- Wstęp
- Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
- Rozdział II: Deportacja
- Rozdział III: Amnestia
- Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
- Rozdział V: Pobyt w Dżambule
- Rozdział VI: W Iranie
- Epilog
Rozdział V
Pobyt w Dżambule
Dżambuł (Taraz), 1942
Mama widząc naszą beznadziejną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, postanowiła, że powinniśmy się niezwłocznie przenieść do Dżambułu (Tarazu). By ten zamiar zrealizować, wybrała się do miasta w poszukiwaniu kwatery. Znalazła tanią kwaterę w domu prywatnym na peryferiach południowo-wschodniej dzielnicy Dżambułu, przy ul. Mołokanowka. Bez kłopotu załatwiła u przewodniczącego kołchozu formalności związane z opuszczeniem przez nas aułu, wynajęła furmankę i pojechaliśmy do naszego nowego mieszkania. Było to w ostatnich dniach grudnia 1941 roku. Nasz pobyt w kołchozie trwał jeden miesiąc i trzeba powiedzieć, że był to najtrudniejszy i najgorszy miesiąc od momentu deportacji. Ulica Mołokanowka nie miała bruku - była to droga gruntowa, w czasie deszczu tonąca w błocie, a wzdłuż niej stały małe domy drewniane, parterowe. Dom, w którym mieliśmy zamieszkać składał się z jednego pokoju, kuchni i obszernej sieni, przez którą się wchodziło do kuchni. My zamieszkaliśmy w czwórkę w kuchni, a gospodyni - właścicielka domu, przebywała z dziećmi w swoim pokoju i równocześnie korzystała z kuchni, gdy chciała coś ugotować. Na noc rozkładaliśmy w kuchni pościel na podłodze, choć wolnego miejsca nie było tam wiele. Gospodyni nasza - chaziajka, była Rosjanką, posiadającą trzech chłopców w wieku: trzy, sześć i dziesięć lat. Mąż jej został niedawno zmobilizowany do wojska i przebywał w pobliskim mieście Ługowoje, gdzie przechodził przeszkolenie wojskowe, po zakończeniu którego miał jechać na front. Za tę naszą skromną kwaterę trzeba było płacić czynsz, ale nie pamiętam ile to było, choć myślę, że niewiele.
Nasze życie na Mołokanowce było nieporównanie lepsze niż w czasie siedmiu tygodni podróży spędzonych w wagonie czy też w okresie ostatniego miesiąca przebywania w kołchozie. Bardzo ważne było to, że tu dostaliśmy dla całej rodziny kartki na chleb. Kartki na chleb wydawał ULKOM, czyli komitet zarządzający sprawami mieszkańców ulicy. Był to jednoosobowy komitet, z którym nasza chaziajka była zaprzyjaźniona, czego wyrazem były podwójne kartki na chleb, jakie otrzymywała dla swojej rodziny.
Nasza gospodyni miała około trzydziestu lat i była szczupłą, ładną kobietą, pięknie grała na gitarze i ładnie śpiewała. Zaczęła mnie uczyć gry na bałałajce, takim rosyjskim instrumencie muzycznym, trzystrunowym, podobnym do mandoliny. Nieźle opanowałem na bałałajce kilka melodii. Cały czas nasza gospodyni oczekiwała na przyjazd do Dżambułu pociągu, którym będzie jechał na front jej mąż, po zakończeniu szkolenia wojskowego. Oprócz niej było wiele kobiet z Dżambułu, które szykowały się do spotkania swoich mężów jadących na front, ale termin tego spotkania (wstrieczanija) był ciągle przesuwany. Aż w końcu nadeszła wiadomość, że wojsko już jedzie w kierunku Dżambułu. I odbyło się to spotkanie - pożegnanie, a nasza gospodyni wróciła do domu uspokojona.
Z chłopcami naszej gospodyni żyliśmy w zgodzie. Ja na noc ubierałem do spania - zgodnie z polskim obyczajem - koszulę, ale ci rosyjscy chłopcy ciągle się dziwili, że ja śpię bez spodni (on bies sztanow spit). Ci chłopcy - zgodnie z rosyjskim obyczajem - szli spać w spodniach, tych spodniach, które nosili w dzień. Ten najmłodszy, trzyletni Kola, miał bardzo duży brzuch i chodził po domu całkiem bez spodni, z tym brzuchem na wierzchu, a brzuch mu urósł na pewno z powodu złego odżywiania. Mieszkanie w kuchni miało dla nas tę zaletę, że było tam dość ciepło. Nasza gospodyni, gdy tylko pożegnała męża odjeżdżającego na front, zaczęła urządzać w swoim pokoju częste libacje. Schodziło się do niej kilka osób, pili spirytus rozcieńczony wodą, którego cena była tu bardzo niska, ona grała na gitarze i śpiewała wesołe piosenki. Jedną z tych piosenek pamiętam, a miała ona następujące brzmienie:
| Po rosyjsku | Po polsku |
|---|---|
| Diengi, diengi, diengi | Pieniądze, pieniądze, pieniądze |
| Siuda dieniuszki druzja | Dajcie mi pieniążki, przyjaciele |
| A biez dienieg żyzń płachaja | A bez pieniędzy życie marne |
| Nie gadidsia nikuda. | I jest do niczego. |
| Pudry, pudry, kraski | Pudry, pudry, szminki |
| Siuda pudry biez kanca | Dajcie mi dużo pudru |
| A biez pudry kak łachudry | A bez pudru tyś łachudra |
| Nie gadiszsia nikuda. | I jesteś do niczego. |
Nasze zapasy pieniędzy uzyskane za sprzedane rzeczy w kołchozie zaczęły się wyczerpywać i zaczęło brakować gotówki na zakup jedzenia. Widocznie nasze odżywianie było bardzo słabe, bo Mama znowu zaczęła chorować - wystąpiły u niej objawy puchliny głodowej, takie same jakie miała na Katiszczu. My młodzi jakoś lepiej znosiliśmy brak witamin i protein, gdyż opuchlizna nas nie atakowała. Jedynym objawem niedożywienia, jaki u siebie zaobserwowałem, to były niegojące się rany na ciele powstałe w miejscu skaleczenia lub zadrapania. Ta moja awitaminoza pojawiła się już wcześniej, w czasie naszego pobytu w obwodzie archangielskim. Również długo nie mogłem się pozbyć skutków odmrożenia ucha, jakiego się nabawiłem w zimie 1940/1941 r. Ponieważ Mama niedomagała na zdrowiu, a objawiało się to nie tylko puchnięciem nóg, ale również utratą sił, więc sprawami sprzedaży rzeczy na placu targowym musieliśmy się zająć ja z bratem. Mój problem polegał jednak na tym, że buty mi się całkiem rozleciały i nie miałem co ubrać na nogi. Na szczęście wiosna szybko nadeszła i w połowie marca mogłem już chodzić do miasta boso. Szliśmy z bratem na targ, gdzie rozkładaliśmy płachtę, na której kładliśmy rzeczy przeznaczone na sprzedaż. Nie były to rzeczy cenne, dlatego też pieniądze ze sprzedaży nie były wielkie. Na targu zaopatrzenie w żywność było dość dobre - można było kupić warzywa i owoce, a także kiszmisz, czyli rodzynki. Spośród wyboru mięsa przeważała baranina, gdyż Kazachowie prowadzili w kołchozach hodowlę owiec. Ich barany i owce nie miały ogonów, tylko duże tłuste kupry zwisające w dół.
Stan zdrowia Mamy się pogorszył i nie wiedzieliśmy, co mamy robić. Byłoby na pewno bardzo źle, gdyby nie znalazł się ktoś, kto Mamie i nam wszystkim pomógł. Był to pan Józef Korzeniowski, którego spotkałem przypadkowo w mieście. Pan Korzeniowski mieszkał z żoną i córką w Dżambule, a wraz z nim w paru wynajętych domach mieszkała większa grupa Polaków, w tym trzy rodziny z Szomboziera: Rozwadowscy, Labochowie i pani Wróblewska z dziećmi. Jechali oni razem z nami tym samym transportem, tylko innym wagonem z Karszi do Kazachstanu i udało im się wysiąść w Dżambule, dzięki czemu nie trafili do kołchozu, tak jak my. Gdy spotkałem pana Korzeniowskiego opowiedziałem mu o śmierci Ojca oraz o chorobie Mamy. Od razu zdecydował on, że pójdzie ze mną do naszej kwatery, żeby się zorientować w sytuacji. Przede wszystkim udzielił nam pomocy finansowej dając Mamie pięćset rubli i biorąc w zamian kilim, który miał zbliżoną wartość i który zamierzał sprzedać na targu. Kazał przy tym kupić jak najwięcej żywności i odżywiać Mamę intensywnie. Również pan Józef podał swój adres zapraszając mnie, bym go odwiedził na ulicy Karasu 2. Faktycznie te pieniądze były bardzo potrzebne, bo mogliśmy za nie kupić dużo pożywnych artykułów spożywczych i Mamie dość szybko zaczęła znikać opuchlizna. W ramach tych zakupów żywności kupiliśmy raz żywego królika, który przez parę dni był trzymany w sieni i była kwestia, kto go będzie umiał zabić. Ja sobie coś przypomniałem, że podobno królika łatwo się zabija uderzając dwoma palcami między uszy. I próbowałem go w ten sposób zabić, ale królik nie zareagował na moje uderzenie palcami między uszy. Trzeba go było zatłuc używając do tego zamiast dwóch palców, grubego polana.
Mając adres pana Korzeniowskiego, postanowiłem pójść na ulicę Karasu, by go odwiedzić. Mieszkał on wraz z żoną i córką razem z rodziną Labochów w małym domku jednoizbowym typu kazachska kibitka. Obok był drugi większy dom wynajęty przez Polaków, wśród których spotkałem panią Jadwigę Wróblewską z córką i synem oraz pana Rozwadowskiego z żoną i córką. Ponadto były tam jeszcze trzy rodziny: pani Jezierska z dwojgiem małych dzieci, której mąż miał w Wołkowysku warsztat naprawczy maszyn rolniczych, pani Stasia Szczawińska wraz z matką i synem Jurkiem oraz pan Mickiewicz - maszynista kolejowy z żoną. Pani Jezierska i pani Szczawińska były w dobrej sytuacji finansowej, ponieważ przebywały na terenie zesłania o rok i cztery miesiące krócej aniżeli nasza grupa z Szomboziera i w związku z tym miały jeszcze dużo rzeczy do sprzedania. Razem w obydwu domach mieszkało dwadzieścia osób, w tym dwanaście przyjechało z Szomboziera/Katiszcza, czyli była to spora kolonia polska. Po moim powrocie do domu zdałem sprawę Mamie jak żyją Polacy w tej polskiej kolonii i szybko zrodziła się myśl, że powinniśmy tam również zamieszkać. Wkrótce Mama wybrała się na ulicę Karasu, gdzie się spotkała z Jadzią Wróblewską, z którą była zaprzyjaźniona z okresu pobytu na Katiszczu i szybko zapadła decyzja, że zamieszkamy razem z panią Jadzią w jednej izbie. Przeprowadzka szybko doszła do skutku. Pożegnaliśmy się z naszą chaziajką, u której mieszkaliśmy ponad cztery miesiące - od stycznia do początku maja - i zamieszkaliśmy w nowym miejscu. W tej naszej izbie pani Jadzia spała z dwojgiem dzieci na jednym łóżku, a my zajęliśmy drugie łóżko, na którym było spanie dla Mamy, Zbyszka i Hani, a ja na noc rozkładałem na podłodze bawełniany chodnik i przykrywałem się kożuszkiem. Na szczęście w naszej izbie była podłoga z desek - nie to, co w kołchozie!
Nasz nowy dom był położony blisko stacji towarowej, a było to bardzo korzystne położenie, bo na tej stacji znajdowały się hałdy węgla, a węgiel był nam potrzebny do palenia w piecu i gotowania. Ja i mój brat Zbyszek staliśmy się wkrótce dostawcami węgla dla części lokatorów naszego domu. Chociaż trzeba przyznać, że pani Jadzia próbowała kraść węgiel na własny rachunek i parę razy to jej się udało. Na jedną z takich wypraw wzięła ze sobą do towarzystwa moją Mamę, a gdy się znalazły przy hałdzie węgla, pojawił się stróż. Stróż próbował panią Jadzię chwycić, ale ona go popchnęła i on upadł. Obydwie zaczęły uciekać - pani Jadzia jako młodsza i sprawniejsza uciekała przodem, a moja Mama słabsza w nogach, pozostała w tyle i została złapana przez stróża. Stróż zawiadomił milicję i milicja osadziła Mamę w areszcie. Nasi panowie podjęli próbę, by ją wydostać z aresztu. Faktycznie groził jej wyrok więzienia za kradzież mienia publicznego. W sprawę jej uwolnienia z aresztu zaangażował się przedstawiciel Delegatury Polskiej Ambasady, mającej siedzibę w Dżambule i jego interwencja okazała się skuteczna, bo Mamę po kilku dniach zwolniono z aresztu.
Oprócz węgla cennym surowcem opałowym był saksauł, drzewo pustynno-stepowe. Nasza polska kolonia była położona w pobliżu lotniska, na którym były zgromadzone duże sterty saksaułu. Ktoś z mężczyzn zaproponował, żeby się wybrać wieczorem na lotnisko po saksauł. Ja i mój brat zostaliśmy dokooptowani do zespołu składającego się z trzech mężczyzn organizujących wyprawę. Nie zdążyliśmy dużo tego saksaułu ukraść, gdy się pojawił stróż, a potem ktoś ważniejszy z ochrony lotniska i zostaliśmy zaprowadzeni do jakiegoś biura, gdzie kazali nam czekać na przybycie milicji. Ale nasi zaradni panowie załatwili sprawę polubownie wręczając ochroniarzom jakąś chyba niewielką kwotę i dzięki temu wszystko zakończyło się szczęśliwie.
Mieszkając w tej naszej polskiej kolonii często chodziłem do miasta sam lub z bratem, głównie na plac targowy, w celu sprzedaży resztek naszego dobytku. Pewnego dnia wybrałem się na plac, by coś sprzedać - rozłożyłem na ziemi kocyk, a na nim ułożyłem trochę drobiazgów, wśród których była jedna dość wartościowa rzecz, a mianowicie koszula Ojca. W pewnym momencie stwierdziłem, że zniknęła ta cenna koszula, widocznie ktoś ją ukradł. Niewiele myśląc zwinąłem mój kocyk z towarem, zawiązałem na węzeł i zacząłem chodzić po targu szukając mojej koszuli. Nagle zauważyłem młodego wysokiego mężczyznę, który stał na placu trzymając w rękach rozpostartą jakąś koszulę wystawioną na sprzedaż. Momentalnie się zorientowałem, że on ma na sobie moją koszulę, którą ukradł, a sprzedaje swoją, dość nędzną, którą zdjął z siebie. Natychmiast do niego podszedłem i zacząłem krzyczeć: Addaj maju rubaszku! (Oddaj mi moją koszulę!). Ten odpowiedział, żebym się odczepił i zaczął mnie straszyć, że mnie pobije i nawet się zamierzył, ale już się zebrała wokół nas spora grupa ludzi, otoczyła nas kołem, wszyscy byli po mojej stronie - uwierzyli, że on mi ukradł koszulę. Za chwilę zjawił się milicjant i zmusił złodzieja do oddania tego, co ukradł. Miałem też takie zdarzenie, że idąc do miasta napotkałem na swojej drodze chłopca – Kazacha, większego ode mnie, który zaszedł mi drogę i wyraźnie miał ochotę się ze mną bić, bo coś się mu w moim zachowaniu nie spodobało. Nie było wyjścia, doszło do bójki, która trwała bardzo długo. Nie było zwycięzcy - obaj zakrwawieni i w podartych koszulach przerwaliśmy walkę z powodu utraty sił.
Dżambuł był dużym miastem obwodowym i w jego rejonie znalazło się większe skupisko Polaków mieszkających w kołchozach, a w samym mieście powstała Delegatura Ambasady Rzeczypospolitej, której zadaniem było pomaganie Polakom, którzy się tam zgłoszą, jak również udział w kierowaniu mężczyzn do punktów rekrutacyjnych organizującego się Wojska Polskiego. Umowę wojskową, która dała podstawę do tworzenia Armii Polskiej na terenie ZSRR podpisano 14 sierpnia 1941 r. Dowództwo organizującej się armii umieszczono w Buzułuku, mieście położonym między środkową Wołgą, a południowym Uralem i tam zorganizowano trzy dywizje piechoty. Na początku 1942 r. siedziba dowództwa Armii Polskiej została przeniesiona do Jangijulu, miasta położonego w Uzbekistanie, 30 km na południe od Taszkientu, stolicy Uzbekistanu. W związku z napływem dużej ilości Polaków zwalnianych z łagrów i specposiołków, a także żołnierzy, którzy w 1939 roku trafili do niewoli sowieckiej, organizowano następne dywizje i inne jednostki, a równocześnie te pierwsze trzy dywizje z rejonu Buzułuku przeniesiono na południe, do Uzbekistanu i Kirgistanu. Do wojska przyjmowano także młodzież w wieku od 14 do 18 lat, dla której utworzono oddziały junackie. Do junaków przyjęto 3 tysiące młodzieży. Dowódcą Armii Polskiej został generał Władysław Anders, który czynił starania o wycofanie Armii z terenu Związku Sowieckiego. Uzyskał on zgodę Stalina na ewakuację części zorganizowanych oddziałów (8. 9. i 10 dywizja piechoty) do Iranu. Ewakuacja nastąpiła na przełomie marca i kwietnia 1942 r. i objęła 33 tysiące żołnierzy oraz 11 tysięcy osób cywilnych, razem 44 tysiące osób.
Mimo że mieszkaliśmy w Dżambule, gdzie się mieściła Delegatura Ambasady i mieszkaliśmy w grupie światłych Polaków, nasza orientacja na temat organizującej się polskiej armii była znikoma. Mama często odwiedzała Delegaturę, skąd otrzymała niewielką pomoc w postaci koców, ale dążyła ona głównie do tego, by Delegatura wzięła pod swoją opiekę jej dzieci, ponieważ wyczerpały się nasze zasoby materialne - nie było już co sprzedawać. W Delegaturze zdecydowano, że ja i mój brat pojedziemy do miejsca, gdzie stacjonuje polska dywizja i tam prawdopodobnie wojsko nami się zaopiekuje i zostaniemy przyjęci do oddziału junaków. Wraz z przedstawicielem Delegatury w wyznaczonym dniu wsiedliśmy do pociągu i odjechaliśmy w kierunku zachodnim, przy czym nasz opiekun nie informował nas, dokąd jedziemy. Po paru godzinach jazdy dojechaliśmy do stacji o nazwie Czok Pak, gdzie miała stacjonować polska dywizja. Wysiedliśmy na tej małej stacji położonej wśród wysokich zboczy górskich, ale niestety oddziałów wojska polskiego w Czok Paku już nie było. Pozostało tam tylko kilkunastu żołnierzy, którzy porządkowali pozostałości po 8. Dywizji Piechoty, która na przełomie marca i kwietnia została ewakuowana do Iranu. O tym, że w Czok Paku stacjonowała polska dywizja świadczył spory cmentarz i las krzyży mówiący, że nie wszyscy przyjęci do armii przeżyli. Ci zesłańcy zjawiali się zazwyczaj w łachmanach, wygłodzeni oraz wycieńczeni i łatwo ich pokonywały choroby zakaźne szerzące się w oddziałach, takie jak tyfus i czerwonka. Ponieważ w Czok Paku nie miał kto nas przyjąć, musieliśmy wracać, a nasz przyjazd tam, trochę „w ciemno”, świadczył o tym, że nasza Delegatura nie wiedziała, że dywizja stacjonująca w odległości zaledwie stu kilometrów od Dżambułu, została stamtąd wycofana. Chociaż jest prawdopodobne to, że mogli oni w Delegaturze o tym wiedzieć, a próbowali wcisnąć nas na siłę pod opiekę tej małej grupy wojska, która w Czok Paku pozostała. Chcąc się dostać do junaków samodzielnie, musielibyśmy pojechać aż do Uzbekistanu, gdzie się odbywała dalsza rekrutacja do wojska i do junaków, ale taka możliwość nie była rozważana, ze względu na dużą odległość dzielącą nas od rejonu Taszkientu jak również duże ryzyko wyjazdu w nieznane i rozłąki rodziny.
Lato w 1942 roku w Dżambule było upalne. Wychodząc z domu miałem przed sobą widok na pobliską stację towarową, na której był spory ruch i hałas czyniony przez manewrujące pociągi. Natomiast patrząc w kierunku przeciwnym, czyli południowym, widziałem potężne pasmo górskie z ośnieżonymi szczytami wysokości czterech tysięcy metrów. Były to Góry Tien-Szan, a te ośnieżone szczyty znajdowały się w odległości pięćdziesięciu kilometrów od Dżambułu, chociaż miałem wrażenie, że są bardzo blisko. Zaletą mieszkania w obecnym miejscu przy ulicy Karasu było to, że blisko naszego domu płynęła rzeczka o bardzo czystej wodzie i w czasie tego upalnego lata było to świetne miejsce do kąpieli. Ja i Zbyszek bez końca zażywaliśmy kąpieli pływając i wykonując z wysokiego brzegu skoki do wody „na główkę”.
W tym czasie zaczęli się pojawiać w mieście żołnierze Armii Polskiej. Byli to żołnierze szukający swoich rodzin lub oficerowie łącznikowi poszukujący rodzin wojskowych i organizujący wyjazd tych rodzin, w ramach planowanej ewakuacji do Iranu. Sztab armii mieścił się w Uzbekistanie, w mieście Jangijulu. Dzięki wsparciu strony brytyjskiej i staraniom generała Andersa, 8 lipca 1942 r. Stalin wyraził zgodę na ewakuację całego wojska polskiego do Iranu. W ramach tego drugiego etapu ewakuacji gen. Anders zamierzał również wraz z wojskiem zabrać jak najwięcej ludności cywilnej. Dlatego też wysyłano żołnierzy do większych skupisk Polaków w Kazachstanie i Uzbekistanie, którzy poszukiwali swoich rodzin jak również innych osób kwalifikujących się do wyjazdu. Do nas, do Dżambułu, wiadomości w sprawie możliwości wyjazdu jakoś nie docierały, a Delegatura również nie wykazywała inicjatywy w tej sprawie. Pani Jadzia będąc kiedyś w mieście spotkała w pobliżu Delegatury polskiego żołnierza, z którym nawiązała rozmowę i ten wojskowy pochwalił się, że właśnie odnalazł w kołchozie odległym o 10 km od Dżambułu swoją żonę z dziećmi i wkrótce jego rodzina wyjedzie do punktu ewakuacyjnego w Uzbekistanie, a stamtąd jest możliwość wyjazdu do Iranu. Pani Jadzia przedstawiła mu swoją trudną sytuację, że jest z dwojgiem dzieci, bez środków do życia i prosiła, o pomoc, by mogła również wyjechać do punktu ewakuacyjnego. Pan Nadański, bo tak się nazywał ten wojskowy, obiecał, że za tydzień zjawi się w Dżambule i przywiezie bilety dla pani Jadzi i jej dzieci na wyjazd do Szachrisabs w Uzbekistanie, gdzie stacjonowała jego 6. Dywizja Piechoty. Rzeczywiście, po tygodniu przyjechał i przywiózł dokument upoważniający do zakupu dziewięciu biletów. Były to trzy bilety dla pani Jadzi oraz dodatkowo sześć biletów nadprogramowych do dyspozycji pani Jadzi. Te dodatkowe bilety pani Jadzia dała pani Szczawińskiej i pani Jezierskiej, mieszkankom sąsiedniego pokoju. Niestety dla Bachmińskich biletów zabrakło. Moja Mama nie odstępowała pana Nadańskiego i przekonywała go, że jest w beznadziejnej sytuacji materialnej, a ponadto zasługuje również na wyjazd, jako żona zasłużonego legionisty, odznaczonego Krzyżem Niepodległości. Przedstawiła dokumenty męża dotyczące służby w Legionach. Pan Nadański obiecał, że załatwi dla nas również bilety i wkrótce przywiezie je ktoś z jego jednostki.
Pani Jadzia oraz panie Szczawińska i Jezierska w ciągu kilku dni wyjechały, a było to gdzieś w połowie lipca 1942 r., a nam pozostało oczekiwanie czy ktoś przyjedzie z biletami dla nas. Ale szczęście nam dopisało! Około 10 sierpnia zjawił się u nas żołnierz łącznikowy i przywiózł ze sztabu armii dokument dający podstawę do zakupu na stacji biletów kolejowych dla określonej w tym dokumencie ilości osób, z Dżambułu do Jangijulu. W tym czasie w ZSRR nie można było podróżować bez zezwolenia władz, dlatego też chcąc wyjechać z Dżambułu musieliśmy mieć potwierdzenie władz polskich, że nasz przejazd koleją jest uzasadniony. Zgodnie z tym zapotrzebowaniem, biletów miało wystarczyć dla wszystkich mieszkańców naszego domu, ale faktycznie się okazało, że dwóch biletów zabrakło. By wszyscy mogli wyjechać, ktoś musiał jechać bez biletu, czyli na gapę. Padło na najmłodszych, czyli na moją ośmioletnią siostrę i na mnie - mieliśmy być przemyceni bez biletu. Odjazd nastąpił 13 sierpnia po południu. W czasie kontroli biletów przez konduktora, moją siostrę schowano pod ławkę, na której siedziała Mama ze Zbyszkiem, a ja jako drugi pasażer jadący bez biletu, gdzieś się chowałem i konduktor nie złapał mnie w czasie podróży ani razu. Takie dwa bilety w cenie 29 r. 10 kop. za sztukę, na które jechaliśmy w cztery osoby, są przechowywane przeze mnie jako jedyna pamiątka materialna z tego okresu.
Do Jangijulu było około 350 km i nasza podróż nie trwała zbyt długo. Znajdował się tam jeden z punktów ewakuacyjnych, skąd Polacy wyjeżdżał transportami kolejowymi do portu w Krasnowodzku (Turkmenbaszy), a stamtąd odbywali dalszą drogę do Iranu statkiem przez Morze Kaspijskie. Gdyśmy wysiedli z wagonu w Jangijulu, bez trudu znaleźliśmy drogę do punktu rejestracji obywateli polskich przewidzianych do ewakuacji. Po zarejestrowaniu, udaliśmy się do miejsca zakwaterowania, gdzie mieliśmy czekać aż przyjdzie na nas kolej. Naszym miejscem zakwaterowania był pobliski park, w którym zajęliśmy miejsce pod drzewem, obok innych ludzi tam zgromadzonych. Na szczęście sierpień 1942 r. był ciepły i pogodny, deszcz nie padał, więc bez narzekania spędziliśmy kilka dni i nocy w tym parku. Spaliśmy na jakiejś płachcie rozłożonej na ziemi. Jangijul był kilkudziesięciotysięcznym miastem, zamieszkałym głównie przez Uzbeków, położonym nad rzeką Czirczik, przepływającą przez teren zajęty przez polskie oddziały oraz przez cywilów oczekujących na wyjazd. Czekaliśmy na wyjazd cierpliwie cały tydzień, a mając dużo wolnego czasu i darmowe wyżywienie często szliśmy do miasta (oczywiście jedna osoba musiała pozostać przy rzeczach), gdzie na bazarze można było kupić różne południowe owoce, takie jak brzoskwinie, kawony i melony. Siłę pociągową w mieście stanowiły osły i wielbłądy. Blisko miejsca naszego postoju był też polski bazar, gdzie żołnierze sprzedawali swoje racje żywnościowe, a także inne rzeczy. Od takiego polskiego żołnierza kupiłem pewnego dnia dwa metalowe pudełka czekolady - takiej stanowiącej w armii brytyjskiej rację „emergency”, czyli rację ratunkową, którą się spożywa, gdy głód zagląda żołnierzowi w oczy na froncie. Cena była wyjątkowo niska, więc kupiłem dwa pudełka, nie sprawdzając, jak ta czekolada wygląda. Po chwili, gdy żołnierz zniknął, otworzyłem pudełko, a tam było tylko pół czekolady. Sprawdziłem co jest w drugim pudełku, a tam była glina. Trudno

- dałem się nabrać.
Nasz pobyt w Jangijulu szczęśliwie dobiegł końca. Na stację podstawiono długi pociąg osobowy, który miał nas zawieźć do Krasnowodzka. Skończył się cały tydzień koczowania pod gołym niebem i czekała nas teraz podróż w kierunku morza Kaspijskiego, od którego dzieliła nas odległość 1800 kilometrów. Pojechaliśmy trasą przez Samarkandę i Bucharę, a następnie wjechaliśmy na terytorium Turkmenii, kraju pustynnego, gdzie wieleset kilometrów pociąg jechał obrzeżem Pustyni Kara-Kum i gdzie po horyzont widać było z pociągu tylko piasek. Minęliśmy stolicę Turkmenii, Aszhabad i po wielu godzinach dalszej jazdy znaleźliśmy się w pobliżu Morza Kaspijskiego. Pociąg zatrzymał się w odległości kilku kilometrów od Krasnowodzka - portu, z którego mieliśmy popłynąć do Iranu - i kazano nam wysiadać z wagonów bezpośrednio na piach pustyni. Nie było tam żadnej stacji kolejowej ani peronu, tylko zwykły nasyp kolejowy biegnący przez pustynię. Okazało się, że na tym piasku mamy czekać aż przyjdzie wiadomość, że w porcie jest statek, którym mamy płynąć. Na piasku koczowaliśmy chyba dwie doby, a najgorsze było to, że nie było tam wody do picia, a słońce w dzień paliło niemiłosiernie. Miejscowi Turkmeni krążyli z wodą na sprzedaż, żądając za tę wodę astronomicznej ceny. Pojawili się też przedstawiciele sowieckiej służby celnej, którzy żądali oddania rubli, których nie wolno jest wywozić za granicę i twierdzili równocześnie, że w Iranie nic za ruble się nie kupi. Nieliczni Polacy oddawali ruble bojąc się, że przy wejściu na statek zostaną przeszukani i ich wyjazd może być pod znakiem zapytania. Od naszego miejsca koczowania było kilkaset metrów do morza i ja postanowiłem korzystać z kąpieli morskiej. Pierwsza kąpiel była dość symboliczna: wszedłem do wody w moich krótkich, przedwojennych spodenkach, które były pełne dziur, a po kąpieli w morzu i po wyjściu na brzeg ubrałem nowe spodenki, które wyfasowałem przed wyjazdem z Jangijulu.
Wreszcie nasza gehenna na tym piasku i w tym upale dobiegła końca. Nadszedł rozkaz, że mamy iść do portu w Krasnowodzku, bo przycumował statek. Marsz był bardzo ciężki, ponieważ trzeba było przenieść za jednym razem na plecach i w rękach cały nasz dobytek. Dotarliśmy do portu umęczeni upałem i dźwiganiem rzeczy. Stał tam statek towarowy niezbyt wielkich rozmiarów, na którego pokład weszliśmy po trapie, a następnie skierowano nas po schodach w dół do dużej komory ładunkowej. W tej komorze znalazła się tak wielka ilość ludzi, że ręce, nogi i inne części ciała krzyżowały się, a ludzie leżeli jedni na drugich. Do ścisku można było się przyzwyczaić i wszystko było w miarę do wytrzymania do czasu, dopóki statek nie wypłynął na pełne morze. Wtedy zaczęło mocno huśtać i ludzie zaczęli wymiotować. Górny pokład był zajęty przez wojsko i było tam tak gęsto, że chodzenie po pokładzie było prawie niemożliwe. Jakaś ubikacja gdzieś tam na górnym pokładzie była, ale nie mogła ona obsłużyć tak wielkiej ilości pasażerów, a i dotarcie do niej wymagało umiejętności cyrkowca. Do portu w Iranie było pięćset kilometrów i podróż nasza przez morze w tych trudnych warunkach trwała dwie doby.