza­min jako środek szyb­kiego poru­sza­nia się po śniegu. Przed nasta­niem zimy do szkoły szli­śmy zazwy­czaj w grupie. Z mojego baraku szedł Gojlik, któ­remu zazdro­ści­łem doro­sło­ści, gdy zako­mu­ni­ko­wał, że skoń­czył pięt­na­ście lat. Rów­nież szedł z nami często Tolo Chajan, syn tego eta­to­wego współ­pra­cow­nika komen­dan­tury, o którym sze­rzej pisa­łem poprzed­nio. Tolo w czasie naszego marszu snuł długie opo­wie­ści o czy­nach wojen­nych swego ojca z okresu pierw­szej wojny świa­to­wej. Po czyjej stro­nie Chajan wal­czył trudno było się zorien­to­wać, w każdym razie, w tej opo­wie­ści syna, był on zawsze dowódcą kil­ku­oso­bo­wego oddziału i wyko­ny­wał ważne zada­nia bojowe.

Z naszym nauczy­cie­lem na samym początku doszło do spię­cia. Zna­lazł on u któ­re­goś z uczniów notat­nik har­cer­ski, w którym zain­te­re­so­wała go strona z zesta­wem sym­boli har­cer­skich mają­cych zasto­so­wa­nie przy roz­gryw­kach har­cer­skich w tere­nie, w tak zwa­nych pod­cho­dach. Jednym z takich sym­boli har­cer­skich była swa­styka, która miała zna­cze­nie: „Uwaga Nie­bez­pie­czeń­stwo!”. Alek­sandr Kasja­now, nauczy­ciel i rów­no­cze­śnie funk­cjo­na­riusz NKWD, wyka­zał rewo­lu­cyjną czuj­ność i zaczął robić docho­dze­nie w spra­wie zna­cze­nia tej swa­styki zada­jąc pyta­nie: Szto eto takoje? (Co to jest?)

Nikt z nas nie znał jesz­cze na tyle dobrze rosyj­skiego, by mu wytłu­ma­czyć, że ten symbol nie służy jako zachęta do zwal­cza­nia rewo­lu­cji. Nauczy­ciel długo robił docho­dze­nie w tej spra­wie głośno krzy­cząc i ciągle wypo­wia­da­jąc słowa: Eto kontr­re­wo­lu­cja! Ale w końcu się uspo­koił, widząc, że się nie da z tego zrobić afery o cha­rak­te­rze poli­tycz­nym. Drugie zda­rze­nie ze szkoły doty­czyło mnie i mojego brata i miało pod­łoże poli­tyczne. Alek­sandr Kasja­now roz­po­czął lekcję przy­ro­do­znaw­stwa. Wziął do ręki kredę i na tablicy napi­sał: PISZ­CZA (poży­wie­nie) i powie­dział, że będzie to temat dzi­siej­szej lekcji. Następ­nie zadał pyta­nie:

- Szto eto takoje pisz­cza (co to jest poży­wie­nie)?

- Owsianka! – wykrzyk­ną­łem

- Zacierka! – dodał mój brat

Nauczy­ciel dobrze odczy­tał nasze inten­cje, że chcemy wyra­zić nie­za­do­wo­le­nie z jako­ści poży­wie­nia, którym jeste­śmy kar­mieni i uznał naszą wypo­wiedź za pro­wo­ka­cję poli­tyczną. Fak­tycz­nie chcie­li­śmy mu dogryźć jako przed­sta­wi­cie­lowi tej władzy, która głodzi ludzi ciężko pra­cu­ją­cych nie zapew­nia­jąc im wła­ści­wych skład­ni­ków poży­wie­nia. W rezul­ta­cie Alek­sandr Kasja­now wpadł w wielką złość i zaczął pokrzy­ki­wać wymy­śla­jąc nam od kontr­re­wo­lu­cjo­ni­stów Dość długo trwała spora awan­tura. Skoń­czyło się tym, że kazał nam przyjść do szkoły następ­nego dnia z ojcem lub matką. Ale rodzice się w szkole nie sta­wili igno­ru­jąc to wezwa­nie, a nauczy­ciel już do tej sprawy nie wracał, bo fak­tycz­nie nie­wiele mógł nam zrobić. Jednak zapa­mię­tał mi moje kontr­re­wo­lu­cyjne ode­zwa­nie i na świa­dec­twie ukoń­cze­nia czwar­tej klasy dał mi ze spra­wo­wa­nia sto­pień dosta­teczny. W ten sposób zosta­łem napięt­no­wany. Nauka w szkole zakoń­czyła się 30 maja 1941 r. Po zakoń­cze­niu nauki ja i brat poszli­śmy do pracy. Była to lekka praca pole­ga­jąca na tym, że porząd­ko­wa­li­śmy teren wzdłuż drogi z Katisz­cza do Szom­bo­ziera, zbie­ra­li­śmy na kupy gałę­zie zaśmie­ca­jące las, robi­li­śmy stos i pali­li­śmy te gałę­zie. Praca nam się podo­bała, bo był czer­wiec i ładna sło­neczna pogoda. I pew­nego dnia gdyśmy pra­co­wali przy drodze, nad­szedł od strony Szom­bo­ziera nasz nauczy­ciel Alek­sandr Kasja­now. Zauwa­żył nas, pod­szedł i powie­dział:

Moje świadectwo ukończenia czwartej klasy otrzymane 30 maja 1941 r.
Moje świadectwo ukończenia czwartej klasy otrzymane 30 maja 1941 r. s. 73 w PDF

- Zdra­stwuj­tie mal­czyki (dzień dobry chłopcy)! Szto wy zdieś die­ła­je­tie (co wy tu robi­cie)?

- Tie­rie­bim galio (uprzą­tamy gałę­zie) - odpo­wie­dzie­li­śmy.

- Wot cha­ra­szo (to dobrze) - odpo­wie­dział Kasja­now i dodał - Adnako wy dołżny jechć w Oniegu, uczit­sia dalsze w szkole, akon­czyć siem kłas i tagda wy budie­tie kwa­li­fi­cy­ro­wan­nymi rabot­czy­kami (jednak powin­ni­ście jechać do Onegi, by się uczyć dalej w szkole, ukoń­czyć siedem klas i wtedy będzie­cie wykwa­li­fi­ko­wa­nymi robot­ni­kami).

Roz­sta­li­śmy się z naszym nauczy­cie­lem przy­jaź­nie, ale jego życze­nie doty­czące naszej przy­szłej kariery zawo­do­wej jako wykwa­li­fi­ko­wa­nych robot­ni­ków pra­cu­ją­cych w tajdze, nie speł­niło się. W dniu 22 czerwca 1941 r. Niemcy ude­rzyli na Rosję Sowiecką i wkrótce spec­pie­re­sie­lency stali się ludźmi wol­nymi, a ja i mój brat stra­ci­li­śmy okazję zdo­by­cia zawodu wykwa­li­fi­ko­wa­nych leso­ru­bów (drwali).

Gdy nas wywo­żono 10 lutego 1940 r. Ojciec, który był zatrud­niony na sta­no­wi­sku leśni­czego w Woł­ko­wy­sku, nie otrzy­mał jesz­cze pensji za sty­czeń 1940 r. Będąc już na posiołku, Ojciec nie­zwłocz­nie wysłał pismo do swego pra­co­dawcy w Woł­ko­wy­sku z żąda­niem wypłaty wyna­gro­dze­nia. Nie­stety pie­nią­dze nie nad­cho­dziły, w związku z czym Ojciec napi­sał skargę do Rejo­no­wej komen­dan­tury NKWD w Onedze z prośbą o inter­wen­cję. Inter­wen­cja oka­zała się sku­teczna i przy­szło zawia­do­mie­nie z poczty w Kara­mi­nie, że nade­szły pie­nią­dze w wyso­ko­ści 808 rubli. Pój­ście na pocztę do Kara­mina, odle­głego o 20 km, wyma­gało uzy­ska­nia od komen­danta prze­pustki na opusz­cze­nie posiołka. Komen­dant wydał prze­pustkę o nastę­pu­ją­cym brzmie­niu: „Niniej­sza prze­pustka została wydana spec­prze­sie­dleń­cowi Spec­po­siołka nr 68 Bach­miń­skiemu Sta­ni­sła­wowi. Zezwala mu się udać na pocztę do Kara­mina. Termin waż­no­ści do 24.11.1940 r.” Pod­stem­plo­wano pie­czątką trój­kątną z napi­sem w środku: Dele­ga­tura Nr 68, a w otoku: NKWD ZSRR, Zarząd w Archan­giel­sku.

Pie­nią­dze przy­słane z Woł­ko­wy­ska były dla nas bardzo cenne. Była to pensja za sty­czeń i 9 dni lutego 1940 r. Pensja leśni­czego wyno­siła 600 rubli mie­sięcz­nie, a tu robot­nik leśny mógł zaro­bić od 100 do 150 rubli, co świad­czy o skali degra­da­cji czło­wieka. Pie­nią­dze te bardzo się przy­dały, gdyż Ojciec już od listo­pada 1940 r. nie zara­biał, bo był na cią­głych zwol­nie­niach cho­ro­bo­wych, jego stan zdro­wia sys­te­ma­tycz­nie się pogar­szał, odno­wiło się w zimie odmro­że­nie palca u nogi. Stan zdro­wia był na tyle zły, że 12 sierp­nia 1941 r. Wra­czeb­naja Komi­sja, czyli Komi­sja Lekar­ska, którą powo­ły­wano sto­sow­nie do potrzeb w Szom­bo­zie­rze, w skła­dzie prze­wod­ni­czący i fel­czer, wydała posta­no­wie­nie (zdję­cie zacho­wa­nego doku­mentu poni­żej), że Bach­miń­ski Sta­ni­sław Iwa­no­wicz lat 49, jest chory na serce, nie nadaje się do pracy i zostaje mu przy­znana druga grupa inwa­lidz­twa. Wkrótce, bo w trze­ciej deka­dzie sierp­nia, zna­lazł się w szpi­talu w Cze­ku­je­wie z obja­wami obrzęku gło­do­wego, cho­ciaż fel­czer w zaświad­cze­niu o poby­cie w szpi­talu okre­ślił tę cho­robę jako chro­niczne zapa­le­nie mię­śnia ser­co­wego. Oni te wszyst­kie cho­roby zwią­zane z głodem okre­ślali jako wadę serca - parok sierdca lub zapa­le­nie mię­śnia ser­co­wego. Nie­stety pobyt w szpi­talu trwał tylko 10 dni i Ojciec został ze szpi­tala wypi­sany, lecz nie wyle­czony. Przy­czyną przed­wcze­snego wypi­sa­nia Ojca ze szpi­tala była decy­zja władz, by szpi­tal opróż­nić i zrobić miej­sca rezer­wowe dla żoł­nie­rzy ran­nych na fron­cie. Był to już trzeci mie­siąc wojny Sowie­tów z Niem­cami i miej­sca w szpi­talu na dale­kim zaple­czu stały się pilnie potrzebne.

Postanowienie wydane przez Komisję Lekarską 12 sierpnia 1941 r.
Postanowienie wydane przez Komisję Lekarską 12 sierpnia 1941 r. s. 75 w PDF

Przypisy

  1. Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 65. ↩
  2. Deportacje obywateli polskich z Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w 1940 roku, Warszawa/Moskwa 2003, s. 289. ↩
  3. Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 41. ↩
  4. Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 359. ↩
  5. Chmielewski przeżył łagier i po amnestii resztkami sił dotarł do Uzbekistanu, gdzie spotkał się z rodziną. Pisze o tym Walerian Wysocki we Wspomnieniach z 1940-1944. W tajdze i na stepie. ↩
  6. Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 71 ↩
  7. Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 103-739 ↩
  8. Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa 2003, s. 370 ↩