- Wstęp
- Rozdział I: Moja rodzina i moje miasto
- Rozdział II: Deportacja
- Rozdział III: Amnestia
- Rozdział IV: Podróż do Kazachstanu
- Rozdział V: Pobyt w Dżambule
- Rozdział VI: W Iranie
- Epilog
Rozdział III
Amnestia
Katiszcze, sierpień–październik 1941
O wielkich niepowodzeniach wojsk sowieckich w wojnie z Niemcami dowiedzieliśmy się od ludzi pracujących na bazie, którzy mieli jakieś informacje z gazet, a także rozmawiali z Rosjanami współpracującymi z nimi przy spławianiu drewna. Również mój Ojciec będąc w szpitalu czytał prasę rosyjską i miał sporo świeżych wiadomości z frontu. Nadzorujący nas enkawudziści także zaczęli z zażenowaniem przyznawać, że ich niepobiedimaja strana - niezwyciężone państwo, ponosi sromotną klęskę. Ze sporym opóźnieniem dotarła do nas wiadomość o zawartym 30 lipca 1941 r. w Londynie Układzie między Władysławem Sikorskim, prezesem Rady Ministrów Rzeczypospolitej, a Iwanem Majskim, ambasadorem ZSRS w Wielkiej Brytanii. Najważniejsze dla nas było to, że 12 sierpnia 1941 r., Prezydium Rady Najwyższej ZSRS wydało dekret w sprawie udzielenia amnestii obywatelom polskim więzionym na terytorium ZSRS. W sierpniu 1941 roku liczba obywateli polskich aresztowanych, skazanych na pobyt w łagrach, wysiedlonych, jeńców wojennych oraz internowanych wynosiła 391 575 osób. Ogółem zwolniono w ramach amnestii 389 041 osób9.

Wiadomość o amnestii dotarła do nas w połowie sierpnia 1941 r. Komendant zwołał w Szombozierze zebranie wszystkich dorosłych mieszkańców obydwu naszych posiołków. Nikt nie wiedział, jaki ma być cel tego zebrania. Na zebranie poszli oboje moi rodzice. Komendant po krótkim wstępie politycznym ogłosił decyzję o amnestii, co było dla wszystkich wielkim zaskoczeniem i równocześnie bardzo emocjonującą wiadomością. Komendant zakomunikował, że rząd polski i rząd sowiecki zawarły układ i zobowiązały się walczyć przeciwko wspólnemu wrogowi, jakim są Niemcy. Wszyscy mieszkańcy obydwu naszych osad są amnestionowani, co oznacza, że przestaną podlegać represyjnej władzy komendantury i uzyskają prawo do swobodnego zamieszkania na terytorium ZSRR. Wszyscy dorośli wkrótce otrzymają udostawierenija, czyli zaświadczenia o amnestionowaniu i będą mogli opuścić miejsce zsyłki i wyjechać w bardziej przyjazne regiony ZSRR. Obecni na zebraniu zareagowali na tę wiadomość entuzjastycznie. Odśpiewano Jeszcze Polska nie zginęła i zapanowała wielka radość. Rodzice po powrocie z zebrania byli bardzo przejęci i zdali dokładną relację z jego przebiegu.
Wkrótce nadeszły udostawierenija, i zapadła decyzja, że w dość szybkim terminie będziemy mogli wyjechać gdzieś na południe ZSRR, wszyscy razem jednym transportem kolejowym. Władze rejonowe NKWD z Onegi aktywnie współdziałały z powołanym przedstawicielstwem naszych rodaków przy organizowaniu wyjazdu. Jako cel naszej podróży określono miasto Uralsk położone w północno-zachodnim Kazachstanie. Jak się później okazało, ten cel podróży był całkiem teoretyczny, gdyż faktycznie pojechaliśmy omijając Uralsk do Uzbekistanu. Komendant posiołka zachęcał Polaków, by pozostali w miejscu zsyłki jako ludzie wolni i dalej pracowali dla przedsiębiorstwa Onegales. Widać było, że ubytek taniej siły roboczej, jaką stanowili polscy zesłańcy, może poważnie zakłócić możliwości wykonania planów produkcyjnych tego przedsiębiorstwa i w rezultacie przemysł nie otrzyma w dostatecznej ilości ważnego surowca, jakim jest drewno. Okazało się jednak, że nikt z Polaków nie chciał pozostać - nawet taki zausznik władzy i denuncjator, jakim był Chajan. Ale dla Chajana dobre czasy się skończyły, wyzwoliliśmy się spod władzy NKWD i gdyby on pozostał tam w tajdze, musiałby iść do ciężkiej pracy lesoruba, by zarobić na życie. Dlatego i on zadeklarował chęć wyjazdu razem ze wszystkimi. Mój Ojciec po amnestii wysłał pismo do Komendantury Rejonowej NKWD w Onedze z prośbą o zwrot jego akt personalnych, które zostały tam przesłane przy deportacji, uzasadniając potrzebę ich posiadania tym, że jako człowiek amnestionowany będzie mógł, mając te akta, udokumentować swoje kwalifikacje, by móc pracować w swoim zawodzie. Komendantura w Onedze nie odpowiedziała na tę prośbę. Kiedy nastąpi wyjazd nie wiedzieliśmy, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że jazda pociągiem towarowym będzie długa i konieczne jest zdobycie zapasów żywności na przeżycie wielu tygodni w podróży. Pięcioosobowa rodzina potrzebuje dużo jedzenia. Dodatkowym zmartwieniem była choroba Ojca, który został wypisany ze szpitala nie wyleczony i był niezdolny do jakiegokolwiek działania związanego z przygotowaniami do podróży.
Stąd większość czynności związanych ze zdobywaniem zapasów żywności spadła na Mamę i częściowo na mnie i brata. Pojawiło się sporo Rosjan w naszej osadzie zainteresowanych kupnem damskich rzeczy, których jeszcze trochę zostało na sprzedaż. Udało się co nieco sprzedać i przybyło trochę rubli. Niestety na miejscu w Szombozierze, gdzie był sklepik z pustymi półkami nie można było za te pieniądze nic kupić. Do najbliższej wsi Wierchowje było 15 km, czyli zbyt daleko, by można było tam pieszo dojść i przydźwigać zakupione od miejscowych ludzi towary spożywcze. Postanowiliśmy skorzystać z nowo wybudowanej linii kolejowej, którą już jeździły pociągi towarowe, a czasami i osobowe. W odległości trzech kilometrów od Katiszcza - idąc na skróty - była stacja kolejowa Głazanicha, na której pociągi stawały, a kolejna stacja Tiesowka była w odległości jedenastu kilometrów w kierunku miasta Onegi. Postanowiliśmy pojechać pociągiem do Tiesowki z nadzieją na sukcesy handlowe. Do tej Tiesowki zrobiłem z Mamą dwa lub trzy wypady. Braliśmy ze sobą trochę rzeczy na sprzedaż i na handel wymienny.
By się dostać do Tiesowki trzeba było najpierw przejść z Katiszcza przez tajgę dwa kilometry do linii kolejowej. Po drodze mijaliśmy chatkę, w której mieszkał samotnie Rosjanin o nazwisku Czortow. Nie wiadomo było z czego Czortow żyje i jak sobie radzi w zimie, ale ludzie mówili, że poluje, a także jest jakby strażnikiem leśnym i ma środki na utrzymanie. Gdyśmy doszli do linii kolejowej trzeba było jeszcze przejść wzdłuż toru około jednego kilometra, by dojść do stacji Głazanichy, gdzie musieliśmy wiele godzin czekać aż się pojawi jakiś pociąg towarowy. A gdy taki nadjechał późnym popołudniem i się zatrzymał, wtedy wskoczyliśmy do jednego z wagonów, nie pytając nikogo o pozwolenie. Dojechaliśmy tym pociągiem do Tiesowki, gdzie była mała osada składająca się z kilku domów, w których mieszkali ludzie związani z pracą na kolei. Ktoś z miejscowych nam doradził, by iść wzdłuż jeziora do osady odległej o parę kilometrów, w której będzie można zrobić zakupy. Poszliśmy we wskazanym kierunku, ale zaczęło się robić ciemno, więc zawróciliśmy do stacji. I tam wstąpiliśmy do jednego z domów, gdzie nas przyjęła sympatyczna Rosjanka, żona kolejarza, która poczęstowała nas herbatą, zainteresowała się naszym towarem i dokonaliśmy handlu wymiennego. W zamian za damskie bluzki otrzymaliśmy mąkę, kaszę, olej i chyba coś jeszcze. A najważniejsze było to, że Rosjanka nas przenocowała - wprawdzie spaliśmy na gołej podłodze, ale byliśmy szczęśliwi, że nie musimy nocować na zewnątrz, patrząc w gwiazdy.
Druga wyprawa była jeszcze bardziej udana pod względem handlowym, ale w drodze powrotnej do naszej stacji Głazanichy dotarliśmy wieczorem, gdy było już ciemno. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy przez tajgę nocą i spróbujemy przejść te dwa kilometry od linii kolejowej do Katiszcza po ciemku. Niestety, gdyśmy doszli do ścieżki prowadzącej od torów kolejowych do naszej osady, okazało się, że w takich ciemnościach nie mamy szansy dojść do celu i trzeba będzie usiąść pod drzewem i czekać do rana. Ale mój brat wpadł na pomysł jak pokonać ciemności. Zaproponował, by spróbować oświetlić ścieżkę, a do tego najlepiej się nadawała kora brzozowa, której było pod dostatkiem, a zapałki mieliśmy ze sobą. Zerwaliśmy z kilku drzew brzozowych dużo białej kory, zapaliliśmy jeden kawałek i się okazało, że kora bardzo dobrze się pali i daje tyle światła, że można będzie widzieć przed sobą parę metrów ścieżki. Idąc powoli szczęśliwie dotarliśmy do naszego baraku.
Na początku października 1941 r. otrzymaliśmy z Komendantury informację, że w najbliższych dniach nastąpi wyjazd mieszkańców naszych obydwu posiołków ze stacji Głazanichy na południe Związku Sowieckiego i trzeba się przygotować do podróży. W końcu dostaliśmy zawiadomienie, że należy udać się do Głazanichy z rzeczami, gdzie specjalny pociąg zostanie podstawiony. Do Głazanichy mieliśmy z Katiszcza – idąc drogą przez Szmboziero - pięć kilometrów, ale ponieważ Ojciec był poważnie chory, a Mama wprawdzie odzyskała kondycję zdrowotną, lecz do dźwigania ciężarów się nie nadawała, stąd sprawy transportu rzeczy do pociągu spadły na mnie i na mego brata Zbyszka. Musieliśmy to wszystko przenieść na własnych plecach, a było tego sporo, bo oprócz rzeczy osobistych, było tam dużo artykułów spożywczych przygotowanych na podróż. Wprawdzie 6 października ukończyłem już trzynaście lat, ale byłem mały oraz niedożywiony, z wieloma niegojącymi się ranami na ciele i praca przy transporcie naszego dobytku była dla mnie ponad siły. Do dzisiaj pamiętam, jak się umordowaliśmy tym dźwiganiem. Obróciliśmy z bratem dwa razy i donieśliśmy rzeczy na stację. Wszyscy ludzie oczekujący na podstawienie pociągu próbowali się zmieścić w niewielkim budynku stacyjnym. Ale pociągu jeszcze nie było i całą noc koczowaliśmy na tej stacji, a było nas około czterystu osób. Wśród nas oczekujących była jedna kobieta umierająca, która leżała na podłodze stacji i widać było, że życie z niej ucieka. Wreszcie następnego dnia, to jest 13 października 1941 roku, podstawiono piętnaście wagonów towarowych. Było nas wyjeżdżających około 420 osób. W jednym wagonie musiało się zmieścić przeciętnie około 27 osób. Były to wagony przystosowane do przewożenia ludzi, miały bowiem dwa okienka z przesuwaną szybą, dwupoziomowe prycze i żelazny piecyk na środku wagonu. Takich wagonów Sowieci mieli w zapasie wielką ilość jako pozostałość z okresu czterech deportacji Polaków z roku 1940 i 1941.
13 października 1941 roku żegnaliśmy tajgę pozostawiając tam cały ciężar zmartwień i nieszczęść, które nas dotknęły w ciągu 20 miesięcy od dnia deportacji, ale wreszcie mieliśmy nadzieję na poprawę naszego losu, choć była to tylko nadzieja.
Na zakończenie opisu naszego pobytu w obwodzie archangielskim, chciałbym spróbować ustalić, co się stało z ogólną ilością 1818 osób wywiezionych jednym transportem z Wołkowyska. Z tej liczby do Szomboziera i Katiszcza trafiło około 500 osób, a druga grupa rodaków w liczbie ponad 600 osób, która przyjechała z nami do stacji Kodino, a następnie do wsi Wierchowje, została skierowana do Tuszyłowa, miejscowości położonej w głębi tajgi nad jeziorem o nazwie Kożoziero, w odległości 135 km na południe od miasta Onegi. Oni w Tuszyłowie, podobnie jak my w Szombozierze zajęli baraki opuszczone przez ukraińskich trudposielenców. Ale duża grupa Ukraińców pozostała w pobliżu Polaków, mieszkając w swoich barakach po drugiej stronie jeziora. Amnestia z sierpnia 1941 roku, chyba do tych Polaków z Tuszyłowa nie całkiem dotarła, na co wskazuje fakt, że bez mała wszyscy oni zadeklarowali, że chcą po amnestii pozostać w dotychczasowym miejscu pobytu i nie zgłaszają chęci wyjazdu na południe ZSRR10.
Trzecia grupa ludzi jadących eszelonem z Wołkowyska trafiła prawdopodobnie do dwóch posiołków: Małyje Izby i Wołczanica. Byli to ludzie, którzy w lutym 1940 r. nie dojechali z nami do ostatniej stacji w Kodinie, a zostali wcześniej odłączeni od naszego eszelonu i skierowani do wyżej wymienionych posiołków.
Przypisy
- Deportacje obywateli polskich z Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w 1941 roku, Instytut Pamięci Narodowej, 2003 r. s. 707 ↩
- Red. Ewa Rybarska, Deportowani w obwodzie archangielskim. Część 1. Alfabetyczny wykaz 9320 obywateli polskich wywiezionych w roku 1940 z obwodu białostockiego, Warszawa, s. 88-745. ↩