- Wstęp
- Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
- Rozdział II: Deportacja
- Rozdział III: Amnestia
- Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
- Rozdział V: Pobyt w Dżambule
- Rozdział VI: W Iranie
- Epilog
Rozdział VI
W Iranie
Pahlavi, Teheran, Isfahan, Afryka, 1942–1947
27 sierpnia 1942 roku, około południa, wpłynęliśmy do portu w Pahlavi na ziemi irańskiej. W latach późniejszych Irańczycy zmienili nazwę tego miasta na Bandar - e Anzali. Wyładunek pasażerów ze statku był wzorowy pod względem organizacyjnym. Ludzie wysiadający ze statku na nabrzeże, byli z miejsca kierowani do oczekujących wojskowych ciężarówek, które po załadunku pasażerów z miejsca ruszały. My również wsiedliśmy po podstawionych schodach na ciężarówkę wyposażoną w ławki do siedzenia i pojazd natychmiast ruszył. Jechaliśmy krótko i dotarliśmy do miejsca naszego zakwaterowania, którym było wielkie obozowisko położone na piaszczystej plaży Morza Kaspijskiego. Znaleźliśmy się w sektorze cywilów, gdzie równolegle do brzegu morza w odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu, były postawione długie rzędy daszków pokrytych matami chroniącymi przed słońcem i pod tymi daszkami ludzie przyjeżdżający z portu zajmowali miejsca na piasku, rodzina koło rodziny. W tych szałasach koczowało już wiele tysięcy osób cywilnych i my do nich dołączyliśmy. W drugiej części plaży był sektor wojskowy, gdzie w namiotach byli zakwaterowani żołnierze. Byli tam zakwaterowani również junacy, czyli umundurowana młodzież w wieku od czternastu do osiemnastu lat, a ponadto były tam też oddziały kobiece z organizacji zwanej Pomocniczą Służbą Kobiet tzw. „pestki”. Ten wielki obóz, zajmujący po wschodniej części miasta trzy kilometry plaży, był odgrodzony od strony zewnętrznej niskim płotem, za którym można było spotkać szakale, które w nocy miały zwyczaj odwiedzać obozowisko, by się posilić.
Ten drugi etap ewakuacji trwał od 8 do 30 sierpnia 1942 roku. Nam się udało wyjechać 27 sierpnia, czyli już w końcowej fazie. W czasie sierpniowej ewakuacji wyjechało do Iranu 45 tys. wojskowych i 25,5 tys. osób cywilnych, razem 70,5 tys. osób. Łącznie w pierwszym i drugim etapie opuściło ZSRR 114,5 tys. osób, w tym 78 tys. wojskowych i 36,5 osób cywilnych11. Jeśli tę liczbę 114,5 tys. porównamy z ogólną ilością amnestionowanych, która wyniosła 389 041 osób12 otrzymamy wynik pozwalający uznać, że zaledwie 29 proc. amnestionowanych udało się ewakuować do Iranu.

Ci, którzy pozostali na terenie Związku Sowieckiego musieli czekać na zakończenie wojny pracując w kołchozach lub w fabrykach, a niektórzy wstąpili do armii Berlinga i walczyli z Niemcami u boku Armii Czerwonej.
A my, przebywając na plaży w Pahlavi, cieszyliśmy się piękną, letnią pogodą. W morzu woda była ciepła, chętnych do kąpieli było wielu. Fala jednak była duża i niektórzy kąpiący się to zlekceważyli, wypłynęli za daleko i nie zdołali dopłynąć z powrotem do brzegu - zdarzyło się kilka utonięć. Najważniejsze było to, że blisko nas mieliśmy kuchnię wojskową, która dostarczała tłuste, kaloryczne posiłki z kotła. Ale to tłuste jedzenie nie wszystkim wychodziło na zdrowie, bowiem ludzie byli niedożywieni i wkrótce zaczęli masowo chorować, chyba z przejedzenia. Ich żołądki nie radziły sobie z tak dobrym jedzeniem. A my mieliśmy duże przywileje w naszej kuchni polowej, gdyż szefem tej kuchni był pan Szkoda, dawny sąsiad Ojca z Polesia, z okresu, gdy Ojciec w latach 1930-1934 pracował tam jako nadleśniczy, a Szkoda był osadnikiem wojskowym i miał w pobliżu nas gospodarstwo. Nasz obóz przejściowy w Pahlavi był ogrodzony od strony miasta i nie mieliśmy kontaktów z miejscową ludnością, natomiast ciągle pojawiali się Persowie - handlarze sprzedający różne owoce, w tym nieznane w Polsce granaty.
Ja i mój Brat, zaraz na początku, wstąpiliśmy do junaków, czyli do oddziałów młodzieżowych wojska. Dopiero w październiku kończyłem czternaście lat, ale tam nikt o metrykę nie pytał, bo mało kto mógł taką metrykę okazać. Ja jako czternastolatek trafiłem do czwartej kompanii, a brat - piętnastolatek - do trzeciej kompanii. Jako umundurowanie dostałem brytyjski battledress, stanowczo za duży na mnie, gdyż ja przez prawie trzy lata pobytu w ZSRR niewiele podrosłem i pod względem wzrostu przypominałem jedenastolatka. Spodnie wojskowe, które wyfasowałem zapinałem paskiem wysoko, gdzieś pod pachami. Nie było mundurów dla żołnierzy małego wzrostu. Zakwaterowanie mieliśmy na plaży w sektorze wojskowym, mając nad głową tylko daszek chroniący przed promieniami słońca, ale nie chroniący przed deszczem, a spaliśmy na kocach ułożonych na piasku. Moim dobrym kolegą w kompanii okazał się Adam Szkoda, syn tego szefa kuchni polowej z sektora cywilnego, który był znajomym mojego Ojca sprzed wojny, o czym pisałem wcześniej. Z Adamem razem maszerowaliśmy, a także mieliśmy w szałasie spanie obok siebie. Adam był tego wzrostu co ja i też miał kłopoty z noszeniem zbyt wielkiego munduru. Naszą czwartą kompanią dowodził plutonowy, przedwojenny podoficer, który wydawał komendy potężnym głosem i który miał do pomocy kaprala, człowieka bardzo spokojnego i zrównoważonego. Z tym kapralem odbywaliśmy ciągłe marsze po plaży, wykonując w ramach musztry różnego rodzaju zwroty i ćwiczyliśmy krok marszowy. Padała komenda: Czwórki w prawo zwrot! Naprzód marsz! I kompania zaczynała maszerować. Z kolei padała komenda: Kompania śpiewa! I wówczas śpiewaliśmy pieśni, których nas nauczył kapral. Dość często nasza czwarta kompania złożona z czternastoletnich wojaków śpiewała taką pieśń:

Nie ma wesela, nie ma muzyki, żeby nie było panny Ludwiki!
Panna Ludwika, klawa kobita, każdemu buzi da!
Dobrze się czułem jako żołnierz generała Andersa do czasu, aż mnie złapała choroba, bardzo przykra, bo była to czerwonka, zwana też dyzenterią. Dalej uczestniczyłem w marszach, ale kondycję miałem coraz gorszą. W dodatku dobra pogoda się skończyła i zaczęły padać deszcze. My, jako wojsko, mieliśmy o tyle lepiej niż cywile, że dysponowaliśmy gumowymi pelerynami przeciwdeszczowymi, które rozwieszaliśmy nad głowami, a cywile mokli, bo maty przeciwsłoneczne, jakie mieli nad głowami, nie chroniły od deszczu. Moje dolegliwości tak się nasiliły, że trafiłem do szpitala. Szpital mieścił się również na plaży w wyodrębnionej części sektora wojskowego, a chorzy leżeli w dużych namiotach na żelaznych łóżkach gęsto ustawionych w dwóch rzędach w każdym namiocie. Mój pierwszy kontakt z lekarzem był taki, że lekarz spytał: - Co ci dolega? Odpowiedziałem: - Mam krwawą dyzenterię. A on na to: - A skąd ci leci krew? Nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego słowa, więc nic nie odpowiedziałem, ale się zorientowałem, że lekarz chce mnie rozweselić. W tym szpitalu przeleżałem około tygodnia i gdy już byłem podleczony, zostałem przetransportowany wraz z innymi pacjentami, w większej grupie, do Teheranu, stolicy Iranu. Obóz przejściowy w Pahlavi znajdował się w końcu września w fazie likwidacji. Cywile jechali z Pahlavi do Teheranu, a wojsko do Iraku. Pamiątką po pobycie Polaków w Pahlavi jest cmentarz, na którym pochowano 639 osób ewakuowanych z ZSRR. Tylu ubyło ze 114,5 tysięca łącznie ewakuowanych w marcu, kwietniu oraz w sierpniu 1942 r.
Mój brat wyjechał ze swoją kompanią junaków w końcu września z Pahlavi do Teheranu, a następnie po krótkim tam pobycie pojechał do Palestyny, skąd następnie został przeniesiony do Egiptu, gdzie w Heliopolis koło Kairu został przyjęty do Lotniczej Szkoły Technicznej. Szkoła ta funkcjonowała na poziomie programu czterech klas gimnazjalnych i dwóch licealnych, poszerzonego o wiedzę z dziedziny lotnictwa. Do szkoły tej uczęszczał przez cztery lata i pod koniec 1946 roku, gdy szkoła została zlikwidowana, wyjechał do Anglii, gdzie służył po wojnie w RAF-ie (Królewskich Siłach Lotniczych) jeszcze dwa lata, do końca 1948 roku, kiedy zakończył służbę wojskową. Zamieszkał na stałe w mieście Derby w Anglii. W 1998 r. Zbigniew Bachmiński odznaczony został przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Krzyżem Czynu Bojowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Ja do Teheranu wyjechałem z Pahlavi 25 września 1942 roku wraz z innymi pacjentami szpitala. Jechaliśmy autobusem przez wysokie góry Elburs, drogą „tysiąca zakrętów”. Po pierwszym dniu podróży zatrzymaliśmy się na noc w Kazwinie. Umieszczono nas wszystkich w jednej wielkiej hali hotelowej, gdzie nie było łóżek, a jedynie perskie dywany, na których - zgodnie z perskim obyczajem
- mieliśmy spać człowiek obok człowieka. Po przenocowaniu ruszyliśmy w dalszą drogę i w końcu dojechaliśmy do Teheranu. Tu znalazłem się w dużym polskim szpitalu położonym na obrzeżach miasta. W szpitalu była wielka ilość polskich pacjentów, a najbardziej przyciągali moją uwagę niektórzy z nich, snujący się po dziedzińcu szpitala, którzy byli tak wycieńczeni, że rzucały się w oczy ich sylwetki przypominające kościotrupy. Śmiertelność Polaków w Teheranie była duża, o czym świadczy 1937 polskich grobów na cmentarzu wojennym Dulab. Mój pobyt w szpitalu trwał jeszcze około dziesięciu dni. Nie wróciłem już do mojej kompanii junaków, ponieważ Mama postanowiła mnie wycofać do cywila i po wyjściu ze szpitala znalazłem się w polskim Obozie Nr 2 położonym na przedmieściach Teheranu, w pobliżu lotniska wojskowego. Warunki życia w Obozie Nr 2 były prymitywne - mieszkaliśmy w takich barakach-szałasach, w których nie było podłogi, tylko zwykłe klepisko, na którym gnieździły się obok siebie poszczególne rodziny, śpiąc na rozłożonych na ziemi kocach. Zacząłem chodzić do szkoły, do szóstej klasy. Szkoła była pod gołym niebem - siedzieliśmy na deskach ułożonych na cegłach, ale była tablica, która świadczyła, że jest to prawdziwa szkoła. Sąsiedztwo lotniska było dla mnie bardzo atrakcyjne, gdyż mogłem obserwować ciągłe akrobacje samolotów odbywające się nad lotniskiem. Były to samoloty myśliwskie dwupłatowe, niezbyt nowoczesne, ale akrobacje wykonywały pięknie. W czasie naszego pobytu w Teheranie ważnym wydarzeniem był przyjazd do Obozu Nr 2 biskupa polowego Józefa Gawliny, który na placu, pod gołym niebem, udzielał zbiorowego bierzmowania. Zapamiętałem też takie zdarzenie, że w mieście przez parę dni słychać było strzały. Nikt nie miał odwagi, by pójść do miasta i sprawdzić, co się tam dzieje. W naszym obozie komentowano to tak, że były to rozruchy spowodowane przez Kurdów, którzy w stolicy wzniecali demonstracje, przeradzające się w wymianę strzałów z wojskiem, a celem tych demonstracji było żądanie przyznania autonomii dla narodu kurdyjskiego zamieszkującego w granicach państwa irańskiego.

Podczas pobytu w Teheranie staraliśmy się z Mamą zwiedzać miasto i obserwować, jak żyją Persowie. Spoglądając z miasta w kierunku wschodnim widziało się potężny szczyt górski Demawend o wysokości 5604 m, górujący nad miastem, okryty białą czapą śniegu i lodowca. Kilka razy byliśmy w centrum miasta, na głównej ulicy Lalezar, oglądaliśmy wystawy sklepowe, a także wstępowaliśmy do meczetu i podziwialiśmy jego piękną architekturę. W Teheranie przebywaliśmy około trzech miesięcy, do czasu wyjazdu do Isfahanu, gdzie Mama otrzymała angaż na stanowisko nauczycielki w jednym z zakładów, w którym przebywały polskie sieroty.


Podróż do Isfahanu pamiętam dość dobrze - mieliśmy do pokonania autobusem ponad 500 km, zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie w obiektach przydrożnych, gdzie za wysokim murem mieściły się czajchany, czyli herbaciarnie. Nasz kierowca korzystał z okazji, by w czajhanie wypalić nargila, czyli fajkę wodną. Niektórzy z naszych towarzyszy podróży obawiali się, że fajka wodna może zawierać narkotyk i kierowca po wypaleniu takiej fajki spowoduje wypadek drogowy. Jechaliśmy przez kraj wyżynny, pozbawiony roślinności, drogą bez większej ilości zakrętów i kierowca - jak się okazało - po wypaleniu nargila nie miał kłopotu z prowadzeniem autobusu i szczęśliwie dowiózł nas do Isfahanu.
Isfahan był dużym miastem liczącym 250 tysięcy mieszkańców. Było to miasto z wieloma meczetami i zabytkowym mostem 33-łukowym na rzece Zajanderud łączącym centrum z ormiańską dzielnicą Dżulfą. Ja zamieszkałem wraz z chyba czterdziestoma chłopakami na Dżulfie, w dużej parterowej rezydencji otoczonej wysokim murem. Kto był właścicielem tej rezydencji i użyczył jej nam na czasowe zamieszkanie, nie jestem w stanie odpowiedzieć. W Isfahanie znalazło się około 2700 naszych uchodźców, w większości młodzieży. Zamieszkali oni w prywatnych willach, obiektach zakonnych, a także obiektach wojskowych. Był to bardzo pomocny gest ze strony państwa i społeczeństwa irańskiego, że udało się zakwaterować tak dużą ilość naszych uchodźców w obiektach o dość dobrym standardzie. Zacząłem naukę w pierwszej klasie gimnazjum, „przeskakując” szóstą klasę, do której uczęszczałem w Teheranie tylko dwa miesiące. Moje gimnazjum znajdowało się na Dżulfie, niezbyt daleko od miejsca zamieszkania. Mama była nauczycielką w zakładzie położonym w centrum miasta i często ją odwiedzałem przechodząc mostem 33-łukowym na drugą stronę rzeki. Razem zwiedzaliśmy miasto, byliśmy w paru meczetach, a także podziwialiśmy między innymi prace tamtejszych rzemieślników wykonujących wyroby ze srebra, które były po mistrzowsku grawerowane. Pamiątkę z pobytu w Isfahanie mam do tej pory w postaci srebrnej papierośnicy Ojca, którą daliśmy tym mistrzom do wygrawerowania. Nasze zainteresowanie budziły perskie dywany, które w wielu miejscach były wystawione na sprzedaż. Ponieważ Mama jako nauczycielka miała skromną pensję, więc było do dyspozycji trochę tomanów na drobne wydatki, a nawet na zakup srebrnej, grawerowanej bransolety. Trzeba dodać, że podstawowe wyżywienie mieliśmy podczas całego pobytu w Iranie i później za darmo, dlatego wynagrodzenie za pracę można było przeznaczyć na osobiste wydatki. Na ulicy wszędzie sprzedawano lepioszki, rodzaj placków z ciemnej maki, które często kupowaliśmy, bo były tanie i smaczne. Z owoców najchętniej kupowaliśmy granaty i suszone daktyle. Rewelacyjny był kryty bazar w Isfahanie, ciągnący się ponad kilometr, gdzie było mnóstwo sklepów i kramów z różnymi towarami, a był tam wielki gwar i hałas, bo sprzedawcy głośno zachwalali swoje towary, a hałas był spotęgowany przez pracujących w warsztatach rzemieślników uderzających w blachę młotami.


Nasz pobyt w Isfahanie trwał krótko, bo zaledwie siedem tygodni. Zapadła decyzja, że mamy wyjechać z grupą pięciuset polskich dzieci do Związku Południowej Afryki (RPA). Około połowy lutego 1943 roku wyjechaliśmy z Isfahanu autobusem na północ do miasta Kum, skąd było połączenie kolejowe z Ahwazem, miastem na południu Iranu, w rejonie Zatoki Perskiej, gdzie mieliśmy oczekiwać na przybycie statku, którym mieliśmy odpłynąć do Afryki. W Kumie była przerwa w podróży trwająca trzy dni związana z oczekiwaniem na przyjazd pociągu w kierunku Ahwazu. Zakwaterowano nas w hotelu i mieliśmy czas na zwiedzanie miasta. Kum to piękne miasto orientalne, a najbardziej rzucającym się w oczy obiektem architektury muzułmańskiej w tym mieście był zabytkowy meczet ze złotą kopułą. Nasza podróż z Kumu do Ahwazu odbywała się pociągiem w nocy i była wyjątkowo męcząca, bo byliśmy mocno stłoczeni w przedziale wagonu i w tych warunkach o spaniu nie było mowy. Jechaliśmy przez wysokie pasmo górskie Zagros, a o wschodzie słońca pociąg zatrzymał się na jakiejś małej stacyjce, na której wysiadłem z wagonu, by podziwiać piękny górski krajobraz. Oprócz uroku tych gór oświetlonych wschodzącym słońcem zobaczyłem jak kilku Persów wysiadło z wagonu, rozłożyło swoje dywaniki modlitewne i zwracając się w kierunku Mekki biło pokłony Allahowi. Była to scena godna zapamiętania. Szczęśliwie dojechaliśmy do Ahwazu, gdzie był obóz przejściowy, w którym przebywali Polacy oczekujący na wjazd do Afryki oraz do Indii. Do Afryki wyjechało z Iranu drogą morską 18000 osób a do Indii 450013. Nasz pobyt w Ahwazie trwał 18 dni do momentu, gdy nadeszła wiadomość, że w porcie czeka na nas statek. Wówczas wyruszyliśmy pociągiem do portu w Khorramshahr na rzece Szatt al-Arab. Rzeka ta stanowi końcowy odcinek Eufratu i Tygrysu - dwóch rzek, które łączą się ze sobą w odległości około dwustu kilometrów przed Zatoką Perską tworząc wspólny nurt noszący nazwę Szatt al



- Arab. Rzeka jest tu na tyle głęboka, że mogą po niej pływać statki oceaniczne. W porcie czekał na nas duży statek pasażerski Dunera, do którego się załadowała grupa 1032 Polaków i w dniu 3 marca 1943 roku opuściliśmy Iran. Nasz pobyt w Iranie trwał pół roku.
Płynąc rzeką Szatt al-Arab mieliśmy niezapomniane widoki
– po obu stronach rzeki był wielki las palmowy. Niebawem dopłynęliśmy rzeką do Abadanu, gdzie się zatrzymaliśmy, by zatankować olej napędowy na dalszą podróż. Po opuszczeniu portu w Abadanie wkrótce dopłynęliśmy do Zatoki Perskiej, a następnie płynąc Zatoką Perską dotarliśmy do Cieśniny Ormuz. W Cieśninie był kilkudniowy postój spowodowany tym, że gromadziły się tam liczne statki, które w konwoju, w towarzystwie niszczycieli, miały wyruszyć na Ocean Indyjski.
Tworzenie konwoju z ochroną niszczycieli było konieczne, ponieważ na Oceanie Indyjskim grasowały niemieckie, a także japońskie okręty podwodne. W cieśninie ktoś z naszych pasażerów zauważył polski statek Kościuszko, co wzbudziło wielkie emocje, gdyż widzieliśmy w nim kawałek naszej Ojczyzny, ale kontaktu z załogą statku nie udało się nawiązać. Wreszcie konwój ruszył, ale nasza Dunera płynęła w tym zgrupowaniu zaledwie parę dni, bowiem konwój liczący kilkadziesiąt statków popłynął na południowy wschód w kierunku Indii, a Dunera w pojedynkę wzięła kurs na Afrykę. Nasz statek często płynął zygzakiem, by nie pozostawiać po sobie wyraźnego śladu na wodzie, który mógłby stanowić informację dla okrętu podwodnego, że jest niedaleko cel do storpedowania. Dunera była nieźle uzbrojona – miała na rufie działo dużego kalibru, którym mogła się bronić przed atakami okrętów podwodnych jak również miała dwa gniazda sprzężonych działek przeciwlotniczych, które również mogły być użyte do ostrzału okrętów podwodnych. W czasie rejsu odbyła się parokrotnie próba strzelania z działa do wyrzuconych za burtę zbędnych skrzyń oraz z działek do baloników wypuszczanych w powietrze. Codziennie odbywał się próbny alarm, na który wychodziliśmy w pasach ratunkowych. Mieliśmy też ciągłe zbiórki na pokładzie i ćwiczenia prowadzone przez oficera marynarki dotyczące postępowania na wypadek storpedowania. Ja na statku zajmowałem miejsce w trzeciej klasie, co oznaczało, że spałem w hamaku, a kąpiel miałem pod prysznicem ze słoną wodą. Nasz statek zatrzymywał się na krótko w Mombasie, Beirze i Durbanie. Największe wrażenie wywarł na mnie port w Mombasie, gdzie miałem pierwszy kontakt z „czarną” Afryką. W Beirze, porcie należącym do portugalskiego Mozambiku, wysiadła na ląd grupa 513 Polaków, których końcowym celem podróży i miejscem stałego pobytu miała być Lusaka w Północnej Rodezji (Zambii). Ostatni odcinek rejsu z Durbanu do Port Elizabeth odbywał się w rejonie zagrożenia atakiem niemieckich okrętów podwodnych, a tego zagrożenia mogliśmy się domyślać, gdyż cały czas byliśmy patrolowani przez samolot, który nam towarzyszył i obserwował wody oceanu. Szczęśliwie dopłynęliśmy do Port Elizabeth w Związku Południowej Afryki (RPA) i tu był koniec naszej morskiej podróży, która trwała cztery tygodnie. Przez 9 dni pozostawaliśmy jeszcze na statku bez możliwości wysiadania na ląd, ponieważ musieliśmy odbyć kwarantannę, w czasie, której sprawdzano czy nie przywieźliśmy ze sobą jakiejś choroby zakaźnej.

Naszym pierwszym miejscem pobytu było miasto Oudtshoorn w Związku Południowej Afryki (RPA), gdzie się znalazła nasza 500-osobowa grupa dzieci i młodzieży, która wraz z zespołem 29 nauczycieli i opiekunów przypłynęła Dunerą do Port Elizabeth. Na początku 1944 roku wyjechałem wraz z Mamą i Siostrą ze Związku Południowej Afryki do Północnej Rodezji (Zambii). Mama w okresie pobytu w Północnej Rodezji pracowała jako nauczycielka szkoły podstawowej w polskim osiedlu w Lusace, a ja uczęszczałem do drugiej klasy polskiego gimnazjum w Livingstonie i następnie kontynuowałem naukę w gimnazjum i liceum w Lusace i w 1947 roku zdałem maturę. Siostra w tym czasie uczęszczała do szkoły podstawowej. W czerwcu 1947 r. zakończył się nasz ponad czteroletni pobyt w Afryce, zdecydowaliśmy się bowiem na powrót do Polski. Dzieje Polaków w Afryce zostały ciekawie opisane przez Wacława Korabiewicza w książce pt. „Gdzie słoń, a gdzie Polska”, w której są też zamieszczone fragmenty wspomnień mojej Mamy i moje (str. 70-73). Również mój kolega z Rodezji, Eugeniusz Zaliński, opisał obszernie historię naszego pobytu w Afryce w książce pt. „Z Polski do Polski. Przez Syberię, przez Afrykę”. Są to książki warte przeczytania, gdyż przedstawiają one dzieje Polaków, którzy po krótkim pobycie w Iranie znaleźli się w Afryce. Zdecydowałem, że nie będę kontynuował opisu moich przygód, które się wydarzyły w czasie pobytu w Afryce, bowiem moim głównym zamiarem było przedstawienie wyłącznie tego dramatycznego okresu naszego pobytu na zesłaniu, zakończonego momentem szczęśliwego opuszczenia terytorium ZSRR, półrocznym pobytem w Iranie i podróżą do Południowej Afryki. Do Kraju wróciliśmy 25 lipca 1947 roku po prawie siedmioipółrocznej tułaczce.